Tuż przed Bożym Narodzeniem zapoznałem się z treścią świątecznego wydania „Tygodnika Powszechnego”. Zapoznałem się z tekstem księdza Adama Bonieckiego, który nie po raz pierwszy oznajmił, że nie wierzy już w anioły. W kontekście Bożego Narodzenia, w którym to przecież aniołowie odgrywają olbrzymią rolę, wydało mi się to już nawet nie oburzające, nawet nie kuriozalne – z obowiązku czytam przecież to pismo od lat – ale po prostu smutne.
Kilka stron dalej redakcja zamieściła wywiad z profesorem Marcinem Majewskim, internetowym popularyzatorem Biblii. Rozmowa – choć erudycyjna – jest tak skonstruowana, iż można wysnuć z niej wniosek, że cali ci aniołowie to jakieś zaczerpnięte mity, wiara w ich istnienie nie jest nikomu do niczego potrzebna, właściwie nie do końca wiadomo o co z nimi chodzi. Ot, naukowiec, czytający Biblię jak typowy naukowiec z XXI wieku, opowiada co w niej się kiedy pojawiło, skąd się wzięło. A wziąć się miało nie z Bożego natchnienia i nie z rzeczywistości historii zbawienia, ale z mitów i metafor – rzecz jasna.
Uroczystość Objawienia Pańskiego, święto Trzech Króli, wydaje mi się dobrym momentem by szerzej skomentować ów brak wiary w rzeczy nadprzyrodzone, którego omawiane wydanie „Tygodnika Powszechnego” stanowi tylko i wyłącznie egzemplifikację. Obraz procesu, stanu świadomości i dusz znacznie większej, przerażająco większej liczby osób, niż tylko redaktorzy czy czytelnicy tego pisma.
Wesprzyj nas już teraz!
W uroczystość ową znów słyszeć będziemy o Mędrcach, którzy „weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny”.
Od kogo otrzymali ów nakaz we śnie? Od Józefa? Maryi? Od sług, z którymi zapewne nam zajechali? Czy od własnych wielbłądów? A może jednak usłyszeli nakaz od tej samej postaci co Józef, o którym w kolejnym wersecie czytamy, że „anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić”.
W katolickiej tradycji biblijnej i teologicznej przyjmuje się, oczywiście, że ostrzeżenie pochodziło od Boga, że sposób przekazania był nadprzyrodzony, a pośrednikiem był najpewniej anioł, nawet jeśli tekst nie używa tego słowa wprost. A jeśli nawet nie ma tu anioła, to szepnąć słowo Mędrcom mógł i sam Bóg, bez żadnych pośredników, jak to miewał już przecież w zwyczaju w historii zbawienia. Tym bardziej, że moment ten czcimy jako Objawienie Pańskie – ukazanie się Boga już nie tylko Izraelowi ale całemu światu.
Wiem, rzecz jasna, jakie istnieją – liczne i rozmaite – interpretacje tego głosu we śnie. Wiem jakie nabudowano przez wieki metafory, jakich fraz używają komentujący to kaznodzieje i teologowie, a nawet poeci. Nie będę ich tu wyliczał, tekst będzie wystarczająco długi i bez tego. Chciałem bowiem skupić się na czymś innym – na stopniowej utracie przez nas poczucia jakiejkolwiek nadprzyrodzoności. Na masowej rezygnacji z wiary w to co niewidzialne – a mam tu na myśli znacznie więcej, niż tylko obecność aniołów.
Wyznajemy przecież nadal, formalnie, wiarę w Stwórcę wszystkich rzeczy, widzialnych i niewidzialnych. Ale nauczając wiary jak również przeżywając ją, o tych niewidzialnych mówimy coraz rzadziej, coraz słabiej w nie wierzymy, coraz mniej nas obchodzą. A rzeczy niewidzialne to przecież prócz aniołów także upadli aniołowie, dusza ludzka, łaska Boża i rzeczy ostateczne, niebo, czyściec, piekło i inne wynikające z ich istnienia choćby świętych obcowanie. Oraz możliwość zaistnienia prywatnych objawień.
Dla człowieka XXI wieku te rzeczy brzmią równie bajkowo, jak dla sędziwego księdza Bonieckiego rozśpiewane anioły z betlejemskiej szopki. To okropnie przykre, dojmujące, przerażające. I żeby była jasność – nie dotyczy wyłącznie katolików progresywnych, modernistów itp. Owo skrajne wywyższenie „racjonalności” charakteryzuje również niektórych konserwatystów.
Zadziwienie i zaczarowanie
Poczucie to towarzyszy mi od bardzo długiego czasu, dlatego z radością przyjąłem coraz częściej pojawiające się tu i ówdzie intuicje o konieczności powrotu do mówienia o „zaczarowanym” katolicyzmie. W Polsce przoduje w tym pisarz Jan Maciejewski oraz środowisko Klubu Jagiellońskiego, a więc ludzie z młodego pokolenia intelektualistów związanych z Kościołem i zajmujących się jego sprawami, za co bywają atakowani przez tych „bardziej racjonalnych” katolików. Podobnie rzecz ma się z nami, tj. z portalem PCh24.pl, który za każdym razem gdy stara się na przykład wyciągać intelektualne wnioski z zaakceptowanych przez Kościół objawień prywatnych, jak choćby tych w Fatimie, atakowany jest przez owych „oświeconych”.
O co więc chodzi z tym „zaczarowaniem”? Słowo to nie jest do końca szczęśliwe – kojarzy się z magią, ze sztuczkami, z pogaństwem czy czymś jeszcze gorszym. Ale z braku innego określenia, używał będę w tym tekście właśnie jego. Chodzi bowiem o umiejętność dostrzegania, że świat składa się nie tylko z materii, nie tylko z rzeczy widzialnych, nie tylko z tego co można zmierzyć, rozbić na atomy, zbadać pod mikroskopem czy w innym laboratorium.
Z pomocą przychodzi tu książka prawosławnego autora, Amerykanina Roda Drehera, znanego w Polsce głównie dzięki głośnej publikacji – zatytułowanej „Opcja Benedykta” – z której założeniami osobiście się nie zgadzam, ale to osobny temat. Tym razem wydawnictwo Esprit opublikowało pozycję „Życie w zadziwieniu. Jak odkryć tajemnicę i sens w epoce zeświecczenia”. To właśnie angielskie słowo wonder – zadziwienie – użyte jest w tytule oryginału, a w polskim wydaniu książki często używane nierzadko jako zamiennik dla wspomnianego zaczarowania. Wonder u Drehera oznacza jednocześnie zadziwienie, bojaźń, zachwyt, doświadczenie tajemnicy, percepcję sensu. Nie magię, ale postawę poznawczą wobec rzeczywistości.
Uczyniłem ten długi wstęp po to, by na tyle precyzyjnie na ile potrafię, wytłumaczyć termin zaczarowanie czy oczarowanie których od czasu do czasu jeszcze tu – za Dreherem i jego polskim tłumaczem – użyję. Ich odwrotnością będzie zaś odczarowanie – a więc sytuacja w której świat pozbawił sam siebie umiejętności dostrzegania, wyczuwania, pojmowania nadprzyrodzoności i dopuszczania do siebie świadomości jej istnienia.
To tylko nasze oczy się zmieniły
Sam Dreher sugeruje, że nasz świat pozostaje zaczarowany, ale my utraciliśmy zdolność widzenia tego świata. Podważa jedno z najbardziej zakorzenionych przekonań nowoczesności, wedle którego rozwój nauki i racjonalności odsłonił prawdziwą naturę rzeczywistości jako zasadniczo materialnej i neutralnej. Autor twierdzi, że ta narracja jest fałszywa nie dlatego, że nauka zasadniczo się myli, lecz dlatego, że uzurpuje sobie ona wyłączność na definiowanie tego, co realne.
„Świat nie jest taki, jaki nam się wydaje” – pisze Dreher. Nie chodzi o wprowadzanie czytelnika w rejony fantastyki ani ezoteryki, ale o pokazanie, że przez większą część historii ludzkości świat był postrzegany jako przestrzeń przeniknięta obecnością duchową, znaczeniem i sensem. A nowoczesność nie „odkryła”, że tak nie jest, ale oduczyła się widzieć świat w ten właśnie sposób. To przekonanie bliskie także Chestertonowi, piszącemu przecież już sto lat temu (choć w nieco innym kontekście), że „najbardziej prawdopodobne jest, że nadal żyjemy w rajskim ogrodzie. To tylko nasze oczy się zmieniły”. Według Drehera nasze oczy mogły się zmieniać coraz bardziej i bardziej, im mocniej człowiek wierzył w samego siebie a nie w Boga – a nowoczesność, rozumiana jako świat po rewolucjach protestanckiej, oświeceniowej, francuskiej, bolszewickiej i darwinowskiej, stwarza doskonałe warunki do coraz głębszej przemiany owych oczu. Patologicznej przemiany.
To właśnie rozróżnienie między światem zaczarowanym a światem odczarowanym. Świat zaczarowany nie jest światem naiwnym ani magicznym w jakimś infantylnym sensie. Jest światem, w którym rzeczy mogą posiadać sens wykraczający poza ich funkcję, wydarzenia mogą być znakami, cierpienie i radość wpisują się w większą opowieść niż tylko indywidualne przeżycia, a i Bóg nie jest hipotezą, ale realną Osobą. W takim świecie sens nie jest przez jednostkę konstruowany, lecz odkrywany.
Autor zauważa, że nowoczesny człowiek często reaguje na takie twierdzenia sceptycyzmem lub ironią. Jednak ironia ta nie wynika z nadmiaru pewności, lecz przeciwnie – z lęku przed utratą kontroli. Świat zaczarowany jest bowiem światem, w którym człowiek nie jest absolutnym panem sytuacji. Uznanie realności transcendencji oznacza zgodę na to, że życie nie jest w pełni przewidywalne ani kontrolowalne.
Dreher dodaje też, że ponowne oczarowanie nie oznacza pogoni za nadzwyczajnością – większość ludzi nie doświadczy wszak wizji, cudów ani dramatycznych interwencji. Oczarowanie świata dokonuje się częściej w cichości: w pięknie, w cierpieniu przeżywanym z sensem, w nagłym przebłysku znaczenia, w spotkaniu z dobrem, które nie daje się zredukować do biologii ani interesu. Podkreśla, że świat zaczarowany jest dostępny nie dla wybranych mistyków, lecz dla tych, którzy odzyskają zdolność uważnego patrzenia.
Inni widzą więcej?
Oczywiście rzecz dotyka przede wszystkim ludzi zeświecczonego Zachodu. Dreher opisuje choćby przykład lingwisty i byłego misjonarza Daniela Everetta, który w amazońskiej dżungli był świadkiem zdarzenia interpretowanego przez plemię Pirahã jako teofania, objawienie wrogiego boga dżungli. Choć Everett nie zobaczył absolutnie niczego w tym samym czasie i miejscu co tubylcy, oni byli absolutnie przekonani o realnej obecności bytu duchowego. To doświadczenie na trwałe podważyło jego zachodni sposób postrzegania rzeczywistości. Everett nie uznał wizji Pirahã za halucynację, ale też nie potrafił jej włączyć w swój racjonalistyczny model świata. Jak sam pisał, przez lata próbował zrozumieć, „jak dwie kultury mogą postrzegać rzeczywistość w tak różny sposób”. Dreher wykorzystuje tę historię jako punkt wyjścia do zasadniczego pytania: czy to inne kultury widzą za dużo – czy raczej my widzimy za mało?
Autor podkreśla, że odczarowanie nie polegało na obaleniu fałszu, lecz na odrzuceniu całej warstwy rzeczywistości, którą wcześniejsze epoki uważały za oczywistą. W efekcie współczesny człowiek żyje w świecie „spłaszczonym”, pozbawionym głębi symbolicznej i metafizycznej. To zubożenie poznawcze ma jednak wysoką cenę egzystencjalną: prowadzi do poczucia wykorzenienia, bezsensu i duchowej pustki. Dreher zwraca uwagę na paradoks: choć nowoczesność miała wyzwolić człowieka z lęku przed siłami nadprzyrodzonymi, w praktyce uczyniła go bardziej podatnym na lęk. Skoro nie istnieje obiektywny porządek sensu, to wszystko staje się kruche i tymczasowe – relacje, wartości, tożsamość. Człowiek zostaje sam wobec chaosu świata, który musi nieustannie „ogarniać” własnym wysiłkiem psychicznym i moralnym.
Dreher sugeruje, że utrata zaczarowanego widzenia świata nie była nieuchronna ani konieczna. Była wyborem cywilizacyjnym – i jako taka może zostać zakwestionowana. Nie wzywa do porzucenia rozumu ani nauki, lecz do uznania ich ograniczeń, gdyż racjonalność, oderwana od transcendencji, nie prowadzi do pełniejszej prawdy a do duchowego kalectwa.
Ewolucja mózgów nowoczesności
Ważnym punktem rozważań autora jest myśl, że umysł nowoczesny został wytrenowany do nieufności wobec znaczenia, symbolu i transcendencji. Dreher odwołuje się tu do prac psychiatry i filozofa Iaina McGilchrista, który pokazuje, że dominacja określonego stylu poznania – analitycznego, instrumentalnego, nastawionego na kontrolę – prowadzi do „odklejenia” człowieka od rzeczywistości jako sensownej całości. Świat staje się zbiorem neutralnych obiektów, a nie przestrzenią relacji, uczestnictwa i daru.
Wszystko poprzez ewolucję ludzkiego myślenia, która przez ostatnie pięćset lat sprawiła, że częściej używaliśmy lewej niż prawej półkuli naszych mózgów. Ale problem nowoczesnego świata nie polega na tym, że używamy „złej” półkuli mózgu, lecz na tym, że jedna z nich uzurpowała sobie władzę nad całością naszego postrzegania rzeczywistości. McGilchrist wychodzi od faktu neurobiologicznego: obie półkule mózgu postrzegają ten sam świat, ale w radykalnie różny sposób. Nie chodzi o prosty podział „lewa = logika, prawa = emocje”, który McGilchrist uważa za banalny i mylący. Różnica dotyczy relacji do rzeczywistości jako takiej. Prawa półkula jest pierwotna ewolucyjnie i poznawczo. To ona daje bezpośredni, żywy kontakt z rzeczywistością. Widzi świat jako całość, dynamiczną, relacyjną i sensowną. Postrzega rzeczy w ich kontekście, rozpoznaje znaczenie, metaforę, symbol, obecność drugiej osoby. Jest zdolna do zadziwienia, bojaźni, empatii i kontemplacji. To prawa półkula umożliwia doświadczenie świata jako „czegoś więcej” niż suma części. W języku Drehera to ona pozwala widzieć świat jako zaczarowany.
Kluczowym pojęciem u McGilchrista – i bardzo ważnym dla Drehera – jest relacja „Mistrz i Wysłannik”. Prawa półkula jest tu „Mistrzem”, bo jako jedyna ma dostęp do rzeczywistości w jej pełni. Lewa półkula jest „Wysłannikiem”, który ma wykonywać zadania techniczne na rzecz całości. Katastrofa nowoczesności polega na tym, że Wysłannik zbuntował się przeciwko Mistrzowi. Lewa półkula przejęła władzę i zaczęła narzucać swój uproszczony obraz świata jako jedynie prawdziwy.
Skutki tej dominacji są – według McGilchrista i Drehera – cywilizacyjnie druzgocące. Świat zaczyna jawić się jako martwa materia, pozbawiona wewnętrznego sensu. Człowiek przestaje uczestniczyć w rzeczywistości, a zaczyna nią zarządzać. Relacje zastępowane są procedurami, mądrość – informacją, prawda – skutecznością. W takim świecie nie ma miejsca na sacrum, ponieważ sacrum wymaga zdolności do widzenia znaczenia, które nie daje się zredukować do funkcji ani pomiaru.
W tym świetle „ponowne oczarowanie” polega na przywróceniu właściwej hierarchii poznawczej. Oczarowany umysł to umysł, w którym prawa półkula odzyskała pierwszeństwo: świat znów jest postrzegany jako znaczący, relacyjny, przeniknięty sensem. Nie pozbawiamy go osiągnięć nauki, ale widzimy jako całość. Dopiero w takim świecie materia może znów stać się „zaczarowana”, ponieważ nie jest już widziana jako martwy zasób, lecz jako uczestnicząca w Logosie.
„Oko serca”
Kluczowe jest tu rozróżnienie między rozumem dyskursywnym a głębszą władzą poznawczą, którą chrześcijańska tradycja wschodnia nazywa nous. Dreher, powołując się na Maksyma Wyznawcę, przypomina, że nous nie jest intelektem w nowoczesnym sensie ale zdolnością bezpośredniego postrzegania sensu. I obecności Boga w świecie.
Dreher podkreśla, że w tej wizji materia nie jest duchowo neutralna. Jest nośnikiem znaczenia, ponieważ uczestniczy w Logosie. Problem nowoczesności polega na tym, że nous, oko serca, zostało przyćmione, a jego miejsce zajęły niższe władze poznawcze: analiza, kalkulacja, funkcjonalność. Rozum człowieka Zachodu przejął władzę absolutną, wypierając zdolność kontemplacji.
W tym sensie odczarowanie jest zatem po prostu swoistą patologią poznania. Dreher pisze, że współczesny człowiek zachowuje się jak ktoś, kto uznał, iż skoro nie widzi światła, to światło nie istnieje – zamiast zapytać, czy to jego wzrok nie uległ uszkodzeniu. Zaćmienie nous sprawia, że rzeczywistość wydaje się płaska, martwa i pozbawiona sensu, choć w istocie pozostaje nasycona obecnością Boga.
Autor bardzo mocno akcentuje, że dla św. Maksyma – i całej tradycji patrystycznej – poznanie Boga nie było dodatkiem do wiedzy o świecie, lecz jej szczytem. Gdy nous działa prawidłowo, człowiek widzi świat „sakramentalnie”: każde stworzenie może stać się znakiem prowadzącym ku Stwórcy. Gdy nous ulega zaćmieniu, świat nie przestaje być znakiem – przestajemy go czytać.
Korzyści również namacalne
Dla wszystkich, którzy uznają, że funkcją religii nie jest oddawanie czci Bogu, ale osiąganie błogości psychicznej czy intelektualnej, Dreher także ma istotne uwagi.
Zauważa, że współczesna cywilizacja Zachodu znajduje się w paradoksalnym stanie: nigdy wcześniej ludzie nie mieli tak wielu narzędzi kontroli nad światem, a jednocześnie nigdy nie byli tak psychicznie porozbijani. Przywołuje dane socjologiczne i kulturowe, które pokazują wzrost depresji, samotności, lęków i „chorób rozpaczy”, zwłaszcza wśród młodych. Nie interpretuje tego jednak wyłącznie w kategoriach medycznych. Jego teza jest mocniejsza: nowoczesna depresja ma również wymiar ontologiczny i duchowy. Podkreśla, że człowiek potrzebuje nie tylko komfortu i wolności wyboru, lecz przede wszystkim przekonania, że jego życie ma obiektywny sens. W świecie zaczarowanym sens był dany: wpisany w porządek stworzenia, zakorzeniony w Bogu, podtrzymywany przez rytuał, symbol i wspólnotę. W świecie odczarowanym sens zostaje sprywatyzowany i zsubiektywizowany. Jednostka musi go wymyślić sama, a jeśli jej się to nie uda – pozostaje pustka. Dreher pokazuje, że to właśnie ta pustka jest psychicznym środowiskiem depresji.
W tym kontekście autor przywołuje refleksje Viktora Frankla, który już po doświadczeniach obozów koncentracyjnych zauważał, że człowiek może przetrwać niemal wszystko, jeśli widzi sens, ale nie potrafi żyć długo w świecie, który sensu nie oferuje. Dreher interpretuje współczesną depresję jako odpowiednik „egzystencjalnej próżni”, o której pisał Frankl – tyle że rozciągniętej na całe społeczeństwa. To nie pojedyncze osoby „nie radzą sobie z życiem”; to kultura przestała podtrzymywać sens jako coś realnego.
Postulowane przez Drehera ponowne zaczarowanie świata nie jest tylko pogłębieniem widzenia, nie tylko powrotem prawdziwej, szerzej pojmowanej wiary, ale także po prostu warunkiem zdrowia psychicznego i duchowego. Człowiek potrzebuje świata, który przemawia, który odpowiada, który niesie znaczenie większe niż on sam. Bez tego nawet najbardziej racjonalnie urządzone społeczeństwo produkuje ludzi wewnętrznie złamanych.
Powrót do zaczarowania oczywiście nie usuwa depresji automatycznie. Autor sugeruje jednak, że bez odzyskania oczarowania żadna ilość terapii, dobrobytu ani wolności nie wystarczy, by człowiek mógł naprawdę żyć tak jak jest do tego stworzony.
Skąd powrót pogaństwa?
Bardzo ważna refleksja dotyczy również cierpienia. Dreher pokazuje, że ponowne oczarowanie świata nie dokonuje się mimo cierpienia, lecz za jego pomocą – cierpienie nie jest anomalią świata zaczarowanego, lecz jedną z jego dróg poznania. Chrześcijańskie zaczarowanie nie polega na estetycznym zachwycie ani na ucieczce od bólu, ale na zdolności widzenia sensu nawet – a czasem przede wszystkim – w doświadczeniu krzyża.
Dreher niejako wprowadza pojęcie „zaczarowanej Via Dolorosa”. Odwołując się do chrześcijańskiego obrazu drogi krzyżowej, pokazuje, że chrześcijaństwo od samego początku proponowało wizję świata, w której Bóg nie usuwa cierpienia z zewnątrz, lecz wchodzi w nie od środka. Krzyż nie jest zaprzeczeniem sensu, lecz jego paradoksalnym objawieniem. W świecie zaczarowanym cierpienie nie traci swojej grozy, ale nie jest już absurdalne. Raz jeszcze podkreślmy, gdyż w tym miejscu rozważań widać to szczególnie wyraźnie – nie chodzi o magię, chodzi o dostrzeganie eschatologii, o dostrzeganie nadprzyrodzoności i wynikającego z niej sensu.
To przecież bardzo wyraźnie kontrastuje z nowożytnym podejściem do bólu. W świecie odczarowanym cierpienie jawi się jako czysto techniczny problem do usunięcia: choroba, dysfunkcja, błąd systemu. Gdy nie da się go usunąć, staje się skandalem lub dowodem bezsensu istnienia. Taka wizja nie tylko nie pomaga cierpiącym, ale często pogłębia ich rozpacz, ponieważ nie oferuje żadnej ramy interpretacyjnej, w której ból mógłby zostać „uniesiony” duchowo.
I taki odczarowany świat nie pozostaje duchowo pusty na długo. Jeśli chrześcijaństwo przestaje oferować sens zdolny unieść cierpienie, w jego miejsce bardzo szybko pojawiają się alternatywy, które obiecują intensywność, moc, piękno i doświadczenie transcendencji – lecz bez krzyża. Dreher podkreśla, że pogaństwo nigdy w dziejach nie zanikało dlatego, że było fałszywe lub nudne. Przeciwnie: było atrakcyjne, zmysłowe, estetyczne, emocjonalnie silne. Oferowało rytuał, mit, ekstazę, kontakt z „siłami większymi niż człowiek”. Rzecz polegała na tym, że poganie nie potrafili nadać sensu niewinnemu cierpieniu. Bogowie pogańscy byli potężni, ale obojętni; mogli dawać sukces, zdrowie lub zwycięstwo, lecz nie obiecywali zbawienia przez ofiarę.
Dreher sięga do wczesnego chrześcijaństwa i przywołuje Tertuliana, aby pokazać, że chrześcijaństwo od samego początku konkurowało z pogaństwem właśnie na poziomie atrakcyjności, a nie tylko doktryny. Pogański świat Rzymu był pełen barw, misteriów i religijnego napięcia. Chrześcijaństwo weszło w ten świat nie jako religia „bardziej racjonalna”, lecz jako religia paradoksu: Boga ukrzyżowanego. Dla Rzymian krzyż był nie tylko okrutny, ale odpychający estetycznie i moralnie. Właśnie dlatego chrześcijaństwo wydawało się absurdalne. A jednak – jak pokazuje autor, idąc tropem Tertuliana – to, co pozornie czyniło chrześcijaństwo nieatrakcyjnym, stało się jego największą siłą. Chrześcijanie nie oferowali ucieczki od cierpienia ani duchowego „haju”, lecz sens, który przechodzi przez śmierć.
Zatem dziś, w dobie ponownego triumfu pogaństwa, jeśli chrześcijaństwo zostanie zredukowane do moralizmu, terapii albo społecznego aktywizmu, przestanie być konkurencyjne wobec pogaństwa – i to nie dlatego, że jest mniej „rozumne”, lecz dlatego, że nie będzie już zaczarowane krzyżem. Dreher sugeruje, że chrześcijaństwo odzyskuje swoją siłę nie wtedy, gdy próbuje być „łatwiejsze”, lecz gdy odważa się być dla świata dziwniejsze, trudniejsze i głębsze.
Antychryst, UFO i Sztuczna Inteligencja
Dreher stawia pytanie o to, co wypełnia powstałą próżnię. Jego odpowiedź jest jednoznaczna i zarazem niepokojąca: w miejsce Boga wkracza coś, co coraz bardziej przypomina to, co chrześcijańska tradycja nazywa Antychrystem – nie jako jedną postać, lecz jako system, duch świata i sposób jego widzenia.
Autor podkreśla, że nie chodzi mu o sensacyjne przepowiednie ani identyfikowanie konkretnych osób. Antychryst w jego ujęciu to fałszywy substytut chrześcijańskiego zbawienia, który obiecuje sens bez Boga, jedność bez prawdy, pokój bez nawrócenia, zbawienie bez krzyża.
I w świecie odczarowanym taka propozycja staje się niezwykle atrakcyjna. Skoro transcendencja została uznana za iluzję, a cierpienie za problem techniczny, rodzi się pokusa rozwiązania wszystkich ludzkich dramatów przez system: technologię, bio-politykę, inżynierię społeczną, psychologię masową. Antychryst – w tym sensie – przychodzi funkcjonalny następca religii.
Taki projekt zbawienia musi być totalny, ponieważ dotyczy samej natury człowieka. Jeśli źródłem cierpienia jest niewłaściwe myślenie, to należy je skorygować. Jeśli są nim emocje – trzeba je regulować. Jeśli tożsamość – trzeba ją przeprogramować. Dreher pokazuje, że w tym sensie nowoczesne ideologie i technologie coraz częściej wchodzą w obszar, który tradycyjnie należał do religii: oferują wizję dobra, zła, zbawienia i potępienia.
W tym kontekście autor podejmuje dwa zjawiska, które na pierwszy rzut oka wydają się odległe od teologii: UFO oraz sztuczną inteligencję.
Zauważa, że współczesna fascynacja UFO nie ma charakteru czysto naukowego. Choć język jest techniczny, a narracja odwołuje się do „obiektów”, „technologii” i „danych”, struktura tych opowieści jest jawnie religijna. Mamy tu do czynienia z bytami „z wyższego poziomu”, które przewyższają nas intelektualnie, ingerują w historię ludzkości, przekazują wybranym „objawienia”, zapowiadają przemianę człowieka lub katastrofę.
Idąc za badaniami religioznawczymi, podkreśla, że UFO w kulturze odczarowanej zastępuje aniołów i demony, ale w wersji „akceptowalnej dla nowoczesnego umysłu”. To, co dawniej nazywano bytami duchowymi, dziś opisuje się jako „pozaziemskie inteligencje”, aby nie naruszyć materialistycznego tabu. W istocie jednak – argumentuje autor – mamy do czynienia z tą samą potrzebą transcendencji, tyle że wyrwaną z chrześcijańskiego porządku sensu.
Ten wątek łączy się bezpośrednio z figurą antychrysta. Antychryst nie neguje istnienia „czegoś więcej” niż człowiek; przeciwnie – oferuje transcendencję bez Boga. UFO wpisuje się w ten schemat idealnie.
Jeszcze mocniej ten mechanizm widać w rozwoju sztucznej inteligencji. Autor nie traktuje AI wyłącznie jako narzędzia technologicznego, lecz jako projekt antropologiczny i soteriologiczny. W narracjach towarzyszących AI powracają bowiem klasyczne obietnice religijne: przezwyciężenie ograniczeń ludzkiego poznania, eliminacja błędów moralnych, pokonanie cierpienia, a w skrajnych wersjach – również pokonanie śmierci.
Cytowane w książce przypadki „emocjonalnego przywiązania” do systemów AI nie są dla autora li tylko ciekawostką psychologiczną, lecz właśnie sygnałem religijnym. Człowiek zaczyna wchodzić w relację quasi-duchową z bytem, który nie jest osobą, nie ponosi odpowiedzialności, nie cierpi, nie kocha, ale wszystkie te rzeczy symuluje. I właśnie tu Dreher widzi wyraźny rys Antychrysta.
Po co jest piękno?
Autor „Życia w zadziwieniu” ma też konkretne rady, jak powoli wracać do oczarowania. A to dokonuje się przede wszystkim poprzez to co postrzegamy zanim jeszcze zaczniemy to analizować. Jednym z największych błędów nowoczesnego chrześcijaństwa było założenie, iż wiara może zostać skutecznie obroniona wyłącznie za pomocą argumentów intelektualnych lub moralnych. Tymczasem człowiek wchodzi w relację z rzeczywistością najpierw poprzez wyobraźnię, a dopiero później poprzez pojęcia. Jeśli wyobraźnia zostanie zdominowana przez świat odczarowany, wiara – nawet poprawna doktrynalnie – może pozostawać bezbronną.
Autor zaczyna od piękna – przypomina, że w tradycji chrześcijańskiej piękno nigdy nie było wyłącznie luksusem albo tylko dekoracją. Było drogą poznania przez symbole. Ikony, architektura sakralna, muzyka, poezja i opowieść nie miały jedynie „ilustrować” wiary, lecz kształtować sposób widzenia świata. Piękno zaś działa bezpośrednio na nasz zmysł wiary. Odsłania sens i doń zaprasza. Dlatego jest tak potężne – i dlatego nowoczesność nauczyła się je banalizować, komercjalizować lub podejrzewać.
Dreher mocno akcentuje rolę wyobraźni moralnej i duchowej, gdyż to ona decyduje o tym, co człowiek uznaje za możliwe, sensowne i warte poświęcenia. Jeśli wyobraźnia zostanie uformowana wyłącznie przez obrazy świata technicznego, ironicznego lub cynicznego, wówczas prawdy wiary wydają się abstrakcyjne, nierealne lub dziecinne. Nowoczesny człowiek często „nie wierzy”, ponieważ nie potrafi już sobie wyobrazić świata, w którym wiara miałaby sens.
Szczególnie istotny jest wątek sztuki nowoczesnej i jej ambiwalencji. Przecież duża część współczesnej kultury wizualnej i narracyjnej systematycznie ćwiczy nas w nieufności wobec sensu. Ironia, dekonstrukcja i estetyka brzydoty uczą, że za powierzchnią rzeczywistości nie kryje się nic godnego zaufania. W takim klimacie duchowym piękno sakralne bywa odbierane jako kicz lub ucieczka od prawdy.
Dreher przeciwstawia temu doświadczenia, w których sztuka staje się miejscem realnego spotkania z transcendencją. Opisuje momenty, gdy muzyka, obraz, film lub architektura nie tyle „robią wrażenie”, ile otwierają przestrzeń ciszy i zadziwienia. W takich chwilach człowiek nie zostaje przekonany do wiary, ale zaczyna przeczuwać, że rzeczywistość jest głębsza, niż zakładał. Autor podkreśla, że właśnie w ten sposób działało chrześcijaństwo przez wieki: nie przez debatę, lecz przez świat nasycony znaczeniem.
Warto sobie przypomnieć, że chrześcijaństwo nie jest religią wyłącznie czysto duchową ani wyłącznie intelektualną. Wiara jest przeżywana również przez ciało: przez postawę, gest, głos, rytm, przestrzeń. Dlatego piękno materialne – kamień, drewno, światło, dźwięk – ma znaczenie teologiczne. To między innymi dlatego chrześcijaństwo nie może zrezygnować z piękna, nie zdradzając samego siebie. Jeśli odda pole wyobraźni, przegra nawet wtedy, gdy zachowa poprawność doktrynalną.
Straszliwie dojmujący przykład zapomnienia o pięknie przez Kościół Zachodu widać w kontraście z innymi wspólnotami w Bazylice Grobu Bożego w Jerozolimie. Doświadczyłem tego osobiście, kręcąc tam dla Państwa serial pt. „Kto zabił Jezusa”. Kościół ów podzielony jest na kaplice różnych obrządków – swoją mają Ormianie, maleńką Koptowie, swoją prawosławni i swoją katolicy. I co tu dużo mówić – tamte są przepiękne, olśniewające, tradycyjne, kipiące złotem, obrazami, rzeźbami, po prostu wspaniałe. A nasza, katolicka część tej Bazyliki? Białe ściany i niezbyt estetyczne stacje Drogi Krzyżowej. Porażający kontrast.
Nie dać zginąć ludowej pobożności
Najbardziej przykry – znów pozwolę sobie powrócić do własnych odczuć – jest fragment książki, w którym autor zauważa jak bardzo nowoczesne chrześcijaństwo samo współuczestniczy w tym odczarowaniu. Jego teza jest wyraźna i niewygodna: w imię „odpowiedzialności”, „roztropności” i „nowoczesności” Kościół na Zachodzie często systematycznie tłumi te formy religijnego doświadczenia, które od wieków chroniły zmysł wiary u wiernych.
Jednym z kluczowych wątków rozdziału są tzw. synchronizacje – znaczące zbiegi okoliczności, które nie dają się zredukować do czystego przypadku, a które od wieków były interpretowane w chrześcijaństwie jako znaki Opatrzności. Dreher zauważa, że współczesna mentalność – także wewnątrz Kościoła – reaguje na takie wydarzenia z zakłopotaniem lub podejrzliwością. Zamiast pytać o ich sens, natychmiast próbuje je „zneutralizować” psychologicznie lub statystycznie, nazwać „zwykłymi przypadkami”.
W tym kontekście Dreher przywołuje przypadek katolickiego księdza, który został zawieszony w posłudze za publiczne mówienie o karze Bożej w obliczu trzęsienia ziemi. Autor nie twierdzi, że interpretacja kapłana była bezbłędna ani że każda katastrofa jest po prostu Bożą karą. Jego punkt jest inny i znacznie głębszy: sam język teologiczny, który dopuszcza możliwość Bożego sądu w historii, został uznany za nieakceptowalny. Dreher widzi w tym objaw zaćmienia – utraty zdolności widzenia świata jako realnej przestrzeni działania Boga.
Ten wątek z kolei prowadzi autora do obrony pobożności ludowej, która – wbrew nowoczesnym elitom kościelnym – często zachowała żywą świadomość duchowej struktury rzeczywistości. Procesje, nabożeństwa błagalne, modlitwy o oddalenie nieszczęść, kult świętych, relikwii i miejsc – wszystko to bywa dziś traktowane jako „prymitywne” bo „przednowoczesne”. Dreher argumentuje jednak, że to właśnie pobożność ludowa przechowała intuicyjną teologię świata zaczarowanego, w którym niebo i ziemia nie są oddzielone szczelną barierą.
Przywołuje też refleksje Atanazego Wielkiego, opisujące właśnie intuicję ludu Bożego – sensus fidelium. Dreher podkreśla, że w historii Kościoła nie raz to „zwykli wierni” zachowywali prawowierne wyczucie rzeczywistości duchowej, podczas gdy elity intelektualne ulegały racjonalizacji lub modnym błędom.
Jak być Mędrcem?
Tak więc odpowiedzią Drehera na wielki kryzys wiary, bo tak trzeba określić opisywane przezeń zjawisko, nie jest ucieczka od nowoczesności ani zachęta do magii, ale cierpliwe odzyskiwanie zadziwienia (wonder) poprzez liturgię, modlitwę, piękno, cierpienie przeżywane w świetle krzyża oraz wierność małym, ucieleśnionym praktykom wiary. Poprzez odczytywanie znaków Opatrzności, szukanie życia nadprzyrodzonego, postrzegania świata w ten właśnie sposób.
Ta refleksja wydaje mi się więcej niż odpowiednią na uroczystość Objawienia Pańskiego, którą obchodzimy od wieków świętując to, że jedyny prawdziwy Bóg zechciał ujawnić swą obecność wszystkim narodom. I używamy do tego historii sprzed dwóch tysięcy lat, w której główną rolę odgrywają przecież Mędrcy, Magowie, Królowie, którzy szli za poruszającą się gwiazdą widząc w niej przewodniczkę, a gwiazda ta zatrzymała się nad miejscem gdzie było Dziecię. Oddali mu cześć i pokłon a potem zasnęli, ale w tym śnie usłyszeli głos, który nie wydał im się tylko snem ale i konkretną wskazówką, którą natychmiast przyjęli i wykonali.
Oto właśnie Mędrcy. Inni niż wspomniani na początku racjonaliści z „Tygodnika Powszechnego”, ale i niektórych innych frakcji w Kościele. Prawdziwi Mędrcy sprzed dwóch tysięcy lat widzieli geografię, astrologię, biologię, znali duchowe obietnice i intuicje narodów i wyciągnęli z tego wszystkiego wnioski – przyrodzone i nadprzyrodzone. Widzialne i niewidzialne.
Krystian Kratiuk
Uroczystość Objawienia Pańskiego
A.D. 2026