Dzisiaj

Karol Nawrocki. Między „starym” a „nowym” przymierzem

(Fot. Yauhen Yerchak / Zuma Press / Forum)

Karol Nawrocki to jeszcze prorok „starego przymierza”, który dla polityki narodził się w epoce „nowego przymierza”. Brak doświadczenia politycznego sprawia, że nie jest częścią ani jednego, ani drugiego. Wydaje się z jednej strony świetnym reprezentantem ludu przeciwko elitom, ale też sam z częścią tych elit wyraźnie się sprzymierzył, przejmując od nich wiele politycznych kategorii. 

Karol Nawrocki został wybrany na prezydenta jako anty-Trzaskowski, buntownik z blokowiska wkurzający salonowe elity. Stał się koszmarem licznych arbitrów elegancji. Zamiast cytować Miłosza i studiować na Sorbonie, stał na bramce w dyskotece, by w wolnych chwilach tłuc się w kibolskich ustawkach. W swoją kampanię zaszył obietnicę zakończenia epoki „postokrągłostołowej” w Polsce, która stała się republiką inteligentów, zajmujących się głównie metapolityką a nie polityką twardych realiów, polegającą na rozwiązywaniu problemów. Nawrocki zdawał się ulepiony z innej gliny niż Geremek, Mazowiecki, Kaczyński czy Tusk. Kiedy biegał wokół Stadionu Narodowego, robił pompki a w wywiadach przyznawał się do słuchania rapu Rycha Peji czy Kękę, wydawało się, że mówi do nas – excusez-moi za taki język – Achtundachtzig Professoren: Vaterland, du bist verloren.

Prawdę mówiąc śledząc jego biografię spodziewałem się, że jego odcięcie od Okrągłego Stołu będzie czymś bardziej znaczącym niźli tylko gest wyniesienia nieszczęsnego mebla z Pałacu Namiestnikowskiego. Widziałbym ów bunt raczej w zdecydowanym zerwaniu przez Nawrockiego z „republiką inteligencką”, która jest jedną z największych bolączek polskiej polityki. Mógł przy tym Karol Nawrocki wykorzystać polską fascynację trumpizmem i rozpocząć mniej ozdobną a bardziej bezczelną politykę. Politykę, dla której – by strawestować pewnego niepopularnego w Polsce polityka – jedyną hańbą byłby brak troski o polskie interesy. Politykę bez zbędnych utrapień w kwestii tego, co jest godne a co nie, co przyniesie nam wstyd a co uznanie, komu podawać rękę a z kim przy stole nie siadać. Politykę, w której nie ma wiecznych przyjaciół ani wrogów, ale są tylko wieczne interesy.

Wesprzyj nas już teraz!

Niestety, po pół roku prezydentury Karola Nawrockiego szansa na taką pragmatyczną politykę – przynajmniej w opinii niżej podpisanego – wydaje się w sporej części zmarnowana. Nie oznacza to, rzecz jasna, że mówimy o kiepskiej prezydenturze, to byłaby przesada. Ale z pewnością wiemy już o Nawrockim tyle, by powiedzieć wprost: to nie będzie prezydentura „nowego przymierza”. To będzie co najwyżej prezydentura transformacji ze starego w nowe.

Paradoks Nawrockiego

Karol Nawrocki zapowiadał, że jako prezydent chce reprezentować interesy Polaków. Głównie tych, którzy „chcą Polski bezpiecznej, Polski wspierającej edukację dzieci i Polski, która inwestuje w swój rozwój”. To dość pojemny kierunek, dlatego chciał przekuć go w konkrety za pomocą ustaw, Rad Gabinetowych (na razie odbyła się tylko jedna) i oczywiście wet.  

Z tych opowieści zostało ostatecznie niewiele. Zasadniczo w ogóle trudno ocenić dzisiaj skuteczność Karola Nawrockiego, a przecież w kampanii wyborczej lubił prezentować się jako twardziel, który zagoni rząd do roboty. Gdy ówczesny kandydat na prezydenta mówił, że zagoni „leniwy rząd do roboty”, oceniałem, że nie jest to wcale proste, bo prezydent zasadniczo nie ma do tego „twardych” kompetencji. Jedyną taką jest weto. Wszystkie inne mogą nieco utrudniać pracę rządowi, jednak bez poważniejszych konsekwencji. I pół roku rządów Nawrockiego dowodzi, że właśnie tak jest: tylko weta okazały się naprawdę skutecznymi ciosami, podbródkowym wymierzonym w rządową szczękę. I to jedyna broń, którą Nawrocki wymachuje dzisiaj Tuskowi przed nosem. Czy mimo to możemy dzisiaj z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że rząd jest mniej leniwy niż pół roku temu?

Same weta prezydenta zresztą robią czasami wrażenie, jakby były wymierzane losowo. W kwestiach cywilizacyjnych, jak dotąd, prezydent nie zawiódł, wetując szkodliwy pomysł „reformy” edukacji. Jeśli jednak wziąć programowe deklaracje Nawrockiego i odnieść je do innych wet, to rzeczy te bywają rażąco sprzeczne. Z jednej strony prezydent deklaruje, że jest za deregulacją, z drugiej – blokuje zmiany dotyczące zmniejszenia kar skarbowych. Innym znów razem całkiem słusznie wetuje ustawę ograniczającą wolność słowa w sieci oraz inną podnoszącą akcyzę i podatek cukrowy, by za chwilę podpisywać ustawę w absurdalny sposób zaostrzającą kodeks drogowy. Czyli raz wybiera wolność, a innym razem – jej radykalne ograniczenie.

Dlaczego tak się dzieje? Wydaje się, że pierwotnym założeniem polityki wet było blokowanie i ośmieszanie rządu, przy jednoczesnym gromadzeniu społecznego poparcia. Prezydent szukał zatem możliwości, by włożyć rządowi palec w oko, ale wetował tak, by nie narazić się zbytnio swoim wyborcom. A ci to nie tylko przecież wolnościowe zaplecze Mentzena, ale także konserwatywne centrum, którego poglądy przez lata formowane były przez PiS-owski etatyzm. Nawrocki musi jakoś łączyć te dwie wrażliwości. Ot, jak się zdaje, cała zagadka dziwnych posunięć prezydenta. Przy czym chytrość tego planu polegała także na próbie zmuszenia rządu, by włączył głowę państwa w proces legislacyjny. To się jednak nie udało, bo też Tusk jest zbyt sprytny, by dać się wciągnąć w taką pułapkę.

Przyznajmy jednak, że Nawrocki mógłby postępować nieco inaczej. Weta, zwłaszcza te dotyczące kluczowych ustaw, mogłyby stać się szansą na „opowiedzenie” Polakom pewnej spójnej wizji budowy państwa, reform politycznych i społecznych. Słowem: ich uzasadnienia mogłyby być nieco bardziej konsekwentne. Nie można z jednej strony deklarować troski o wolność człowieka a z drugiej popierać konfiskatę samochodu czy wsadzania do więzienia za przekroczenie prędkości. 

Ale Nawrocki wyraźnie nie chciał korzystać z takiej szansy. I być może nie powinno to bardzo zaskakiwać. Kluczową rolę polityczną we wdrażaniu prezydenta w politykę odgrywa przecież ta część jego zaplecza, która związana jest z obozem Zjednoczonej Prawicy. Wyjątek stanowi zaciąg z IPN, który prezydent Nawrocki ściągnął zapewne po to, by usprawnić zarządzanie kancelarią. Co w istocie wychodzi mu, nawiasem mówiąc, całkiem dobrze.

Z kim nie siadać do stołu?

Nawrocki, co zrozumiałe, nie jest w pełni gotowy do tego, by pełnić rolę politycznego lidera. Niewątpliwie w kampanii wyborczej pokazał, że ma silny charakter, z pewnością też dostrzega wartość wielu ważnych inicjatyw społecznych jak Marsz dla Życia i Rodziny. Pamięta również o licznych rocznicach, chętnie spędza czas wśród Polaków na Marszu Niepodległości czy Orszaku Trzech Króli. Zwrócił też uwagę wieniec, jaki złożył przy pomniku i grobie ks. Piotra Skargi w 490. rocznicę urodzin wielkiego kaznodziei. To ważne gesty, wszak pokazują formację prezydenta. Ale jednak niedosyt pozostaje.  

Nawrocki musi sobie odpowiedzieć na pytanie, jakim chce być politykiem: czy jednym z wielu liderów, jakich produkują dzisiaj partie, postrzegającym politykę jako działalność w obszarze metawartości czy jednak zachować swoją tożsamość „normalsa” i skupić się na tym, by uczynić Polskę państwem lepszym i sprawniejszych, czego zresztą potrzebujemy szczególnie pilnie, zważywszy na to, iż jesteśmy obiektem agresji ze Wschodu, polegającej na działaniach na razie jeszcze – i oby jak najdłużej – poniżej progu wojny.

To, że Nawrocki ma zbyt wielu kiepskich doradców, kształtowanych robieniem „metapolityki” w III RP, obrazują chociażby jego relacje z Viktorem Orbanem a konkretnie odwołanie spotkania z węgierskim premierem tylko dlatego, że ten wcześniej… spotkał się z prezydentem Władimirem Putinem. To absurd, wszak polityka polega na tym, by rozmawiać i spotykać się a nie strzelać focha, bo kolega spotkał się z kimś, z kim akurat niespecjalnie się lubię. Jako Polak wolałbym, by na czele mojego państwa stał polityk, który będzie gotów rozmawiać z każdym, jeśli tylko tak dyktuje mu interes Polski. A co tu dużo ukrywać – budowanie trwałych sojuszy w naszym regionie to sprawa kluczowa w obliczu coraz bardziej rozklekotanej i pękającej na szwach Unii Europejskiej.  

Nawrocki, robiąc „politykę godnościową”, staje się właściwie kontynuatorem obłędnej strategii wobec Rosji czy Białorusi obranej przez PiS i kontynuowanej przez PO. Najkrócej mówiąc sprowadza się ona do tego, by odcinać wszystkie kanały łączące Polskę z tymi państwami, co po pierwsze pozbawia nas wpływu na region, w którym przyszło nam bytować, a po drugie radykalnie ogranicza Polsce pole manewru w polityce międzynarodowej, co znacznie osłabia nas względem państw „starej Europy” czy Waszyngtonu.

Nie wykorzystaliśmy i nadal nie wykorzystujemy roli, jaką pełnimy w regionie. Na początku wojny rosyjsko-ukraińskiej to Polska była krajem, do którego chętnie dzwonili zachodni przywódcy by dowiedzieć się czegoś więcej o zamiarach Kijowa. Od pewnego czasu jednak systematycznie tracimy na atrakcyjności. Nie tylko nie umiemy ułożyć sobie relacji z Ukrainą, ale też pozostajemy poza głównym nurtem zachodniej polityki, która powoli szykuje się na zakończenie wojny za naszą wschodnią granicą. A to oznacza, prędzej czy później, stopniowe normalizowanie stosunków z Rosją i Ukrainą. Co więcej, to Kijów dzisiaj coraz śmielej snuje plany, by stać się liderem naszego regionu, dzięki silnej armii i inwestycjom, które mają napłynąć po wojnie. Nie jest przypadkiem, że Wołodymir Zełenski spotyka się ze Swietłaną Cichanouską, a w Davos mówi o roli armii ukraińskiej w budowaniu europejskiej architektury bezpieczeństwa.

Karol Nawrocki idzie utartymi w Polsce schematami. To jasne, że nie on prowadzi politykę zagraniczną, ale nie musiał wcale odwoływać spotkania z Viktorem Orbanem. Nie musiał też głośnio deklarować, że jeśli zasiądzie w Radzie Pokoju z Łukaszenką i Putinem, to powie im, co myśli o ich działaniach. To niepoważne, wszak polityka ostatecznie polega na rozmawianiu i poszukiwaniu rozwiązań problemów zamiast ich eskalowania. Wojny to jedno z narzędzi wywierania presji na państwo, nawet jeśli jest ono odrażające i wyjątkowo okrutne. Zawsze kończą się też rokowaniami. Czy Polska rządzona przez Tuska lub Kaczyńskiego, z Nawrockim w Pałacu Prezydenckim zbojkotuje postanowienia pokojowe między Rosją a Ukrainą, jeśli nam się nie spodobają? W jaki sposób zdefiniujemy swoją rolę wobec „nowej”, powojennej Ukrainy?

Wydaje się, że Nawrocki jest nieco zagubiony na swoim stanowisku, choć widać to wyraźniej dopiero wówczas, gdy uchyli się nieco wizerunkową zasłonę złożoną z żelaznej zbroi wojownika. Owszem, w spotkaniach na szczeblu międzynarodowym radzi sobie nieźle, ale przecież niczego istotnego jeszcze nie „dowiózł”, wszak nawet jego relacje z Donaldem Trumpem wydają się nie wykraczać poza formalne kontakt. A przecież pyszałkowaty amerykański przywódca daje się obłaskawiać stosunkowo łatwymi środkami co bardziej przebiegłym politykom, takim jak Alexander Stubb czy były premier Japonii Shnizo Abe. Nic nie wskazuje, by między Nawrockim a Trumpem powstała jakaś nić osobistych relacji, łączy ich jedynie nić politycznej ideologii, która zbliża ruch MAGA i PiS.

Wiele wskazuje, że prezydentura Nawrockiego – choć znacznie bardziej uporządkowana niż obydwie kadencje poprzednika – nie będzie wcale żadną nową jakością, choć oczywiście trudno stwierdzić coś jednoznacznie po kilku miesiącach urzędowania. Niepokoi jednak szczególnie sposób, w jaki Nawrocki zarządza swoją obecnością w polityce wewnętrznej.  

Nawrocki szybko się uczy – lubili podkreślać politycy PiS w czasie kampanii prezydenckiej. Szkoda tylko, że nie od tych, od których uczyć się powinien – ciśnie się na usta riposta.

Tomasz Figura

Polityk inni niż wszyscy. Co nam mówi pół roku prezydentury Karola Nawrockiego?

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(10)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie