Gdzie szukać najstarszego na świecie wizerunku pierwszego w dziejach Kościoła świętego Słowianina? W Libicach, gdzie przyszedł na świat? W Pradze, której był biskupem? A może w Gnieźnie, skąd wyruszył po świętość? Albo w Świętym Gaju, gdzie poniósł męczeńską śmierć? Bynajmniej – w żadnym z zakątków Słowiańszczyzny i pruskich ostępów, lecz w Rzymie, gdzie spędził najmilsze lata swego życia.
Na Wyspie Tybrowej, jedynej w obrębie Wiecznego Miasta, wznosi się kościół Świętego Bartłomieja – dosyć niepozorny, bo barokowy, a w Stolicy Baroku, żeby przykuć baczniejszą uwagę, trzeba być co najmniej Il Gesù (a fasada San Bartolomeo wyjątkowo nie grzeszy finezją), choć górująca nad nim ceglana kampanila, wyraźnie średniowieczna, każe się domyślać, że barok to tylko maska na znacznie starszym obliczu.
Potwierdzenie tego znajdujemy, śledząc dzieje świątyni wstecz. Oto barokową szatę przybrała ona w roku 1624 w wyniku przebudowy wymuszonej zniszczeniem wcześniejszej formy przez wezbrany powodzią nurt Tybru w roku 1557. A jaka była owa wcześniejsza forma? Zapewne romańska, gdyż źródła wspominają o przebudowie świątyni w roku 1113, w wyniku której przybrała ona zachowany do dzisiaj kształt trójnawowej bazyliki w miejsce wcześniejszej fundacji ottońskiej wzniesionej pod koniec X wieku. Ta zaś mogła również powstać wskutek przebudowy – znawcy twierdzą, że na wyspie stał już kościół pod wezwaniem Najświętszego Salwatora, co zresztą wydaje się logiczne z uwagi na jeszcze wcześniejszą lokalizację w tym miejscu pogańskiej świątyni Asklepiosa, którą z pewnością wkrótce po triumfie krzyża w Rzymie poświęcono na chwałę prawdziwego Boga.
Wesprzyj nas już teraz!
Nas jednak najbardziej interesować powinna przedromańska forma kościoła. Wiąże się ona bowiem ze świętym Wojciechem, którego dzieło i pamięć pragnął uczcić i głosić fundator – cesarz Otto III. Osobiście wszak udał się na odległą rubież Christianitatis po relikwie swego przyjaciela Adalbertusa, który przelał krew dla wierności Chrystusowi w dzikich ostępach północnej pruskiej puszczy, aby je umieścić częściowo w Akwizgranie – politycznej stolicy ówczesnego Zachodu, częściowo zaś w stolicy chrześcijańskiego świata.
Dlaczego akurat na wyspie pośrodku Tybru, tego się już nie dowiemy (prawdopodobnie z jakiegoś powodu wcześniejsza budowla tam umiejscowiona wymagała pilnego remontu). Nie da się też raczej rozstrzygnąć, dlaczego kościół do dnia dzisiejszego nie nosi patrocinium świętego Wojciecha, tylko świętego Bartłomieja – wygląda na to, że kult świętego z dalekiego kraju Słowian z czasem wygasł, nie mogąc z oczywistych względów mierzyć się z pamięcią o jednym z dwunastu najbliższych uczniów Jezusa, aczkolwiek wezwanie Sancti Bartholomaei pojawia się w źródłach – jak zapewniają wertujący je zawodowo – dopiero w XI i XII wieku.
Tymczasem marmur – odmiennie od pergaminu – ukazuje ich jednocześnie, ramię w ramię, po obu stronach Zbawiciela, niemal tak jak tego chciała dla swoich synów matka Jakuba i Jana…
Tajemniczy puteal
W San Bartolomeo dziś niepodzielnie króluje barok. Tym większą uwagę przykuwa niewielka marmurowa studzienka, typowy puteal pośrodku schodów wiodących do umiejscowionego na podwyższeniu prezbiterium – już na pierwszy rzut oka wczesnośredniowieczny, utrzymany w stylistyce wyraźnie ottońskiej.
Cylindryczny kształt cembrowiny dzieli na cztery pola płaskorzeźbiony misternie ornament w formie arkadki obramowujący cztery postacie wykonane tą samą techniką. Front zajmuje Jezus Chrystus, tył – cesarz (wierzymy na słowo tym, którzy studzienkę oglądali ze wszystkich stron – ta część bowiem jest niewidoczna, gdyż zasłaniają ją stopnie schodów), po bokach zaś widnieją wizerunki dwóch świętych: po prawicy Pana (z perspektywy patrzącego: na lewym boku) bezsprzecznie Apostoł Bartłomiej, ukazany z nożem mającym przypominać rodzaj poniesionego przezeń męczeństwa: obdarcie ze skóry, po lewicy zaś (z naszej strony: na boku prawym) biskup‑mnich z pastorałem i tonsurą. To – równie bezsprzecznie – święty Wojciech.
Czy powinno nas dziwić, że pierwszy na świecie wizerunek pierwszego na świecie kanonizowanego Słowianina, biskupa Pragi i głównego patrona Polski powstał na rzymskiej Wyspie Tybrowej, a nie pośród słowiańskiej puszczy na Ostrowie Lednickim czy też w stolicy państwa czeskiego? Żadną miarą.
Powód jest prosty: władający Pragą Przemyślidzi nie mieli najmniejszego interesu w wysławianiu przedstawiciela konkurencyjnej dynastii Sławnikowiców (nie wspominając nawet o tym, iż w Pradze powszechnie Wojciecha nienawidzono z powodu jego bezkompromisowej postawy wobec szerzących się tam na masową skalę praktyk pogańskich), a co do Polan – ci, owszem, mogli uwiecznić świętego w jego gnieźnieńskim sanktuarium, ale tego akurat nigdy się nie dowiemy, gdyż najazd Brzetysława w roku 1038 pozostawił Gniezno w takim stanie, że – jak rzecz przedstawił Gall Anonim – w kościele świętego Wojciecha Męczennika dzikie zwierzęta znalazły legowiska.
Jednakowoż należy pamiętać, że cesarz Otto III, wielki admirator świętego, nakazał wznieść kościół pod jego wezwaniem natychmiast po otrzymaniu wiadomości o męczeństwie w Prusach, przeto wydaje się, że nawet gdyby w Gnieźnie wykonano ówcześnie jakąkolwiek podobiznę męczennika, to i tak z czysto „technicznego” powodu cywilizacyjnego zapóźnienia Słowań szczyzny w stosunku do krajów Starej Europy trudno sobie wyobrazić, by powstała wcześniej niż w jednym z intelektualno‑artystycznych centrów Christianitatis.
Warto sobie również uświadomić, że Rzym poznał się na świątobliwym Słowianinie nieporównanie lepiej niż pobratymcze Praga i Gniezno. To z Wiecznym Miastem odkrył Wojciech pokrewieństwo dusz, którego próżno szukał we własnej stolicy biskupiej. Dodajmy – pokrewieństwo odczuwane z wzajemnością. Biskup z dalekiego kraju natychmiast po przybyciu do Stolicy Świętego Piotra pozyskał podziw i sympatię najważniejszych osobistości ówczesnej hierarchii oraz duchowo‑intelektualnej elity Kościoła, jak również kręgów politycznych dworu cesarskiego.
Celebryta z dalekiego kraju
Wojciech oczarował przede wszystkim Ottona III, młodziutkiego cesarza, któremu marzyło się renovatio Imperii Romani – wskrzeszenie dzieła Karola Wielkiego (czy wręcz jeszcze większego Konstantyna), otwierając oczy nastoletniego imperatora na daleką Sclavinię, która dopiero co ochrzczona pragnie być częścią wielkiej Christianitatis, nie niemiecką jednak, lecz rzymską, gdyż ma do spełnienia doniosłą rolę łącznika Zachodu ze Wschodem.
W gronie przyjaciół Sławnikowica znaleźli się także dwaj ówcześni papieże: Jan XV i Grzegorz V oraz dwaj wychowawcy młodego cesarza, którzy również w przyszłości przywdzieją papieską tiarę (jeden nielegalnie jako antypapież Jan XVI – to dumny Jan Filagatos; drugi zgodnie w prawem jako Sylwester II – to uczony Gerbert z Aurillac, horyzontami intelektualnymi wykraczający daleko poza swą epokę) oraz dwaj mężowie niezrównani w pobożności: święty Nil – największy mistrz ascezy, i święty Romuald – wybitny reformator klasztorów, założyciel zakonu kamedułów.
Co więcej, zainteresowanie osobą Wojciecha, znaczne już za jego życia, po śmierci wzrosło lawinowo. Był wszak członkiem ówczesnej europejskiej elity, a na salonach rzymskich swoistym celebrytą, który porzucił splendory Wiecznego Miasta, by nieść Dobrą Nowinę północnym barbarzyńcom. Posypały się biografie – już w latach 998–999 światło dzienne ujrzał Żywot pierwszy, zwany też rzymskim, autorstwa Jana Kanapariusza, Wojciechowego współbrata z klasztoru Świętych Bonifacego i Aleksego w Rzymie. Rok 1004 przyniesie Żywot drugi pióra świętego Brunona z Kwerfurtu, nieco później powstanie Passio Sancti Adalperti martiris, szerzej znana jako Pasja z Tagernsee. Wspomni o Wojciechu również Kosmas w Kronice Czechów i oczywiście Gall Anonim na kartach Kroniki polskiej.
Uczony i święty, celebryta i heros – czy to nie powód, by go uwiecznić w marmurze? Czyż Rzym nie czynił tak od początku swego istnienia?
Dlaczego zatem w prawej (od strony oglądającego) kwaterze studzienki u stóp ołtarza w San Bartolomeo współcześni widzą świętego Paulina z Noli i takie też drugie patrocinium od wieków nosi bazylika? Tu również odpowiedź wydaje się prosta. W życiu świętego Wojciecha wszystko toczyło się szybko. Bierzmowany w wieku kilku lat, licząc ich dwadzieścia sześć był już biskupem. Jeszcze dobrze nie przebrzmiał ingres, gdy musiał opuścić stolicę biskupią. Ledwo został zakonnikiem, kazano mu opuścić klasztor. Jego pruska misja trwała kilka dni. Na palmę świętości także długo nie czekał – kanonizowany w rekordowym odstępie zaledwie dwóch lat od śmierci. Nic więc dziwnego, że i zapomniano o nim szybko.
Choć początkowo kult rozwijał się błyskawicznie, wkrótce brakło w Rzymie jego promotorów. Zaledwie pięć lat po męczeńskiej śmierci biskupa Pragi odszedł do Pana cesarz Otto III, rok później – papież Sylwester II, a w kolejnym roku święty Nil. Romuald zaś odizolował się od świata w Camaldoli.
Być może swoje zrobiła również natura – Tybr podówczas nieuregulowany systematycznie wylewał, podmywając zarówno oba swe brzegi, jak i obrzeże wyspy. Niewykluczone więc – acz pewności nie mamy, bo wczesne dzieje Wyspy Tybrowej spowija mrok niepamięci – że świątynia została w XI wieku uszkodzona wskutek powodzi (albo też splądrowali ją, bądź zgoła zniszczyli, buszujący w połowie tegoż stulecia po Wiecznym Mieście Normanowie). Wiemy bowiem z pewnością o rekonsekracji kościoła w roku 1113 dokonanej przez papieża Paschalisa II, który nadał mu wezwanie świętego Bartłomieja (a może również świętego Paulina z Noli?).
Nie znajdziemy dziś również w zapomnianym sanktuarium świętego Wojciecha jego relikwii – te bowiem znajdują się w Gnieźnie, przekazane polskiemu Kościołowi na prośbę prymasa Polski, kardynała Augusta Hlonda w roku 1928, gdyż pięć lat wcześniej spoczywające w gnieźnieńskiej katedrze szczątki świętego bezpowrotnie zaginęły wskutek kradzieży. Najwyraźniej świętemu tułaczowi i po śmierci pisana tułaczka…
Kto wytrwał do końca
Warto jednak bazylikę Świętego Bartłomieja w dzisiejszym stanie odwiedzić z powodu innych relikwii (to również swoiste polonicum, które podobnie jak w przypadku Wojciecha wiedzie od świętego męża ku globalnej perspektywie Kościoła).
Od roku 2000 bowiem za sprawą Jana Pawła II bazylika na Wyspie Tybrowej jest miejscem poświęconym pamięci męczenników XX wieku. W sześciu kaplicach bocznych zgromadzono relikwie świadków Chrystusa prześladowanych i mordowanych przez całe minione stulecie na wszystkich kontynentach: w prawej nawie znajdujemy świadectwo męczeństwa chrześcijan w Azji, Oceanii, na Bliskim Wschodzie, w obu Amerykach i pod rządami reżimów komunistycznych, nawę zaś lewą poświęcono ofiarom wrogości do Boga w Afryce, w Trzeciej Rzeszy oraz w Hiszpanii i Meksyku.
Przy tej ostatniej kaplicy przyklękam na dłużej, dziękując Panu za to, że wreszcie do powszechnej świadomości zaczyna się przebijać pamięć o ofiarach systemów masońsko‑republikańskich, w swej nienawiści do Boga wcale nie mniej zbrodniczych niż troglodycki bolszewizm. Świadomość ta wydaje się szczególnie ważna dzisiaj, gdy demokratyczne reżimy szykują się do kolejnej wojny z Kościołem pod hasłem obrony świata przed faszyzmem. Boga nie unicestwią, bo to niemożliwe (któż zresztą lepiej zdaje sobie z tego sprawę niż ich piekielny szef?!), ale wystarczy, że wyprą Go z przestrzeni publicznej, by dusze pozbawione drogowskazu (czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal) tym łatwiej zwodzić ku wiecznemu zatraceniu.
I tak refleksja kołem obiega z powrotem do świętego Wojciecha, który przecież krew i życie oddał za nic innego, jak próbę wniesienia Jezusa w przestrzeń publiczną poddanych jeszcze władztwu szatana Prusów…
Brzęk kluczy. To kościelny – chce już zamykać. Lapidarna w zamierzeniu modlitwa rozwinęła się w dłuższą medytację. Cienie na zewnątrz też się znacznie wydłużyły. Już odbicie krzyża wieńczącego dziewiętnastowieczną kolumnę na placu przed bazyliką powoli wpełza na jej fasadę. Czas ruszać dalej – choć dzień z wolna się chyli, upał wciąż doskwiera. A po zatybrzańskiej stronie Mostu Cestiusza, w prostej, drewnianej budce czeka najsmaczniejsza na świecie granita…
Jerzy Wolak