To była piąta edycja CPAC w Budapeszcie. Conservative Political Action Conference to amerykańska franczyza, którą podchwycił Fidesz. Dotychczas raz odbyła się również jej polska edycja, w maju ubiegłego roku. Historia CPAC jako marki jest natomiast bardzo długa – sięga pierwszej połowy lat 70., a jego ojczyzną jest USA.
Na wcześniejszych węgierskich CPAC nie byłem, więc porównania nie mam, ale jasne było, że tym razem impreza będzie mieć mocny kontekst wyborczy, skoro wybory parlamentarne na Węgrzech już 12 kwietnia, a walka pomiędzy sprawującym funkcję premiera czwarty raz z rzędu Viktorem Orbánem a Péterem Magyarem, przywódcą opozycyjnego sojuszu Tisza, jest bardzo ostra i w dużej mierze wyrównana. Na temat tego, co może zdecydować, słyszałem w Budapeszcie rozbieżne opinie. Są takie, że kluczem do wygranej jest przeciągnięcie na swoją stronę grupy wyborców niezdecydowanych; są i takie, że jest nim zmobilizowanie zniechęconych wyborców Fideszu, którzy na razie nie mają zamiaru głosować. Nikt natomiast – łącznie z komentatorami sprzyjającymi Orbánowi oraz ludźmi związanymi z jego partią – nie ma wątpliwości, że największym problemem obecnej władzy jest znużenie jej rządami i jej zużycie.
Orbán nadal mierzy w samodzielne sprawowanie władzy – i ma do tego podstawy, inaczej niż Jarosław Kaczyński w Polsce. Ewentualnie pojawia się wariant koalicji z węgierską „Konfederacją” – partią Mi Hazánk Mozgalom (Ruch Moja Ojczyzna), ale tu podobno iskrzy bardzo mocno – bardziej niż pomiędzy PiS a Konfederacją. Nie jest to zatem wariant wymarzony, choć nie jest też wykluczony. Obecnie w zagregowanym sondażu Politico Mi Hazánk ma około 6 proc. (na Węgrzech jest identyczny jak w Polsce próg wejścia do parlamentu, który tam jest jednoizbowy).
Wesprzyj nas już teraz!
Dla polskiego obserwatora węgierskiego CPAC najciekawsze były nie poszczególne wystąpienia – choć było kilka faktycznie interesujących, w tym zwłaszcza rozmowa z amerykańskim konserwatywnym naukowcem i pisarzem Dineshem D’Souzą – ale to, jak bardzo różny od polskiego jest akceptowany przez węgierskiego prawicowego wyborcę kontekst i całościowy wydźwięk imprezy.
Gwiazdami CPAC, poza oczywiście Viktorem Orbánem, byli politycy tacy jak Holender Geert Wilders, lider Partij voor de Vrijheid (Partia Wolności), Niemka Alice Weidel, liderka AfD oraz przede wszystkim zamykający konferencję długim wystąpieniem prezydent Argentyny, libertarianin Javier Milei. Godnym zauważenia punktem, nieuwzlgędnionym w programie (być może ze względów bezpieczeństwa), była rozmowa z Yairem Netanjahu, wideoblogerem i podcasterem, synem premiera Izraela.
Już sam ten skład pozwala zauważyć, że to zestawienie w relacji do zakresu sojuszów, na jakie pozwala sobie w Polsce PiS, jest ogromne. PiS tkwi w Parlamencie Europejskim w grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów przede wszystkim z Braćmi Włochami Giorgii Meloni, którzy sojusznikiem są słabym. Jak powiedział mi jeden z europosłów delegacji PiS: „Oni są niesamowici. Ja się z nimi umawiam na jedno, oni przytakują, klepią mnie po plecach, a na koniec głosują całkiem inaczej”. Trudno sobie też wyobrazić jakąkolwiek współpracę socjalistycznego i etatystycznego PiS z wolnościowcem Mileiem, który jednak bardzo mocno akcentuje także kwestie cywilizacyjne. Podkreślenie tego aspektu współpracy obu krajów było powodem jego przyjazdu na Węgry.
Różnice nie dotyczą jednak tylko PiS, ale całej polskiej prawicy, może nawet ze szczególnym uwzględnieniem formacji pana Brauna. Co bowiem rzucało się w oczy na CPAC w Budapeszcie?
Po pierwsze – bardzo amerykańska forma połączona z wychwalaniem Donalda Trumpa. Na scenie występowało też dwóch kongresmenów (Russ Fulcher i Andy Harris). Wideoprzesłanie przekazał Donald Trump, który jednoznacznie poparł w nim Fidesz i Viktora Orbána. Temat wojny na Bliskim Wschodzie niemal się nie pojawił. Dotyczyło go tylko kilka pytań w specjalnej sesji z udziałem Pétera Szijjártó, ministra spraw zagranicznych, i Gergelya Gulyása, ministra z kancelarii premiera. A i tutaj oczywiście nie były one w kontekście napaści na Iran – ten występował wyłącznie w negatywnym kontekście.
O ile PiS trwa przy swojej zawziętej proamerykańskości, to zaczęło mu to przynosić poważne straty. Konfederacja Wolność i Niepodległość dystansuje się od takiej postawy, a Konfederacja pana Brauna w ogóle ją kontestuje i charakteryzuje się wręcz antyamerykańskością.
Po drugie – co łączy się z pierwszym punktem – na CPAC obecne były bardzo mocno akcenty proizraelskie. Pod tym względem szczególnie ciekawe było wystąpienie syna Binjamina Netanjahu, który w rozmowie zaprezentował stanowisko, co oczywiste, całkowicie jednostronne. Stwierdził między innymi, że atak na Iran był jak atak na nazistowskie Niemcy w pierwszej połowie lat 30. O wspieraniu Izraela wspominali również inni prelegenci, a gwiazda spotkania, prezydent Milei, to jeden z najbardziej proizraelskich polityków na świecie.
Nie trzeba pisać, że tego typu akcenty w polskich warunkach byłyby dzisiaj w dużej mierze samobójcze. Antyizraelskość stała się w zasadzie polskim standardem nie tylko po prawej stronie, co jest w jakiejś części polską specyfiką, wynikającą z zaszłości historycznych i napięć, które pojawiały się we wzajemnych relacjach, a nie były obecne w przypadku Węgier i Izraela.
Po trzecie – eklektyczność pojawiających się osób i nieortodoksyjność ich doboru. Z jednej strony byli konserwatywni, nawet zahaczający o nurt ewangeliczny kongresmeni jak Andy Harris; z drugiej przedstawiciele europejskiej prawicy, której głównym spoiwem jest sceptycyzm wobec imigracji – Geert Wilders czy Alice Weidel. Wszyscy oni deklarują także, mniej lub bardziej intensywnie, poparcie dla europejskiej tradycji, ale kto zna linię ich ugrupowań oraz ich osobiste wybory, ten wie, że ową tradycję rozumieją często mocno odmiennie od siebie nawzajem i niż my w Polsce.
W swoim wystąpieniu Viktor Orbán wspomniał, że przez długi czas prawicy wydawało się, że tworzenie międzynarodowych struktur na kształt tych, jakie od dawna tworzyła lewica, nie leży w naturze prawicowych ruchów, stawiających na odrębność i indywidualne tradycyjne narodowe. Jednak aby podjąć walkę z globalistami okazało się to konieczne i jednym ze sposobów są właśnie spotkania pod sztandarem CPAC.
Natychmiast przypomniałem sobie, jak PiS próbował czegoś takiego pod koniec 2021 r., organizując spotkanie w Warszawie, ale wycofał się szybko po tym, jak jego potencjalni partnerzy okazali się nie podzielać zaciętej proukraińskości PiS.
Stąd ważne pytanie, czy w obliczu autentycznie cywilizacyjnego zagrożenia racjonalne są różne nieco obsesyjne samoograniczenia, jakie stawia przed sobą polski obóz umownie pojmowanej prawicy: szaleńcza antyrosyjskość, konieczna proukraińskość (z tego nieco wyłamuje się teraz pan prezydent, mając w planach na dzisiaj (poniedziałek) spotkanie z premierem Orbánem), bardzo sztywne podejście do spraw obyczajowych, gdy idzie o nawet osobiste kwestie poszczególnych polityków, wreszcie konieczny dystans wobec Izraela (różne siły mają różne ograniczenia). Czy naprawdę trzeba przypominać, że ważne powinno być przede wszystkim, aby nam samym nikt nie narzucił niechcianych reguł?. Javier Milei może być maksymalnie proizraelski, ale ważniejsze jest, że opowiada się za wolnym rynkiem. Zawarcie z kimś sojuszu nie musi oznaczać, że podziela się wszystkie jego poglądy ani że zgadza się z nim we wszystkim. Trudno za to nie zgodzić się, że sytuacja w Europie robi się na tyle podbramkowa, że wskazana byłaby większa elastyczność i postawienie na szerszy system sprzymierzonych sił. W tym Węgrzy są zdecydowanie lepsi.
Łukasz Warzecha