PCh24.pl prezentuje niezwykły cykl – publikujemy dla Państwa powieść w odcinkach „Listy do Zuzanny” autorstwa Jana Maciejewskiego, pisarza i eseisty, autora opowiadań i książek, m.in. „Już pora: miesiące i godziny” oraz nagrodzonej nagrodą Identitas „Milczenie katedry: felietony i portrety”. Kolejny odcinek „Listów do Zuzanny” już za dwa tygodnie.
Wszystkie opublikowane części powieści dostępne są TUTAJ
List trzynasty
Wesprzyj nas już teraz!
„Na ciebie już czas, Zuzanno”. Wzdrygnęliśmy się oboje na dźwięk tego głosu. Doszedł do nas z ciemności, zza naszych pleców, od strony, z której tu przyszliśmy. Postać, do której należał pojawiła się dopiero po chwili. Szła tak samo stanowczo, jak wypowiedziała tamto wezwanie, sygnał do wymarszu z podziemia. Jego strażnik trzymał w rękach Twojego kota, zwierzę już przez nas, przez minioną noc, zupełnie zapomniane. Nie przekazał Ci go jednak, chyba już nie widział w Tobie jego właścicielki. Postawił go tylko na ziemi, pozwolił samemu wybierać, co się z nim teraz stanie. I kot popatrzył na niego przez chwilę, otarł się wokół jego nóg na pożegnanie po czym ruszył powoli w stronę ciemności. Na Ciebie, Zuzanno, nie zwrócił nawet uwagi. Jakbyś dla niego nie istniała, nie należała do spraw, jakimi powinien się przejmować. Już nie.
Ty wciąż klęczałaś na posadzce. Twoje oczy były podkrążone po nieprzespanej nocy, włosy – wciąż mokre, jakbyś dopiero co wyszła z wody, a złamana, bezwładnie zwisająca ręka leżała na Twoich kolanach – jak obce Ci zupełnie ciało. Mężczyzna podszedł i pochylił się nad Tobą. Przyglądał Ci się, Zuzanno, fachowo i neutralnie, jak lekarz albo rzeczoznawca. Poprawił Twoje włosy, kciukiem przeciągnął po nosie, wargach, czole i wokół oczy. Pomyślałem w tamtej chwili, że ściąga z Twojej twarzy miarę, jakby przygotowywał dla Ciebie maskę; ale teraz, po czasie, wydaje mi się raczej, że w tym geście było coś wręcz przeciwnego. On się z Tobą witał, z Twoją twarzą. Nie była teraz starsza, ale też nie stała się młodsza. Nie byłaś piękniejsza ani brzydsza. Coś się jednak zmieniło, coś w wyrazie Twojej twarzy. Mówiła już co innego, inaczej. Nie przemawiała, nie rozkazywała, zaczęła się jąkać. Niepewność – to jest to słowo, którego szukałem. Coś głębiej nawet w niej obecne niż te ledwo dostrzegalne drgnienia w kącikach ust czy spłoszenie w oczach. Niepewność zdawała się teraz materiałem, z którego wykuto Twoją twarz.
Gest, którym tamten mężczyzna ściągnął z siebie koszulę i zaczął drzeć ją na pasy był równie obojętny i mechaniczny jak wszystko, co zrobił wcześniej. Chciałaś coś powiedzieć, ale on przyłożył tylko palec do ust i kontynuował rozpoczętą pracę. Z resztek po koszuli wykonał temblak. Uklęknął teraz przed Tobą, ujął złamaną kończynę w dłonie i zaczął delikatnie wodzić po niej wierzchem dłoni. Mniej więcej w połowie drogi między dłonią a łokciem zatrzymał się, ujął przedramię w obie ręce i wykonał nagły ruch. Krzyknęłaś, Zuzanno. Pierwszym krzykiem będącym odpowiedzią na nagły i niespodziewany ból. I potem drugim, dłuższym i bardziej rozżalonym, w reakcji na całą tę noc. On zakładał temblak, umieszczał na nim złamaną, ale nastawioną już kość, a Ty zdzierałaś swoje gardło w dziecięcym krzyku.
A on uciszał Cię zgodnie z Twoim zachowaniem – jak małe, nie mające pojęcia co jest dla niego samego dobre, niemowlę. W tej Waszej rozmowie nie było słów – tylko Twój wrzask i jego monotonne, kojące „ćssssiiii”. Na koniec przytulił Twoją zalaną łzami, spuchniętą twarz do swojej nagiej piersi. Głaskał Cię po głowie, lekko się przy tym kołysząc.
„Teraz już naprawdę musisz iść, Zuzanno” – powiedział, kiedy tylko trochę się uspokoiłaś. Pokiwałaś głową, choć cały czas jeszcze się trzęsłaś, podniosłaś się powoli, opierając zdrową ręką na jego ramieniu. Nie pomógł Ci; klęczał tylko półnagi, zgarbiony, coraz mniej obecny. Kiedy po paru krokach odwróciłaś się – najwyraźniej chcąc mu coś powiedzieć na pożegnanie – już go nie było. Znowu sami, tylko Ty i ja, Zuzanno.
I niewyraźne, ale tym bardziej kuszące światło na końcu podziemnego przejścia. Stałaś przez chwilę patrząc w stronę, z której przyszliśmy. Naprawdę zastanawiałaś się nad powrotem, czy tylko patrzyłaś na pożegnanie? Wiedziałaś przecież dobrze – a teraz wiesz o tym jeszcze lepiej – że nie było już dla nas powrotu. Zabłąkałabyś się tylko w ciemności, nie było już schodów, po których wydostałabyś się na zewnątrz. A nawet jeśli – co by tam na nas czekało?
Ty znałaś odpowiedź na to pytanie. Wiedziałaś co tam jest i że po wielu próbach i niepowodzeniach mogłabyś do tego wrócić. I to właśnie ostatecznie Cię przekonało. Było silniejsze niż strach i ból tej nocy. Nie chciałaś już wiedzieć, Zuzanno. Brzydziłaś się pewności, jak człowiek, który wyszedł z nałogu i zaczyna teraz widzieć, czuć wyraźnie jak obrzydliwą trucizną były substancje, bez których jeszcze nie tak dawno nie wyobrażał sobie możliwości przeżycia jednego dnia. Wzdrygnęłaś się na myśl o pewności siebie. Dotknęłaś złamanej ręki, jak swojego amuletu. Zamknęłaś oczy, ruszyłaś przed siebie. A ja za Tobą.
Czytasz ten list przed snem, leżąc w łóżku. Ja siedzę teraz na krześle, odwrócony plecami do Twojego biurka – miejsca, przy którym najczęściej czytasz moje listy – twarzą do Ciebie. Chyba po raz pierwszy uśmiechasz się czytając moje słowa. Nie jesteś już czujna. Nie siedzisz nad nim, jakby był częścią Twojej pracy, zadań dnia. Czytasz na leżąco, bawisz się włosami. Ruszasz ustami, ale nie mam wcale pewności czy to moje słowa nimi poruszają czy coś innego. Równie dobrze mogłabyś właśnie recytować z pamięci jakiś wiersz. A może przywoływać czyjeś – ani moje, ani Twoje – słowa. Ale nie, Zuzanno, nie myśl, że wziąłem to do siebie. Przeciwnie. To znaczy, że mój list coś Ci przypomniał. Jeśli nawet nie to, co w nim opisuje – nawet lepiej. W chwili, w której trafił do Twoich rąk nie jest już mój, należy do Ciebie. I ma – każdy z nich – tylko jeden cel. Przypominać. Co, jak, gdzie, kiedy – nad tym nie mam już żadnej władzy. I nie chcę jej mieć. Moje listy są tylko instrumentami. To Twoja pamięć ma wydobywać z nich melodie. Jestem tylko pośrednikiem, Zuzanno; „tym trzecim” – między Tobą i światem.
Przyspieszałaś z każdym krokiem. Im bliżej byliśmy wyjścia z tunelu, głośniejsze stawało się to, co Cię stamtąd wzywało. Światło nie było tak intensywne jak zapach. Zwłaszcza w kontraście z zatęchłym, stojącym nieruchomo powietrzem podziemnego przejścia. Jeszcze zanim wyszliśmy na zewnątrz dla nas obojga stało się jasne, że znajdziemy się na szczycie wzgórza. Powietrze było tak ostre i czyste, że poczuliśmy je na skórze. Weszliśmy bardziej w nie, jak wchodzi się do morza niż na nie wyszliśmy.
Miasto leżało u naszych stóp. I to było nasze miasto, ale nie zaprzątaliśmy sobie nim teraz głowy. Bardziej zajmowało nas to, co było wokół. Nieduża polana, cudownie kojące ciepło słońca, po całej nocy spędzonej w zimnym, ciemnym i zamkniętym tunelu. Twoje ból i zmęczenie – a one są zawsze pytaniem, pretensją, domagającą się reakcji – nie mogły się doczekać lepszej odpowiedzi. Na skraju polany, częściowo już w cieniu, leżał duży, samotny kamień. Ruszyłaś w jego stronę. Stanęłaś nad nim i przyglądałaś mu się chwilę z uśmiechem. To także była część odpowiedzi, chociaż ja jej już nie zrozumiałem.
Oczy kleiły Ci się do snu, tak samo jak teraz – gdy czytasz te słowa. Kamień był za duży, żeby się położyć, a poza tym przeszkadzała Ci wciąż złamana ręka. Usiadłaś, oparłaś się o niego plecami. Usiadłem na trawie, kilka metrów dalej – nie chciałem zasnąć, nie mogłem, to by znaczyło stracić Cię z oczu. Obudzić się po drugiej stronie kartki. Postanowiłem więc, że nie będę szukał żadnego oparcia dla moich pleców. Ból miał podtrzymać moją uwagę, ułatwić skupienie. Wyjście z tunelu znajdowało się niedaleko, tuż za naszymi plecami, ale z tej strony wyglądało co najwyżej na początek leśnej ścieżki.
Sposób, w jaki osiadłaś. To, jak ułożyłaś zdrową rękę na nodze. Wyraz Twojej twarzy, kiedy pozwalałaś senności powoli nad sobą zapanowywać, jak traciłaś panowanie nad mięśniami. To był Twój hołd złożony temu miejscu. Nie zasypia się przecież byle gdzie, Zuzanno. Ani też przy byle kim. To jest zawsze dowód zaufania, oznaka czułości. Zdanie się na łaskę miejsca albo osoby. Widziałem Cię już, pokazano mi Ciebie jak się budzisz. Kiedyś też, przez moment widziałem Cię zasypiająca, i to też było w pobliżu głazu, ale w jego ukryciu. Ale tamten sen był ucieczką; był zupełnie inny, zrezygnowany. Tak zasypiają skazańcy na dzień przed wykonaniem na nich wyroku. To dla nich jedyna droga ucieczki. Tunel prowadzący przez zamknięte powieki na zewnątrz, na wolność. Chociaż na chwilę.
Jesteś zmęczona tą nocą, bólem i wspomnieniami, jakie ze sobą przyniosła. Zasłużyłaś na sen. Od tamtego – dawno temu, daleko stąd – chciałem Cię obronić. Tego będę strzegł i pilnował. Nie wiem jeszcze jak – przecież przy Tobie jestem tylko cieniem i przeczuciem. Ale to może wystarczy.
Złapałem się na tym, nie uwierzysz Zuzanno, że przez kilka ostatnich minut zamiast pisać nuciłem kołysankę. Śpiewałem nad zapisaną kartką papieru. Po raz pierwszy zdradziłem się z tym, czym naprawdę są dla mnie nasze spotkania. Gdyby ktoś mnie zobaczył, dowiedziałby się o nas. Zaczęto by się o mnie martwić, może nawet wysłano do szpitala, przepisano jakieś leki. Muszę być bardziej czujny.
Twój oddech się wyrównuje, ciało powoli wiotczeje, zaczyna wykonywać taniec z samym sobą. Dwa centymetry w bok, trzy w tył. Osuwa się, podnosi. Opada, to znowu podrywa. Rytm obrazów i dźwięków, unosi Cię, daleko stąd.
Przestałaś czytać, ale nie zgasiłaś lampki. Czy to list sam opadł pod moją nieuwagę na Twoją pierś, czy sama go tam położyłaś. Chciałbym podejść i Cię przykryć, Zuzanno. Boję się, że zmarzniesz. Ogień na piecu już wygasł, za oknem zaczął padać deszcz. A Ty leżysz na łóżku w ubraniu, nawet się nie przebrałaś. Będę tu siedział, plecami do biurka, twarzą do Ciebie. Będę czuwał.
Poruszyłaś się… Otwierasz oczy? Zamierzasz lunatykować, Zuzanno? Patrzysz na mnie, czy tylko w moją stronę? Czyżbyś…
– Jesteś takim zabawnym człowiekiem. Traktujesz wszystko strasznie serio, nawet mój sen. Wszystko musi coś dla ciebie znaczyć, odsyłać w inne miejsca. Nie możesz po prostu posiedzieć przy mnie i pomilczeć? Podejdź, pogłaskaj mnie, zanuć coś, okryj mnie kocem. Nie, nie, nie przerywaj mi. Przez chwilę nic nie mów. Zrozum, że niektóre rzeczy po prostu się dzieją; nie trzeba wszystkiego nazywać, definiować, porównywać i zestawiać. Nie gorączkuj się tak. Martwię się o Twoje serce. Twój oddech stał się nierówny, na pewno też to zauważyłeś.
Teraz to ty mnie posłuchasz. Podejdź tu, proszę. Ależ tak, tak to właśnie ma wyglądać, nie inaczej. Teraz śpię i musisz się mnie we wszystkim słuchać. I milczeć, bo inaczej mnie obudzisz. A wiemy oboje, że muszę się wyspać. Tak, po tym, co się zdarzyło także, ale przede wszystkim przed tym, co jeszcze ma się stać. Więc teraz kolej na mój sen o tobie. I do ciebie.
Ależ oczywiście. Za każdym razem, kiedy mi się przyglądasz, ja też na ciebie patrzę. Nie wiedziałeś o tym? Myślałeś, że jestem tylko ruchomym obrazem, a ja byłam weneckim płótnem. Stałam zawsze po drugiej stronie. Znam cię dłużej niż ty mnie. Czekałam na ciebie. Myślisz, że odnalazłbyś mnie, gdybym ci na to nie pozwoliła? Gdybym cię nie wezwała?
Wydawało ci się, że spotkałeś mnie po raz pierwszy jeszcze w szkole. To nie byłam ja, ale ta wiedza drogo cię kosztowała. Takich pomyłek było potem jeszcze kilka. Płaciłeś za nie zawsze w tej samej walucie. Zadłużyłeś się, przyjacielu, po uszy. Spłatą długu była samotność. Żyłeś jak mnich i trochę nawet się nim stałeś. Miałeś swój rytm dnia, twój własny porządek, cykl roku. Byłeś bezpieczny. Od kiedy zwątpiłeś – nie w moje istnienie, ale w to, że mnie odnajdziesz – otuliłeś się tym bezpieczeństwem jak kaftanem. Szarpałeś się już tylko przez sen. I w tych chwilach pół-snu, jakim zawsze było dla ciebie pisanie.
Ale to wszystko przecież wiesz, może dla odmiany opowiem ci coś, o czym zapomniałeś? Czy zdążymy wszystko powtórzyć, zanim przyjdzie na ciebie kolej? Nienawidzisz egzaminów, nieprawdaż? Teraz jeszcze bardziej niż kiedy sam studiowałeś. Patrzysz na te biedne, trzęsące się dzieci, masz ochotę wstać, przytulić je i zawołać, że to wszystko przecież nie ma sensu. Że pamiętają nie to, co trzeba. Im więcej wiedzą, tym gorzej dla nich. Że chciałeś ich obudzić, a pogrążyłeś w jeszcze głębszym śnie. Na koniec zawsze chcesz ich przeprosić.
Ale najbardziej nienawidzisz w nich, w egzaminach, tego końcowego, ostatniego, który na ciebie czeka. Próbowałeś przełożyć jego termin tym pisaniem, podglądaniem mnie. Nie, nie – pamiętaj, że nie wolno ci się odezwać.
A czy pamiętasz jeszcze, że mnie zdradziłeś? Że chciałeś zerwać ze mną wszelkie kontakty, porzucić? I to już po tym, jak mnie odnalazłeś, kiedy cię do siebie dopuściłam. Te kilka tygodni, prawie dwa miesiące twojego milczenia. Ani słowa. A ja czekałam, wiesz? Wstydziłeś się mnie. Wstydziłeś się tego, że ze sobą rozmawiamy. Bałeś się tego, co by o tobie pomyślano, gdyby wszyscy dookoła dowiedzieli się, że wypisujesz całymi dnia do kobiety. Że wiesz o niej więcej, niż jakiemukolwiek mężczyźnie wolno się dowiedzieć. Postanowiłeś uznać, że to wszystko było pomyłką, ślepą uliczką. Że byłam twoim błędem i występkiem. Poczułam się wtedy jak świat porzucony przez dziecko, które wcześniej go sobie wymarzyło. Chciałeś ze mnie wyzdrowieć. Wyrosnąć.
Chciałeś zapomnieć. Zdradziłeś mnie. Ale ja czekałam, jak tylko można czekać na list, który się spóźnia. Stałam codziennie w oknie. Zagryzałam wargi na widok listonosza. Zaciskałam pięści.
Na twoje szczęście nie zwlekałeś zbyt długo. Wróciłeś, zanim zdążyłam cię znienawidzić. Co nie zmienia faktu…
Oboje jesteśmy zdrajcami. Dlatego jest nam ze sobą tak dobrze.
Jan Maciejewski