Dzisiaj

Jakub Majewski: Iran czeka na decyzję Trumpa

(Fot: AA/ABACA / Abaca Press / Forum)

Po dwóch tygodniach intensywnych protestów, od tygodnia jest Iranie względna cisza. Niewiele wiemy, gdyż kraj pozostaje w większości odcięty od świata – niemniej, najpoważniejsze zamieszki zostały krwawo stłumione, a protestujący w większości zniknęli z ulic. Wydaje się, że rząd Islamskiej Republiki po raz kolejny sztorm wyszedł obronną ręką. Ale czy to faktycznie koniec? Wprawdzie Donald Trump, który kilkukrotnie groził Iranowi bolesnymi uderzeniami, ostatnio mniej zajmował się tym krajem, ale zastrzega że płynąca na Bliski Wschód flota może takie uderzenie przeprowadzić…

Analitycy powinni rozliczać się ze swych wypowiedzi. Toteż warto przypomnieć, iż pisałem na tych łamach przed zaledwie paroma tygodniami, iż ten kryzys nie skończy się szybko, że może to być kwestia tygodni lub miesięcy – bo faktycznie, tak długo potrafiły trwać rozmaite protesty w Iranie. Pisałem wręcz, że choć to niezbyt prawdopodobne, być może oglądamy początek końca Islamskiej Republiki Iranu. Czy byłem w błędzie, skoro teraz zapanowała cisza? Owszem – nie spodziewałem się że rząd zdoła tak błyskawicznie stłumić zamieszki. Zarazem, trzeba zastrzec, że sytuacja dla władz Iranu jest daleka od komfortowej, i ten obecny moment może nie być końcem, a jedynie tym tytułowym okiem cyklonu. Po pierwsze bowiem, trudno dostrzec realne możliwości powrotu do „normalności” dla władz Iranu. Po drugie zaś, nad krajem nadal wisi miecz Damoklesa: jeden, a być może dwa amerykańskie lotniskowce z eskortami faktycznie zmierzają na Bliski Wschód.

Irańska eskalacja dla deeskalacji

Apogeum obecnej fali protestów w Iranie nastąpiło w weekend, od 8 do 11 stycznia – i wtedy też władze Islamskiej Republiki podjęły najostrzejsze działania mające na celu wyciszenie sytuacji. Najpierw wyłączono internet w całym kraju, po czym wojsko i Gwardia Rewolucji – ów słynny Korpus Strażników – przystąpiły do tłumienia ze zdwojoną siłą i z ostrą amunicją. Nic dziwnego: w międzyczasie część protestów przeistoczyła się – zakładajmy, że z pomocą z zewnątrz, skoro izraelscy i amerykańscy politycy sami o tym mówią – w coś pomiędzy zamieszkami a powstaniem. Wśród protestujących pojawiła się broń, i coraz częściej ginęli policjanci i gwardziści. Według rządu, po stronie sił porządkowych zginęło około 500 osób – co, choć może wydawać się niedużą liczbą, jest jednak istotne, gdy zważy się, iż w Polsce za PRLu we wszystkich starciach z siłami porządkowymi liczonych razem nie zginęło pewnie więcej niż kilka-kilkanaście osób po stronie rządu.

Wesprzyj nas już teraz!

Ostra rozprawa oznaczała też bezprecedensowe straty wśród protestujących. Sam rząd przyznaje, iż zginęło przynajmniej pięć tysięcy osób. Zachodnie media, powołując się na źródła wśród protestów, przedstawiają szacunki od 12 do 20 tysięcy, a niektórzy mówią nawet o 30 tysiącach. Do tego dodają od 330-360 tysięcy rannych, oraz około 26 tysięcy aresztowanych. Nie sposób tych szacunków sprawdzić, ale nawet przyjmując dane rządowe, liczby te są porażająco wysokie: zarówno pod względem ilości zabitych, jak też rannych i aresztowanych, wyniki tłumienia obecnych zamieszek kilkukrotnie przebijają nawet najkrwawsze z wcześniejszych wydarzeń tego typu, nie mówiąc już o tym, że większość wcześniejszych protestów z ostatnich trzech dekad kończyło się na kilkunastu-kilkuset zabitych.

Poziom brutalności w tłumieniu tych zamieszek dowodzi, że rząd był autentycznie wystraszony i zarazem zdeterminowany. Dowodzi tego również element, który był zaskoczeniem dla wszystkich obserwatorów i analityków – wyłączeniu internetu i telefonów towarzyszyła również blokada połączeń satelitarnych z użyciem StarLinka. Nikt nie spodziewał się że Iran posiada takie zdolności techniczne. Blokada ta była o tyle kluczowa, że przecież StarLinki były nie w rękach przeciętnych Irańczyków, ale wśród różnych różnych antyrządowych działaczy, i – rzecz jasna – agentów zagranicznych wywiadów. Ich blokada „wyłączyła” protesty poprzez ukrócenie zdolności organizacyjnych opozycji. Od tego czasu, na ulicach dzieje się coraz mniej.

Dlaczego królowie nie wracają

Nie da się jednak opowiedzieć o obecnych wydarzeniach bez przypomnienia, że choć protesty były organiczne, to jednak siły zagraniczne robiły wszystko, aby je podkręcić. Jak już mówiliśmy, kluczową rolę odgrywał wywiad Izraela oraz współpracująca z nim irańska emigracja z Szachem-pretendentem, Rezą Pahlawim, na czele. Pahlawi w ostatnich tygodniach zaistniał bardziej niż chyba kiedykolwiek wcześniej – jego niedawna konferencja prasowa odbiła się echem (niewielkim, ale jednak) w zachodnich mediach, a w ostatnich dniach, hakerzy – oczywiście, z nieznanego kraju i nieznanej organizacji – ponoć zdołali „wbić” kolejną jego wypowiedź do wieczornej transmisji irańskiej telewizji. Niedoszły Szach robi wszystko, aby uczynić z siebie przywódcę opozycji – oczywiście, tylko w formie symbolu, gdyż jednocześnie, ten 65-latek bynajmniej nie pali się, aby wrócić do kraju, stanąć realnie do walki z narażeniem życia, ani nawet by poddać próbie swoje realne (znacznie niższe niż by sobie życzył) poparcie w kraju. Trzeba też dodać, że Reza Pahlawi w swoich wypowiedziach nie działał na rzecz pokojowej przemiany, ale ostrej rewolucji – w ogóle, w irańskiej diasporze widać rządzę zemsty, która na swój sposób stawia zwolenników rządu pod ścianą.

Wypowiedzi Szacha są o tyle frapujące, iż wydają się niemal stereotypem złego monarchy, który poświęca swoich poddanych dla swej władzy. Trudno nie podejrzewać, że pretendent, który tak się zachowuje, zwłaszcza gdy współpracuje z wrogiem – bo tak w Iranie, choć nie w diasporze, jest postrzegany Izrael – raczej straci popularność niż ją zyska. O ile stanie z boku i czekanie aż władza sama przyjdzie wypadało duchownemu, jakim był w 1979 roku Chomejni, o tyle pretendent, pragnący objąć władzę i zyskać uznanie poddanych, winien raczej w jakiś sposób podjąć walkę o tron. Rozumiał to swego czasu wnuk Jana Sobieskiego, Bonnie Prince Charlie, nawet jeśli ostatecznie przegrał walkę o Szkocję. Reza Pahlawi tymczasem siedzi bezpiecznie za morzem, wzywając jedynie do walki swych poddanych, ze skutkiem kilku tysięcy zabitych – być może w przekonaniu, że jego zagraniczni sojusznicy faktycznie zamierzają doprowadzić sprawę do końca, co przynajmniej mogłoby usprawiedliwić przelaną krew w oczach części narodu.

Nie ma wątpliwości, że Pahlawi jest traktowany instrumentalnie przez tychże sojuszników – Izraelowi bardziej zależy na upadku Iranu niż na zmianie władzy, ale jeśli miałoby się skończyć na zmianie władzy, wówczas nikt nie będzie się upierał przy dynastii Pahlawich. Gdzieś tam pokątnie docierają informacje, że uczestniczące w tej grze wywiady liczą raczej na scenariusz przewrotu wewnętrznego. Z jednej więc strony, Izrael miał liczyć na to, że głośno mówiąc o swoim wsparciu dla protestów i Rezy Pahlawiego, sprowokuje władze Iranu do najwyższej brutalności, jeszcze bardziej izolując ten rząd, a być może wywołując też interwencję Ameryki. Z drugiej zaś słychać iż celem miało być aby w szczytowym momencie armia Iranu obaliła Chameneiego i islamistyczną Gwardię Rewolucji i przejęła władzę jako swego rodzaju „rada ocalenia narodowego”. Cóż, byłoby to o tyle logiczne, że tak właśnie przejmuje się władzę w tradycji perskiej; tak zdobył władzę wielki Dariusz w czasach starożytnych opisywanych przez Herodota i tak potem działo się wiele razy, właściwie przy prawie każdej zmianie panującej dynastii. Ostatni taki przypadek miał miejsce sto lat temu, gdy dowódca irańskiej brygady kozackiej, Reza Chan – dziadek obecnego pretendenta – obalił dynastię Kadżarów i założył dynastię Pahlawich. Nic dziwnego, że taki scenariusz chodzi po głowie decydentom dzisiaj, a tym bardziej po wydarzeniach w Wenezueli.

Stany wejdą do akcji?

Tu wracamy do kwestii ostatniego aktora zaangażowanego w ten spektakl: do Stanów Zjednoczonych i Trumpa. Ten ostatni od początku groził że jeśli poleje się krew, rząd Iranu poniesie konsekwencje, ale widać było że osobiście wcale nie pała do tego wielką ochotą – toteż potem sprawa była odraczana, aż w końcu zamarła, gdy Iran w kluczowym momencie dał Trumpowi wymówkę by zrezygnować z interwencji, obiecując że zawiesza egzekucje kilkuset aresztowanych protestujących. Ale za kotarami, sprawy wyglądają trochę inaczej. Prawda jest taka, że w momencie gdy interwencja wydawała się być kwestią godzin, tak że Iran zamknął już swoją przestrzeń powietrzną dla ruchu cywilnego, Amerykanie i tak nie mieli sił w okolicy aby dokonać więcej niż tylko symbolicznego uderzenia bombowcami strategicznymi. Ameryka nie miała w okolicy ani jednego lotniskowca, jej bazy lądowe wokół Iranu były zbyt słabo zabezpieczone, i podobnie słabo zabezpieczony na ewentualny odwet był sam Izrael.

Z jednej więc strony, Trump jak zwykle wzdryga się przed ryzykowną interwencją wojskową – z drugiej zaś, jeśli chciałby przeprowadzić w swoim stylu interwencję mniej ryzykowną, bo przeprowadzoną szybko, ostro i z maksymalną siłą… to musiał grać na zwłokę. Wiemy jednak, że przed tygodniem lotniskowiec USS Abraham Lincoln opuścił Morze Południowochińskie, i zmierza na zachód. Kilka dni później również USS George H.W. Bush opuścił swój port macierzysty w Stanach, żeglując na wschód przez Atlantyk. Jeśli obydwa lotniskowce zmierzają w okolice Bliskiego Wschodu, zajmą swe pozycje gdzieś w przeciągu następnego tygodnia. Jednocześnie, publicznie dostępne dane radarowe wykazywały bardzo duże ruchy nie tylko US Air Force, ale też brytyjskiego RAFu, w stronę baz w Jordanii. Tymczasem, bazy amerykańskie najbardziej narażone na irański odwet zostały częściowo ewakuowane. Przygotowania idą więc pełną parą.

Czy jednak Trump się zdecyduje? Ani kraje arabskie ani Turcja nie chcą tej interwencji, wiedząc doskonale, że skutki mogą być dla nich katastrofalne. Wyjątkiem jest Izrael – owszem, premier Netanjahu miał namawiać Trumpa do odroczenia uderzenia, ale raczej właśnie odroczenia niż odwołania, i raczej tylko po to, aby (wraz z Amerykanami) lepiej przygotować Izrael przed ewentualnym irańskim kontruderzeniem. W samej Ameryce również istnieje mocne lobby sojuszników Izraela którzy od lat palą się do ataku na Iran, i które, grając na ego prezydenta, bezustannie teraz powtarza iż Trump musi uderzyć, bo inaczej jego wcześniejsze groźby okażą się blefem, osłabiając jego wiarygodność. Ale też akurat w administracji Trumpa, jest też kilku bardziej ostrożnych polityków, a i on sam nie lubi ryzykować długich działań zbrojnych – przykładem tego był właśnie sposób w jaki przebiegała interwencja amerykańska w ubiegłorocznej wojnie między Izraelem a Iranem. Niemniej: imponujący sukces akcji w Wenezueli rzekomo miał rzekomo rozbudzić apetyt Trumpa na podobnie imponujące, mocne a krótkie akcje. Na taką możliwość wskazują obecnie przygotowania, choć to nie znaczy, że Trump ostatecznie tak zadecyduje.

Czas pokaże co dalej. Jeśli w przeciągu kilku tygodni nadal nie nastąpi żadne uderzenie, będzie to znaczyło, że Ameryka zajęła się innymi sprawami. Wtedy będzie można zaryzykować tezę, iż Islamska Republika przetrwała kolejny kryzys. Stłumienie zamieszek nie sprawi, że naród pojedna się z rządem, ani też że znikną bolączki gospodarcze które wypchnęły na ulice nawet umiarkowanych zwolenników rządu – pamiętajmy przy tym, że tych umiarkowanych zwolenników jest mimo wszystko znacznie więcej niż próbują nam wmawiać zagraniczne media. Sytuacja może być analogiczna do Polski za stanu wojennego. Wówczas, choć opozycja została na czas jakiś skutecznie zastraszona, to jednak władze PZPR wcale nie zyskały oddechu – ze względu na niemożliwe do rozwiązania wyzwania gospodarcze, jedynie odroczono koniec o kolejne kilka lat.

A jeżeli dojdzie do uderzenia, i to mocnego? Wtedy… nie wiem co wtedy. Z jednej strony, uderzenie z powietrza jeszcze nigdy żadnego rządu nie obaliło. Z drugiej zaś, intensywna wymiana ognia albo wręcz zabicie Chameneiego wraz z innymi kluczowymi postaciami, mogłaby doprowadzić ustrój do krawędzi i… co dalej? Czy faktycznie istnieją owi wojskowi puczyści, którzy mieliby przejąć władzę, aby zmieniać Iran od środka? A może zamiast tego, wybuchłaby wojna domowa na wzór Syrii, zaś do Europy, przez Turcję, dotarłaby fala uchodźców kilkukrotnie większa niż poprzednio? Nadchodzące tygodnie mogą zaważyć nie tylko nad losem Iranu.

 

Jakub Majewski

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(3)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie