Ambasadorzy USA w Polsce mają skłonność do rażącego przekraczania granic norm dyplomatycznych. Problem w tym, że reakcja polityków jest na te interwencje skrajnie różna – zależnie od zapotrzebowania politycznego.
Jesienią 2020 roku ówczesna ambasador USA w Polsce, Georgette Mosbacher, ostro skrytykowała rząd i polskie społeczeństwo za stosunek do rewolucji LGBT. „Jesteście po złej stronie historii” – stwierdziła. Jak twierdziła, choć „ogromnie szanuje” tradycję religijną Polski, to jednak „prawa człowieka są uniwersalne” – dlatego należałoby poprzeć żądania polityczne tęczowego ruchu. Mosbacher komentowała w ten sposób list 50 ambasadorów (w tym jej), który opublikowano w sprawie LGBT. Podpisało się pod nim wielu dyplomatów, w tym z większości krajów Unii Europejskiej.
Polska prawica bardzo krytycznie przyjęła zarówno list jak i wystąpienia Mosbacher. Ambasador została wezwana do MSZ, a ówczesny wicerzecznik PiS Radosław Fogiel mówi, że „wyszła poza ramy działań dyplomatycznych”. Zupełnie inaczej zareagowała lewica, która przyjęła interwencję Mosbacher z wdzięcznością. O liście 50 ambasadorów liberalne media rozpisywały się z zachwytem. Witold Gadomski na łamach „Wyborczej” opublikował tekst pt. „Po złej stronie historii”, gdzie krytykował prawicową narrację o polskiej tolerancji względem homoseksualizmu i zarzucał Polakom postawy dyskryminacyjne. Kiedy rok wcześniej Mosbacher skrytykowała najklejki „Strefa wolna od LGBT”, na Twitterze lewica biła jej brawo. „Dzięki za ten głos” – pisała proaborcyjna i progejowska dziennikarka, Anna Dryjańska. „Thank you so much! Dziękujemy!” – ogłosił aktywista LGBT, Bart Staszewski.
Wesprzyj nas już teraz!
Teraz role się odwróciły. Aktualny ambasador USA w Polsce, Tom Rose, ogłosił zerwanie kontaktów z marszałkiem Sejmu, Włodzimierzem Czarzastym. Czarzasty krytycznie ocenił pomysł poparcia dążeń do wręczenia Pokojowej Nagrody Nobla prezydentowi Donaldowi Trumpowi.
„Niczego nie żałujemy. Nie jest to pierwszy raz, gdy ambasador Stanów Zjednoczonych grozi Polsce” – obwieściła wicemarszałek Senatu, Magdalena Biejat z Lewicy. „Amerykanie przesadzili” – napisał Jakub Majmurek w „Newsweeku”. „Ambasador USA zaatakował Czarzastego” – pisze z kolei „Gazeta Wyborcza”. W sukurs politykowi lewicy przyszedł też Donald Tusk, pisząc na X krytyczny komentarz o działaniach Rose’a, co wywołało zresztą jego równie krytyczną odpowiedź.
Zupełnie inaczej zareagował PiS. Były premier Mateusz Morawiecki uderzył w Czarzastego. „Bo wiadomo, komu pomaga stary komuch, psując relacje z USA. Każdy, kto go popiera, sabotuje bezpieczeństwo Polski. Wybierajcie” – napisał.
Przemysław Czarnek powiązał komentarz Toma Rose’a z decyzją prezydenta Karola Nawrockiego, by zbadać kontakty Czarzastego z Rosjanami. „To jest koniec Czarzastego nie tylko na stanowisku marszałka, ale i w polityce” – powiedział.
Rzecznik Kancelarii Prezydenta Rafał Leśkiewicz ogłosił z kolei, że Czarzasty „demoluje relacje polsko-amerykańskie” i najwyraźniej zachował mentalność z PRL, kiedy „dla komunistów Stany Zjednoczone były największym wrogiem”.
To tylko wybór, ale takich wypowiedzi jest po obu stronach mnóstwo. Prawica jest zadowolona z Toma Rose’a, lewica broni Czarzastego – dokładnie odwrotnie, niż było w przypadku Georgetty Mosbacher.
W rekcjach mediów i polityków widać wielkiego nieobecnego: państwo polskie. Bo to jego interesu i jego godności powinni bronić politycy, niezależnie od formacji politycznej – i niezależnie od tego, jaki podmiot zewnętrzny próbuje ingerować w wewnętrzne sprawy tego państwa.
Pach