Konferencje episkopatu stały się tworem wyjątkowo szkodliwym. Ograniczają podmiotowość biskupów, prowadzą do niepotrzebnego ujednolicenia przekazu, co na ogół sprzyja narracji lewicowej. Dlatego trzeba je zlikwidować – albo chociaż poważnie okroić.
Model fałszywej jedności
W teorii krajowa konferencja episkopatu to świetny pomysł. Kościół funkcjonuje w strukturze państw narodowych, pojawiają się rozmaite wspólne dla wszystkich diecezji problemy, zatem dobrze, by ogarniała to jedna zwarta struktura. W pamięci Polaków zachował się bardzo pozytywny wzorzec długich rządów kardynała Stefana Wyszyńskiego. Mocna władza prymasa pozwalała na wypracowanie wyrazistej i jednolitej odpowiedzi Kościoła na wyzwania, jakie stawiała rzeczywistość socjalistycznego państwa, nastawionego wrogo do katolicyzmu. Można sobie wyobrazić, że bez tej władzy sytuacja polskiego Kościoła byłaby w PRL o wiele gorsza. Nie wszyscy biskupi mieli mocny kręgosłup, zaczęliby się chwiać i współpracować, kompromitując w ten sposób chrześcijaństwo. Kontrola ze strony prymasa to uniemożliwiała. Nikt nie ma wątpliwości, że z trudnych czasów komunistycznych Kościół w Polsce wyszedł zwycięsko.
Wesprzyj nas już teraz!
Zarazem wszyscy dostrzegają mizerię kolejnych dekad. Jednolity model funkcjonowania, przeniesiony z PRL w warunki demokracji, po prostu się nie sprawdził. Episkopat sukcesywnie tracił autorytet. Dziś ten autorytet pod wieloma względami jest zdruzgotany. Biskupów zaprasza się jeszcze do mediów przy okazji różnych świąt, ale ich wypowiedzi społecznych i politycznych prawie nikt nie traktuje poważnie. Dochodzi do sytuacji, w której szef ministerstwa spraw zagranicznych pozwala sobie na publiczne wyśmiewanie konkretnych biskupów i „donoszenie” na nich do Watykanu. Minister edukacji narodowej prowadzi z kolei z biskupami pozorowany dialog w sprawie katechezy w szkole, ostatecznie podejmując decyzje po prostu wrogie wobec Kościoła. Oburza to część prawicowej opinii publicznej, ale nawet ona jest do biskupów dość krytycznie nastawiona. Skandale związane z nadużyciami seksualnymi, dziwaczne zachowanie w trakcie Covid-19, niezrozumiała dla nikogo postawa wobec dialogu z judaizmem…
Trudno szukać w społeczeństwie jakiegoś szerszego zaplecza poparcia dla episkopatu. W sumie wydaje się, że publiczne życie Konferencji Episkopatu Polski jest życiem całkowicie wewnętrznym – ograniczonym do murów kościelnych, przy czym mam na myśli już nawet nie parafie (bo tam są jednak wierni), ale wyłącznie kurie. Urzędnicy i aktywiści kurialni – tak, ci ludzie przejmują się biskupami, bo muszą, przecież żyją w tym systemie i z tego systemu. Inni – nie.
Za granicą też jest źle
Czy to tylko polski przypadek? Nie – i tu dochodzimy do najważniejszej części refleksji. Otóż publiczna aktywność konferencji episkopatów jest bardzo słaba również w innych krajach. Obserwuję bliżej sytuację Kościoła w Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Za naszą zachodnią granicą Konferencja Episkopatu ma wśród dominującej liczby wiernych fatalną opinię. Ludzie masowo odchodzą z Kościoła, bo chcą unikać płacenia podatku kościelnego, uznając, że Kościół nie ma im nic do zaoferowania. Ci, którzy zostają, cały czas narzekają. Dotyczy to zwłaszcza środowisk konserwatywnych, które powinny być Kościołowi najbliższe. Wyborcy Alternatywy dla Niemiec uważają niemieckich biskupów za grupę zdrajców, którzy wspierają nieograniczoną politykę migracyjną. Wyborcy chadeckiej CDU uznają, że episkopat za słabo angażuje się w kluczowe spory społeczne i zbyt często odzwierciedla przekonania lewicowego mainstreamu. W Stanach Zjednoczonych Konferencja Episkopatu cierpi na te same bolączki. Potrafi opublikować obszerny list dotyczący imigrantów i skrytykować politykę Donalda Trumpa. Kiedy Joe Biden radykalnie promował legalność aborcji, komunikaty Konferencji Episkopatu były już bardzo słabe i wyzute z treści. Oczywiście zupełnie nową, specyficzną sytuację stwarza rosnąco antykatolicka perspektywa administracji Trumpa. W takich sytuacjach jednoznaczne stanowisko episkopatu może być pomocne – to casus nieco podobny do tego, co działo się w Polsce w czasach PRL – oczywiście zachowując wszystkie proporcje.
Oba kraje mają nad Polską pewną przewagę. Ani w Niemczech, ani w Stanach Zjednoczonych nie ma kultu Świętego Spokoju ani przyjęcia zasady jednomyślności za niewzruszony fundament funkcjonowania Kościoła katolickiego. Dlatego za Odrą możliwe są wyjątki. Większość biskupów diecezjalnych reprezentuje liberalny mainstream, ale są tacy, którzy stają do tego okoniem. Kilku biskupów diecezjalnych i pomocniczych jasno i wprost manifestuje swoją krytykę wobec kolegów na urzędzie. To sprawia, że, po pierwsze, katolicy mają konkretny punkt odniesienia, bo ci, którzy nie zgadzają się z liberalnym mainstream widzą, że to przecież nie wszystko; po drugie, że krzewi się żywa debata. Wyraźne i publiczne starcie intelektualne pomiędzy biskupami prowokuje do dialogu, wyostrzania tez i dopracowywania argumentacji, a to służy dyskutowanym problemom. Bardzo podobnie jest w Stanach Zjednoczonych. W niektórych diecezjach rządzą biskupi wyraziście liberalni, ale w innych, przeciwnie, wyraziście prawicowi. Nawet jeżeli konferencja episkopatu wyda jakieś ogólnikowe i mdłe oświadczenie, to pojedynczy hierarchowie są w stanie wziąć sprawy we własne ręce i napisać do wiernych list, w którym prezentują swoją optykę jasno i bez ogródek, niekiedy akcentując sprawy zupełnie inaczej. Tak jak w Niemczech, służy to debacie i otwartości.
Niemniej jednak w obu krajach działalności tych aktywnych jednostek towarzyszą działania konferencji episkopatu, które nie wzbudzają niczyjego entuzjazmu. Różnica pomiędzy Polską a Niemcami czy Stanami Zjednoczonymi polega na tym, że w naszym kraju panuje odziedziczony po kardynale Stefanie Wyszyńskim – i wzmocniony przez pontyfikat Jana Pawła II – paradygmat jednomyślności. Podobieństwo polega na tym, że wszędzie istnieją struktury konferencji episkopatu, które również prowokują wymuszoną jednomyślność.
Uważam, że w dzisiejszej dobie konferencje episkopatu po prostu szkodzą. Takie ciała mogą być potrzebne, ale ich funkcja powinna zostać radykalnie ograniczona, tak, by przestały zastępować biskupów w ich faktycznej odpowiedzialności. Dotyczy to zarówno spraw politycznych, społecznych jak i doktrynalnych. Podam trzy konkretne przykłady, które w mojej ocenie pokazują aż za dobrze wielką szkodliwość konferencji episkopatu.
List o Żydach
Pierwsza rzecz dotyczy nieszczęsnego listu Konferencji Episkopatu Polski na temat judaizmu. Dziennikarze próbują ustalić, w jaki sposób ten tekst powstał i został przegłosowany. Dotąd ustalono, że sporządzono go w ramach przynależącej do struktur Konferencji Episkopatu Polski specjalnej komisji, czyli Komisji ds. Dialogu z Judaizmem, którą kieruje kardynał Grzegorz Ryś. Tekst został właściwie zredagowany już na początku stycznia 2026 roku. Niektórzy biskupi zlecili sporządzenie ekspertyz, które były krytyczne, ale nie znalazło to żadnego odzwierciedlenia w postaci jakichś zmian w tekście. Na samym zebraniu plenarnym biskupi głosowali i list przeszedł niewielką większością. Innymi słowy, blisko połowa biskupów uznała go za nieadekwatny – ale pogodzili się z wyrokiem większości. Co więcej niektórzy biskupi mogli głosować „za” tylko dlatego, że… byli już zmęczeni długimi obradami i po prostu chcieli się z nich wyrwać, a temat za bardzo ich nie interesował. Mogli uznać, że skoro przygotowała go oficjalna Komisja ds. Dialogu z Judaizmem,w której zasiadają eksperci, to nie ma się czym przejmować.
W efekcie 22 marca 2026 roku Konferencja Episkopatu Polski ogłosiła list, który:
– został przygotowany przez wąskie grono;
– nie został poddany zbyt wielu poprawkom;
– miał poparcie niewielkiej większości;
– został przyjęty w sytuacji presji czasu.
Tekst dotyczył tymczasem bardzo wrażliwej kwestii doktrynalnej. Jeżeli biskupi w ogóle chcieli się czymś takim zająć, powinni zrobić to bardzo ostrożnie. Tymczasem list używa niezwykle grubych sformułowań, które są na granicy teologicznej poprawności albo tę granicę po prostu przekraczają. To nie jest tylko prawicowa perspektywa. Przeprowadziłem nawet prosty eksperyment, wrzucając różne fragmenty tego listu do Chata GPT i pytając, jak ocenia poziom teologiczny autora tego tekstu. Program ocenił, że tekst ewidentnie pisał ktoś, kto zna katolicką teologię tylko po łebkach – albo, że napisał go człowiek, którego interesuje raczej dialogowa poprawność polityczna niż katolickie nauczanie. Tak to dokładnie wygląda – list jest po prostu zły. Nawet jeżeli z pozycji liberalnych ktoś chciałby bronić zawartych w nim treści teologicznych, to musi przyznać, że zostały wyłożone pospiesznie i dwuznacznie.
Gdyby konferencja episkopatu nie istniała, to taki list mógłby pojawić się w jednej diecezji, względnie w jednej metropolii. Prasa mogłaby wtedy pisać, że biskup X głosi wątpliwe nauczanie na temat dialogu z judaizmem. Wywołałoby to skandal, ale bardzo ograniczony, bo byłoby jasne, że inni biskupi nie mają z tym nic wspólnego. W sytuacji, w której temat dialogu z judaizmem jest strukturalnie przerzucony na Konferencję Episkopatu, nagromadzenie patologii proceduralnych i nierzetelności teologicznej prowadzi do wybuchu ogólnopolskiego skandalu – i poważnie narusza autorytet całego Kościoła w Polsce. Przecież od strony formalnej, ten list jest wyrazem nauczania wszystkich biskupów w Polsce! Gdyby mieli się jednak pod tym osobiście podpisać, przedstawić swoim księżom, wiernym… prawdopodobnie za wyjątkiem jednego czy dwóch, nikt by się na coś takiego nie zdecydował. Innymi słowy: gdyby dać biskupom indywidualną odpowiedzialność, nie byłoby tego problemu. Struktura Konferencji Episkopatu, przy której działa „ekspercka” komisja ds. judaizmu, sprawia, że jest zupełnie inaczej. Biskupi nie czują się odpowiedzialni i skutecznie zgadzają się na to, by przegłosować obiektywnie zły tekst. Ot, kult świętego spokoju – i złe struktury.
In vitro oraz katecheza szkolna
Drugi przykład, jaki chcę przywołać, to in vitro. W 2023 roku polski parlament przyjął ustawę o rozszerzeniu finansowania procedury in vitro z budżetu państwa. Ustawa z parlamentu trafiła na biurko prezydenta. Wcześniej dokumenty na temat in vitro publikowała, oczywiście, konferencja episkopatu. W efekcie żaden z biskupów nie czuł się odpowiedzialny, by zabierać głos. Ostatecznie wyłącznie jeden zrobił w tej sprawie cokolwiek – był to, jakżeby inaczej, ówczesny przewodniczący konferencji episkopatu, abp Stanisław Gądecki, wysyłając list do prezydenta Andrzeja Dudy z prośbą, by listu nie podpisywał. Gdyby biskupi w Polsce działali na zasadzie indywidualnej odpowiedzialności, to być może na podobny gest zdecydowałoby się chociaż kilku. Doszli jednak do wniosku, że „to nie jest ich sprawa, przecież to temat KEP-u”. KEP się więc zajął, z czego nie wynikało zupełnie nic. Andrzej Duda list po prostu zignorował i podpisał ustawę. Być może zignorowałby też głos kilku biskupów – tego nie wiemy; ale siła oddziaływania nacisku kilku konkretnych hierarchów mogłaby być inna, niż na poły anonimowy głos KEP-u.
Wreszcie, kiedy polski rząd wydał walkę katechezie w szkole, usiłowałem uzyskać od biskupów jakieś stanowisko. Dzwoniłem i pisałem do poszczególnych kurii. Z bodaj jednym wyjątkiem wszyscy komunikowali: to nie nasz temat, to KEP, jest tam ekspert, proszę pisać. Chodziło tymczasem o katechezę, która będzie albo nie będzie odbywać się pod ich okiem, w ich diecezjach, której nauczają (albo nie) ich księża! Poczucie, że „to temat KEP” kompletnie zdejmował jednak odpowiedzialność.
Metropolie zamiast episkopatów
Oczywiście takich przykładów można byłoby mnożyć. W sumie widać jednak, jak sądzę, że struktury konferencji episkopatu skutecznie ograniczają działalność poszczególnych biskupów. Nie odbierają im żadnych prerogatyw co do zasady, w sensie nakładania jakichś kajdan prawnych. Odbierają raczej psychologicznie i kulturowo chęć do brania odpowiedzialności za sprawy Kościoła. Biskup, który zaczyna działać podmiotowo, staje się z perspektywy KEP problemem. Dlaczego mówi o katechezie, skoro mamy ogólnopolską komisję? Dlaczego mówi o judaizmie albo islamie, mamy przecież zespoły?
Konferencji episkopatu nie da się zlikwidować – to struktura ogólnokościelna, wprowadzona decyzjami Watykanu. Stolica Apostolska nie wykazuje żadnych tendencji na rzecz ograniczania ich roli. Wprost przeciwnie, ta rola raczej wzrasta. Na przykład w październiku 2026 roku odbędzie się w Rzymie spotkanie papieża Leona XIV w sprawie duszpasterstwa rodzin, na które zaproszeni zostali tylko przewodniczący episkopatu. To, co usłyszą od papieża, będą musieli później komunikować biskupom w swoim kraju i zabiegać o ujednolicenie duszpasterstwa w tym zakresie. Z perspektywy Watykanu to wygodne. Biskupów na świecie jest ponad 5000. Państw jest niespełna 200, nie wszystkie mają nawet własny episkopat. To zatem o wiele prostsze komunikacyjnie.
Konferencje episkopatu są jednak szkodliwe z perspektywy dbałości o doktrynę czy przepowiadanie Ewangelii społeczeństwu i państwu. Dlatego trzeba robić, co tylko się da, by ograniczać ich działanie, stawiając na podmiotowość poszczególnych biskupów. Struktura Kościoła katolickiego jest hierarchiczna. Rządzą właśnie biskupi – a nie jakieś gremialne struktury kościelne, które zostały ujednolicone terytorialne z państwowymi. Każdy biskup bierze odpowiedzialność za przekaz wiary katolickiej. Każdy powinien zajmować się swoimi wiernymi i dbać o ich właściwe podejście do chrześcijaństwa. Jeżeli pojawia się w kraju problem in vitro, niech każdy biskup pouczy wiernych, dlaczego in vitro jest obiektywnym złem. Jeżeli występuje trudność związana z relacją z judaistami, niech biskup przypomni o nauce Kościoła i daje jakieś wskazania duszpasterskie. To wszystko można robić indywidualnie, ograniczając działania konferencji episkopatu do minimum.
Stawiam tezę, że najwłaściwsze byłoby podbudowanie roli metropolitów. Metropolii jest w Polsce 14, podczas gdy diecezji aż 27. Historycznie rzecz biorąc, metropolici mieli w Kościele znacznie więcej do powiedzenia, niż biskupi diecezjalni – tak było w starożytności. Wzmocnienie roli metropolii kosztem konferencji episkopatów to ciekawy model, który z jednej strony ogranicza potencjalną kakofonię wielu nieskoordynowanych głosów, a z drugiej pozwala na znacząco większą podmiotowość metropolitów względem struktur episkopatu. Narzędziem sprawowania władzy metropolitalnej mogłyby być regularne struktury synodalne – chodzi oczywiście o synodalność na modłę starożytną, a nie współczesne procesy synodalne konstruowane przez Niemcy czy Belgię. 14 biskupów, którzy biorą odpowiedzialność za wiarę i angażują się w życie społeczne – to coś zupełnie innego, niż sztucznie ujednolicone listy całego episkopatu, za które ostatecznie nikt nie czuje się w pełni odpowiedzialny.
Jeżeli chcemy silnego, świadomego siebie katolicyzmu – rozpocznijmy pracę nad ograniczeniem roli konferencji episkopatów. List w sprawie judaizmu powinien być ostatnim dzwonkiem alarmowym.
Paweł Chmielewski