Jest taka zasada w dziennikarstwie: jeśli tytuł artykułu jest pytaniem, to odpowiedź, na końcu tekstu będzie przecząca. Tu jednak będzie nieco inaczej: nie wiem jak skończą się obecne zamieszki w Iranie. Faktem jest, że Iran znalazł się w punkcie przełomowym, gdzie desperacja narodu spotkała desperację władzy i sprawy mogą potoczyć się zarówno w jedną jak i w drugą stronę. W internecie bezustannie widać jak obce ręce próbują mieszać w tym kotle – i już samo to jest bardzo ważne.
Protesty i zamieszki w Iranie trwają już prawie dwa tygodnie. Sytuacja jest na swój sposób paradoksalna. Z jednej strony to, co się obecnie dzieje, nie wygląda tak wybuchowo i niebezpiecznie jak chociażby zamieszki z 2022 roku. Pomimo że protesty są dosyć mocno rozprzestrzenione – obejmują już zdecydowaną większość kraju – to jednak poziom przemocy stosowanej przez władze jest zdecydowanie mniejszy. Z drugiej jednak strony nic nie wskazuje na to, by władzy miało się udać prędko opanować sytuację, wynikającą z naprawdę poważnych, narastających od lat trudności gospodarczych. Większość polskich analityków – to znaczy, tych których opinie w ogóle warto uwzględniać – mówi iż sytuacja bynajmniej nie jest jeszcze dla rządu Iranu podbramkowa i że w związku z tym jest za wcześnie, by cokolwiek przesądzać. Ich zdaniem raczej skończy się tak jak zwykle. Ja tu pozwolę sobie na pewne ryzykowne votum separatum: ośmielam się twierdzić, że możemy właśnie być świadkami początku końca Islamskiej Republiki Iranu. Nie mówię, że tak będzie na pewno – przeciwnie, uważam moją opinię za mniej prawdopodobną – a jeżeli nawet, to też nie wiadomo jak długo będzie trwał ten kolejny etap historii Persów. Chcę jednak wskazać na pewne czynniki które sprawiają, że obecny kryzys ma potencjał skończyć się inaczej niż zwykle.
Piętnaście lat narastającego kryzysu
Wesprzyj nas już teraz!
Warto na wstępie zauważyć, że Islamska Republika z perspektywy Irańczyków jest jednak czymś innym niż z naszej perspektywy. Nie jest to bynajmniej znienawidzona dyktatura – to raczej swoiste rozdwojenie jaźni. Można powiedzieć: jest sobie Republika i jest Islamska Rewolucja, sklejone razem pod nazwą Islamskiej Republiki, ale nie będące bynajmniej jednością. Republika jest więc porządkiem prawnym który zastąpił monarchię Szacha; porządek ten początkowo cieszył się ogromnym poparciem i był uznawany za prawowity w oczach narodu (czy nadal jest – to inna sprawa). Oczywiście, sama Republika zawierała elementy tradycji perskiej, a więc islamskiej, co z biegiem czasu wzbudzało niechęć. Gdzieś pod powierzchnią Iranu, trudny do przebadania, przebiega proces laicyzacji, a nawet chrystianizacji społeczeństwa który wydaje się nie tyle dziać wbrew islamskiemu prawodawstwu, co na jego skutek – przestrzegam jednak przed nadmierną uwagą na ten aspekt, bo gdyby wierzyć internetowym pogłoskom czy nawet absurdalnym metodologicznie sondażom internetowym, to chyba cały Iran już porzucił islam – co jest oczywistą niedorzecznością. W każdym razie: cokolwiek by się nie działo, nie jest tak że Republika jest jednolicie wrogo postrzegana przez naród.
Obok (islamskiej) Republiki jest jednak ten drugi element – Islamska Rewolucja. Szyiccy islamiści pod przewodnictwem Chomeiniego już w toku budowy nowego ustroju szybko stworzyli paramilitarne struktury funkcjonujące równolegle obok Republiki i działające trochę jak bojówki partyjne w ustrojach komunistycznych. Jest więc wojsko, a równolegle obok Gwardia Rewolucyjna, z własnym lotnictwem i marynarką. Z kolei obok policji istnieje paramilitarny Basidż, aczkolwiek również wewnątrz policji istnieje specjalna policja religijna, wywodząca się z dawnych rewolucyjnych islamskich komitetów. Te organizacje – których władza sięga daleko poza bezpieczeństwo i porządek, mając również korupcjogenny wymiar biznesowo-gospodarczy – nie cieszą się bynajmniej powszechną popularnością. Można podejrzewać że dziś większość Persów chciałaby obalenia tych równoległych instytucji oraz czystki w policji, co jednak nie musi oznaczać chęci obalenia całego ustroju. Jeśli chęć obalenia ustroju stopniowo narasta (bo że narasta, jest oczywiste), wynika to raczej z poczucia beznadziei. Po prostu: gdy zawodzą kolejne próby wymuszania reform wewnątrz systemu, czy to drogą protestów czy wyborów (które wbrew pozorom nie są tylko na niby!), coraz więcej ludzi uznaje, że cały system trzeba obalić. Pomaga tu fakt, iż młodzi Irańczycy dziś nie pamiętają ani rewolucji, ani desperackiej wojny z Irakiem, i nie mają już emocjonalnej więzi z ustrojem – a zwłaszcza z jego religijną głową, 86-letnim ajatollahem Chameneim.
W każdym razie: odsetek przeciwników systemu – zarówno umiarkowanych jak i tych ostrzejszych – rośnie od lat pomimo iż wielu co bardziej sfrustrowanych Irańczyków wyemigrowało. Od 2009 roku masowe protesty pojawiają się średnio raz na parę lat, trwając czasem po kilka miesięcy lub dłużej. Siły rządowe tłumią protesty na tyle brutalnie, iż nieraz ginie kilkaset osób, a kolejne setki są później skazywane sądownie na śmierć. Protesty są różne. Czasem są czysto polityczne, np. domagające się restauracji monarchii – te są z reguły najsłabsze, bo też i najryzykowniejsze. Czasem dotyczą spraw praworządności i liberalizacji przepisów – te są intensywne, brutalnie tłumione, ale zwykle też stosunkowo wąskie w zasięgu. Ostatnią kategorią są protesty gospodarcze – zarówno ze względu na trwające ponad pół wieku sankcje gospodarcze, jak i ze względu na wewnętrzną korupcję i błędy, gospodarka pozostaje bezustannie problemem szczególnie w wymiarze inflacji. Takie protesty gromadzą największe tłumy, są długotrwałe i szerokie w zasięgu, ale stosunkowo mało intensywne, i nie są tak brutalnie tłumione jak inne.
O ile jednak można mówić o trzech różnych gatunkach protestów, to jednak gdy już się rozkręcą, zwykle kolejne grupy do nich dołączają, co sprawia, że każdy protest wcześniej czy później obejmuje wszystkie trzy wymiary – tak dzieje się również obecnie. Toteż każdy większy protest może rozwinąć się do ogólnokrajowych rozmiarów i wysokiego poziomu intensywności, i przynajmniej teoretycznie, doprowadzić do pełnej rewolucji.
Kryzys, który rozpoczął się pod koniec ubiegłego roku, jest o tyle wart szczególnego omówienia, że uderzył w bardzo newralgicznym dla rządu momencie – pół roku po wojnie lotniczej z Izraelem, która mocno osłabiła zarówno republikańskie, jak i islamsko-rewolucyjne organy państwa. Przez zabicie wielu głównych postaci ujawniła, że państwo jest głęboko spenetrowane przez agentów Izraela. Przyczyniła się też do zaostrzenia międzynarodowych sankcji handlowych na kraj. Do tego dochodzi ogromny kryzys związany z niedoborami wody w znacznej części kraju, w tym stolicy; a wreszcie i bezpośrednia przyczyna protestów, czyli drastyczny spadek wartości riala względem zagranicznych walut, co oznacza nagłą podwyżkę cen większości importowanych produktów – kryzys, który wzbudza złość tym większą, że wiadomo jak dużo w ostatnich latach rząd wydawał na zagraniczne bojówki w Syrii i Iraku, co tworzy poczucie zaniedbania samego Iranu. Pomimo stosunkowo łagodnego przebiegu wczesnych protestów, rząd ewidentnie był wystraszony sytuacją, co objawia się bardzo delikatnym (jak dotychczas; i według irańskich standardów) podejściem do protestujących, a także próbą podjęcia dialogu. To jednak wydaje się niewiele dawać. Sytuacja się nie uspokaja, przeciwnie – protesty rozlały się już bardzo daleko, przerodziły się w wielu miejscach w zamieszki, a spirala przemocy się nakręca, sugerując, że nieprędko (jeśli w ogóle) uda się je załagodzić.
Kto podsyca ten ogień?
W tym wszystkim jest jednak coś więcej – jest wyraźna, w żaden sposób nieukrywana próba zaognienia sytuacji przez zagraniczne czynniki. Jednym takim elementem – niewątpliwie najgłośniejszym – jest wypowiedź prezydenta Trumpa, który publicznie ostrzegł Iran że Stany Zjednoczone są gotowe uderzyć, jeśli uznają, że rząd zbyt brutalnie tłumi protesty. Drugim elementem jest diaspora irańska, która szczególnie w Stanach, Kanadzie oraz w Australii stara się budować poparcie polityczne dla protestów, jak również dla Rezy Pahlawiego – następcy tronu obalonego w 1979 r. Szacha. Ten, nota bene, wydaje się też zdobywać coraz mocniejsze poparcie w samym Iranie, szczególnie wśród młodzieży – to ta słynna Generacja Z, która na całym świecie zaskakuje ostrością poglądów niezależnie od tego, czy są po lewej czy po prawej stronie. Niemniej nie sposób mówić o jakimś bardzo znaczącym ruchu monarchistycznym wewnątrz Iranu (a przynajmniej nie ma na to dowodów). Poparcie dla Szacha wydaje się narastać przede wszystkim w internecie, podbudowywane nie tylko przez szczerych zwolenników, ale też przez ewidentnie sztuczne konta w mediach społecznościowych.
Tu dochodzimy do sedna sprawy: w mediach społecznościowych można obecnie napotkać niesamowite wręcz ilości fałszywych materiałów – albo nagrań z innych wydarzeń, np. wcześniejszych zamieszek, albo nagrań prawdziwych, ale fałszywie opisanych, albo nagrań generowanych przez sztuczną inteligencję. Jest wyraźny dysonans między napiętą sytuacją protestów i drobnych zamieszek w rzeczywistości, a internetowym obrazem wojny domowej, ognia na ulicach i opisów głoszących że już właśnie w tej chwili Ajatollah Chamenei ucieka do Moskwy. Ten ostatni element jest zresztą fikcją bazującą na czymś, co również może być fikcją – mianowicie publikacji w „The Times”, donoszącej jakoby Chamenei miał już awaryjne plany ewakuacji. Niewykluczone, że takie plany istnieją – ale nie sposób tego zweryfikować, a publikacja takich informacji jest ewidentnie próbą zachęcenia Irańczyków do ostrzejszych działań.
Nietrudno wskazać, że za podsycaniem ognia stoi Izrael. Państwo to od dawna postrzegające Iran jako szczególne zagrożenie, nie kryje się w swoich intencjach obalenia rządu Iranu i nie zaprzecza, że aktywnie działa w tym kierunku. Działania te obejmują zarówno agenturalną penetrację Iranu, rozmaite formy sabotażu – wywiad Izraela jawnie mówi do Persów, że agenci Mossadu są z nimi na protestach – ale również podsycanie zamieszek drogą złożonych, jawnych i ukrytych, kampanii medialnych. To były oficer wywiadu Izraela poinformował „The Times” o rzekomych planach ewakuacji Chameneiego. Eksperci wskazują też na izraelskie pochodzenie przynajmniej części kont społecznościowych propagujących fałszywe obrazy rzeczywistości. Również irańska diaspora, w tym Reza Pahlawi, wygłaszający ultimata wobec sił irańskiej bezpieki, aby przeszły na stronę protestujących, ma silne więzi z Izraelem, który wielokrotnie odwiedzał. Trudno oceniać tą jawność wsparcia ze strony Izraela – z jednej strony, można sądzić iż jest to błąd, bo społeczeństwo Iranu raczej nie patrzy ciepło na ten akurat kraj – z drugiej, trzeba pamiętać że Mossad prawdopodobnie jest bardzo dobrze zorientowany w nastrojach irańskiej ulicy, więc ta jawność działania może być świadomą strategią uzasadnioną danymi wywiadowczymi.
W każdym razie: obserwując irańskie wydarzenia, musimy mieć świadomość, że nie wszystko, co widzimy w obecnych protestach, jest prawdziwe, i że są siły, które dążą do tego, żeby tworząc fałszywy obraz walk ulicznych, doprowadzić do wybuchu realnych walk. Warto uważnie przyglądać się takim mechanizmom, które coraz częściej są stosowane, aby zakłamywać medialną rzeczywistość na różnych frontach.
Wynik nieznany
Wróćmy jednak do zasadniczego pytania: czy jest możliwe, że obecna sytuacja doprowadzi do upadku rządu w Iranie? Bardzo trudno powiedzieć, ale trzeba mieć to na uwadze, gdyż byłaby to ogromna zmiana w kontekście światowej polityki. Faktem jest, że większość analityków bardzo ostrożnie podchodzi do sytuacji, a również z samego Iranu słychać raczej sceptyczne głosy. O ile irańska diaspora raz po raz sugeruje że to już koniec, Irańczycy w kraju wypowiadają się znacznie ostrożniej, i nie obstawiają wyniku protestów, choć są przekonani że będą się rozkręcać i przedłużać. Być może protesty zostaną ostatecznie stłumione, być może z jakimiś drobnymi ustępstwami ze strony rządu, ale bez zasadniczych reform które mogłyby realnie zmienić sytuację – a więc z gwarancją kolejnej rundy w przyszłości. Być może, jak w Związku Radzieckim, do przełomu dojdzie dopiero wtedy, gdy wymrze pokolenie polityków, które za młodu zachłysnęło się rewolucją islamską – być może wtedy w naturalny i stosunkowo bezbolesny dla społeczeństwa sposób dojdzie do wielkich przemian.
Niemniej: może być inaczej. Widzimy przecież, jak potężne siły zagraniczne aktywnie działają na rzecz przyspieszenia. Biorąc pod uwagę wcześniejsze groźby, należy też uwzględnić możliwość, że prezydent Trump faktycznie zdecyduje się uderzyć lotnictwem na Iran, lub też że taką akcję rozpocznie Izrael – którego premier dopiero co niedawno w Waszyngtonie namawiał Trumpa do dalszych działań wobec Iranu. Poza czynnikami zewnętrznymi zaś jest jeszcze kwestia faktu, że rząd Iranu jest obecnie realnie w dużo słabszej niż wcześniej sytuacji, i że jego możliwości przeciwdziałania kryzysowi gospodarczemu stojącemu za protestami są bardzo ograniczone. Słabość ta objawia się już teraz w ostrożnym działaniu rządu, co z kolei ośmiela protestujących, przyczyniając się do rozwoju sytuacji. Może się okazać więc, że obecne protesty rozwiną się, a rząd popełni jakiś błąd, który doprowadzi do wybuchu. Może też rząd zwyczajnie załamie się pod przedłużającą presją, albo dojdzie do podziałów w schizofrenicznej strukturze Islamskiej Republiki i do walk wewnętrznych pomiędzy częściami aparatu siłowego. Może też się zdarzyć coś nieoczekiwanego, a zarazem oczywistego – może umrzeć, zupełnie naturalnie, wiekowy najwyższy przywódca Chamenei, co pogłębiłoby kryzys i być może przechyliło szalę w jedną lub drugą stronę. Pewne wydaje się być jedno: ten kryzys nie skończy się dziś, jutro, ani za tydzień. Przez Persami tygodnie lub miesiące napięcia i niepewności.
Jakub Majewski