Dzisiaj

Łukasz Warzecha: Do zwolenników odgórnego zakazywania

(PCh24.pl)

Są sprawy, w których najszlachetniejsze intencje prowadzą do błędnych wniosków i rekomendacji. W ostatnim czasie kolejne środowiska konserwatywne domagają się różnych form odgórnego zakazu już nie tylko korzystania z aplikacji społecznościowych przez osoby poniżej 16. roku życia, ale nawet posiadania przez nie smartfonów czy przynajmniej korzystania z nich w szkołach. Takie postulaty pojawiają się wśród publicystów Klubu Jagiellońskiego, a niedawno tekst na ten temat, zatytułowany „Smartfony smażą dzieciom mózgi. Czas na państwowe zakazy”, na portalu Nowego Ładu opublikował Adam Szabelak. Gdy czytam, że „czas na państwowe zakazy” – w jakiejkolwiek kwestii – natychmiast podnosi mi się ciśnienie. Ponieważ jednak problem oddziaływania mediów społecznościowych nie jest bynajmniej wydumany, przyjmuję, że autorzy takich pomysłów działają w jak najlepszej wierze, nie rozpoznali jednak należycie wszystkich konsekwencji proponowanych przez siebie rozwiązań.

W polemice z obrońcami państwowej omnipotencji, podejmowanej kilka miesięcy temu także na gościnnym portalu „Nowego Ładu” – niewywodzącymi się z lewicy, ale ze środowisk narodowych – wskazywałem, że wiele osób domagających się takich rozwiązań to ludzie relatywnie młodzi, między 20. a 30. rokiem życia lub niewiele starsi. Siłą rzeczy perspektywa ich osobistego doświadczenia ze zmianami, jakim ulegało polskie państwo po 1989 r., jest względnie krótka, a to z kolei sprawia, że w wielu przypadkach nie są w stanie dostrzec, jak daleko zaszedł i jak groźny jest proces mnożenia regulacji, zakazów i nakazów. Ich punktem świadomego odniesienia jest już niestety rzeczywistość pełna ograniczeń i regulacji, czyli ta z ostatnich najwyżej dwóch dekad.

Pisałem także o tym, że zwolennicy państwowej omnipotencji, wywodzący się z narodowej prawicy, ulegają groźnemu złudzeniu, iż państwo dysponuje jakąś nadludzką mądrością, podczas gdy w istocie jego aparat to konkretne osoby – w dużej części partyjni nominaci, populiści, karierowicze. Kowalski nie staje się mędrcem, gdy przechodzi przez drzwi z napisem „Stefan Kowalski – dyrektor departamentu” czy nawet „minister”. Przekonanie, że państwo wybierze za obywatela i wybierze lepiej, jest niezwykle niebezpieczne i zbliża zwolenników interwencjonizmu z prawej strony do skrajnej lewej strony.

Wesprzyj nas już teraz!

Tego czynnika nie uwzględniają zwolennicy państwowego zakazu używania mediów społecznościowych, ale nie uwzględniają także naturalnych skłonności każdego aparatu państwowego do powiększania zakresu swojej interwencji i naruszania prywatności obywateli. Co gorsza, w Polsce posunięto to już bardzo daleko, czego przykładem jest uruchamiany właśnie KSeF, którego potencjał inwigilacyjny jest bezprecedensowy. Spełnienie postulatu odgórnego ograniczenia dostępu osób poniżej 16. roku życia do mediów społecznościowych wymagałoby kolejnego poziomu naruszenia prywatności. Każda osoba, chcąca założyć konto, musiałaby przecież zidentyfikować się indywidualnym i unikatowym dowodem, potwierdzającym jej wiek. Czy postulujący takie ograniczenie wzięli pod uwagę, jak ogromne ryzyko dla prywatności i danych niesie z sobą taka procedura? Ba – polskie państwo wielokrotnie pokazywało, że dla uciszenia niewygodnych głosów i opinii chętnie sięga po nadzwyczajne środki. Dla wielu osób anonimowość w sieci – i tak mocno już dzisiaj ograniczona – oznacza bezpieczeństwo i uchronienie się przed negatywnymi skutkami własnych opinii chociażby w miejscu pracy. Ta anonimowość praktycznie by zniknęła. Zwolennicy zakazu mogą się ze mną nie zgadzać, ale uważam ją za wartość zdecydowanie wyższą niż iluzoryczna – co zaraz uzasadnię – korzyść z zakazu.

Uderzające, że za wzór do naśladowania Szabelak i wielu innych stawiają Australię – kraj, gdzie w ciągu ostatnich lat miały miejsce rażące naruszenia wolności obywatelskich i radykalny wzrost praktyk inwigilacyjnych. W czasie epidemii covid Australia przekształciła się w jedno wielkie więzienie. W swoich materiałach w tamtym czasie opisywałem sytuacje takie jak mandat w wysokości kilku tysięcy dolarów za rozmowę dwóch kobiet z dziećmi na spacerze w parku. Australia przoduje także w krępowaniu wolności słowa zgodnie z najnowszymi wytycznymi woke’istowskiej wersji poprawności politycznej. W takim kraju nie dziwi pomysł odgórnego zakazu używania mediów społecznościowych przez młode osoby, ale dziwi, że w Polsce ktoś o poglądach konserwatywnych może uznawać politykę Canberry w tym względzie za pozytywny wzorzec.

Szabelak i jemu podobni wydają się nie rozumieć głębszej warstwy australijskiego zakazu, która mogłaby się objawić także w Polsce. Zwłaszcza że nad polską wersją zakazu pracują takie osoby jak pan Roman Giertych i pani Barbara Nowacka. Otóż dzieci pozbawione dostępu do mediów społecznościowych pozostają, gdy idzie o dostęp do informacji, na łasce szkoły i oficjalnych kanałów. W państwach idących w stronę, by tak rzec, demokratycznego autorytaryzmu to sytuacja nadzwyczaj wygodna. Nie wiem jednak, czy chcielibyśmy, aby zdarzyła się w Polsce. Media społecznościowe, owszem, mogą być bardzo szkodliwe, ale mogą też skutecznie przełamywać oficjalną narrację.

Iluzją jest także, że zakaz byłby skuteczny. Już dzisiaj wiadomo, że w Australii to w dużej mierze walka z wiatrakami. Dzieci szybko znalazły sobie sposoby, aby zakaz ominąć – pierwszym z brzegu i absolutnie banalnym jest użycie VPN. Co zatem tutaj proponowaliby zwolennicy zakazu? Zaczniemy reglamentować dostęp do tego z kolei narzędzia? Tam, gdzie zaczyna się państwowa interwencja, zawsze pojawiają się metody jego przełamywania, a to z kolei powoduje, że urzędnicy wymyślają nowe restrykcje – i tak w kółko. Dzieci zaś są nadzwyczaj pomysłowe i nic nie smakuje im tak dobrze jak zakazany owoc.

Jest wreszcie powód być może najważniejszy: wprowadzenie takiego zakazu byłoby kolejnym już rozwiązaniem, zwalniającym rodziców z obowiązków wychowawczych. Mnożenie takich rozwiązań to proces niesamowicie niebezpieczny i błędne koło. Im bardziej rodzice czują się zwolnieni z obowiązku nadzoru nad swoimi dziećmi, tym mniej czują się w obowiązku ten nadzór sprawować, a to z kolei staje się pretekstem do następnych tego typu działań państwa. Czy naprawdę chcemy, żeby to urzędnicy, posłowie i ministrowie przejęli kontrolę nad wychowaniem naszego potomstwa?

Wszystko to nie oznacza, że kwestionuję diagnozę, dotyczącą wpływu mediów społecznościowych na młode mózgi. Ten niewątpliwie jest niszczący. Ale próba zahamowania go poprzez odgórny blankietowy zakaz jest bardzo złym pomysłem. To tak jakby raka leczyć aspiryną. Uderzać należy w istotę problemu, a tą istotą jest reżim prawny, jakiemu podlegają wielcy cyfrowi gracze, pozwalający im na działanie w warunkach braku przejrzystości. Z drugiej strony próba stworzenia reżimu bardziej dla tych graczy restrykcyjnego w UE skończyła się powstaniem obecnej wersji aktu o usługach cyfrowych, zawierającego w sobie elementy cenzorskie, i próbą jego implementacji w Polsce.

Co w takim razie jest rozwiązaniem? Nie centralizacja zakazów, ale przeciwnie – przeniesienie decyzji na najniższy poziom i łatwe udostępnienie narzędzi – ale pozostawienie decyzji obywatelom przy edukacji na temat skutków nadużywania mediów społecznościowych. Szkołom należy ułatwić podejmowanie decyzji o używaniu lub nie telefonów na ich terenie i oferować dofinansowania na profesjonalne schowki na telefony. Rodzicom państwo mogłoby udostępnić, we współpracy z operatorami internetowymi, proste narzędzia do blokowania dostępu do mediów społecznościowych, możliwe do użycia „out-of-the-box” na poziomie domowej sieci. Technologicznie to wręcz banalne i zresztą już dzisiaj możliwe dzięki oprogramowaniu routerów, tyle że dostępne dla bardziej zaawansowanych użytkowników. Gdy chodzi o sieć komórkową – osoba poniżej 18. roku życia nie kupi w Polsce sama karty SIM, więc i tutaj rodzice mogą dostać do dyspozycji proste narzędzie w postaci blokady, choćby i domyślnie w takim wypadku włączonej, ale możliwej do skasowania. Nie ma wtedy mowy o centralnym systemie, o naruszaniu prywatności czy przejmowaniu przez państwo odpowiedzialności. Wszystkie decyzje są podejmowane na najniższym możliwym szczeblu. A że taki system nie będzie stuprocentowo szczelny? Jasne, że nie. Żaden nie będzie. Zakładałbym jednak, że może być szczelniejszy niż odgórne państwowe zakazy.

Łukasz Warzecha

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie