Współczesne ORMO jest pod pewnymi względami gorsze od oryginału. Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej działała bowiem jednak jak formacja mundurowa i jej członkowie nie pozwalali sobie na prywatną inicjatywę. Aczkolwiek w ramach ORMO funkcjonowało też coś takiego jak Społeczny Inspektor Ruchu Drogowego (kimś takim był bohater serii powieściowej Zbigniewa Nienackiego, „Pan Samochodzik”, czyli pan Tomasz). Taki inspektor miał milicyjny lizak, mógł zatrzymywać pojazdy i upominać kierowców. Dzisiejsi patoaktywiści urodzili się po prostu zbyt późno. Mają do dyspozycji tylko YouTube’a. Gdyby żyli w Peerelu, mogliby w pełni legalnie wspierać władzę ludową. Z drugiej strony – pokrzywdzeni aż tak bardzo nie są. To, co tracą na poczuciu władzy, zyskują w pieniądzach. Nagrywają swoje potyczki, a następnie monetyzują.
Niedawno w Warszawie wydarzyło się coś, co powinno wywołać poważniejszą dyskusję o zjawisku samozwańczych szeryfów i patoaktywistów. Grupka tychże pojawiła się na ulicy Noakowskiego. To bardzo wąska ulica w ścisłym centrum Warszawy, niedaleko Politechniki Warszawskiej, którą 14 lat temu zwężono jeszcze bardziej, żeby – jakżeby inaczej – wykroić drogę dla rowerów. Tworzy to sytuację, w której jeśli jakikolwiek pojazd zatrzyma się na pasie jezdni zamiast na pasie do parkowania, wytyczonym po lewej stronie tej jednokierunkowej ulicy – natychmiast tamuje całkowicie ruch. Wtedy zmotoryzowani omijają taki samochód, wjeżdżając na moment na DDR. Alternatywą jest całkowite zatrzymanie ruchu.
Patoaktywiści znają takie miejsca i krążą wokół nich jak sępy w poszukiwaniu łupu. Tamtego dnia na jezdni zatrzymał się dostawca lub kurier, który po prostu nie miał innego miejsca. Miasto w ogóle nie uwzględnia kurierów i dostawców. Nie istnieją zarezerwowane dla nich miejsca. Na pasie parkingowym nie było zaś najmniejszej luki. Kierowcy omijali zatem zatrzymany samochód, wjeżdżając minimalnie na DDR. Nie było to pokonywanie większej odległości tą częścią drogi – jedynie wjechanie na drogę rowerową połową pojazdu na dystansie kilku metrów.
Wesprzyj nas już teraz!
Tu zacytuję opis zdarzenia z portalu Miejski Reporter:
W czwartek 19 lutego, przed godziną 11:00, na ul. Noakowskiego w Śródmieściu doszło do konfliktu między grupą osób określanych przez świadków jako aktywiści rowerowi a kierowcą samochodu osobowego; w trakcie zajścia uszkodzona została przednia szyba w aucie 78-letniego mężczyzny.
Jak relacjonują świadkowie, na ul. Noakowskiego od pewnego czasu regularnie dochodzi do spięć z pseudoaktywistami, związanych z omijaniem po chodniku lub ścieżce rowerowej, pojazdów zatrzymanych lub zaparkowanych w sposób utrudniający przejazd. Ulica – po przebudowie w 2012 roku – ma po jednej stronie drogę dla rowerów, a po drugiej miejsca parkingowe, co w praktyce (w ocenie rozmówców) sprzyja sytuacjom, w których dostawcy i kurierzy, nie znajdując wolnych miejsc, zatrzymują auta na jezdni na krótki czas, a część kierowców omija przeszkodę, wjeżdżając na fragment przeznaczony dla rowerów i pieszych. Świadkowie twierdzą, że w czwartek na Noakowskiego pojawiła się grupa osób powiązana z pseudoaktywistami rowerowymi, nagrywająca zachowania kierowców. Z relacji wynika, że początkowo mieli rzucać śnieżkami w przejeżdżające po drodze dla rowerów auta i rejestrować reakcje kierujących, a następnie blokować przejazd pojazdom, które próbowały ominąć nieprawidłowo zatrzymane samochody. Do eskalacji sytuacji miało dojść w momencie, gdy 78-letni kierowca citroëna próbował ominąć ścieżką rowerową pojazd stojący na jezdni. Według świadków jedna z osób z grupy rowerowej stanęła na drodze, uniemożliwiając przejazd. Kierowca miał ruszyć, a mężczyzna znalazł się na masce auta i był wieziony kilkanaście metrów w kierunku wjazdu na teren Politechniki, gdzie kierujący poprosił o pomoc ochronę uczelni. W tym czasie – jak wynika z relacji – mężczyzna, który wcześniej znajdował się na masce, miał usiąść na dachu Citroena i kopnięciem wybić przednią szybę w aucie. Na miejsce wezwano policję.
Jeśli zerknie się na któryś z patoaktywistycznych kanałów, nietrudno dostrzec, jaki jest modus operandi: znalezienie miejsca, gdzie jest szansa na zrobienie rozróby, następnie celowe blokowanie kierowców, którzy w ocenie patoaktywistów znajdują się tam, gdzie nie powinni, nagrywanie tych zajść, a potem monetyzacja na YT.
Spójrzmy na to zjawisko analitycznie. Patoaktywiści wykorzystują sprytnie – choć zapewne tylko intuicyjnie, bez pełnej świadomości – kilka psychologicznych reguł rządzących szczególnie emocjokracją.
Po pierwsze – co całkowicie oczywiste – im większa awantura, tym lepsze zasięgi. To mechanizm doskonale znany patostreamerom, a tutaj można uznać, że mamy do czynienia z rodzajem patostreamingu (choć nie na żywo).
Po drugie – dla zbierania poparcia i pieniędzy patoaktywiści wykorzystują dwa zjawiska społeczne. Pierwsze z nich to niechęć do kierowców, będąca od około półtorej dekady istotnym składnikiem lewicowej tożsamości w Polsce (pracę nad tym jeszcze u początku lat 2000. zaczęła „Gazeta Wyborcza”). Ich materiały są skierowane do ludzi o takim właśnie światopoglądzie, dla których prywatne samochody i ich kierowcy są złem – przynajmniej w miastach. Należy ich zatem tępić bez litości, a za najmniejsze wykroczenia karać drakońsko.
Drugie zjawisko, bardziej uniwersalne, to dawanie odbiorcom poczucia moralnej wyższości. To doskonale znany w socjologii czy psychologii mediów mechanizm. Na dokładnie tej samej zasadzie działa pan Jerzy Owsiak czy ci, którzy z bezwarunkowej pomocy Ukrainie zrobili fundament człowieczeństwa. W tym wypadku odbiorcy materiałów mają możliwość jednym kliknięciem, wpisaniem komentarza albo czasem nawet wpłatą dać sobie samym poczucie, że są lepsi niż pokazywana na filmach „patologia”. Zresztą użycie skrajnych określeń na opisanie ludzi, którzy obiektywnie nie zrobili niczego strasznego, ma źródło w tym samym zjawisku: im skrajniej ich określimy, tym „lepsi” we własnym odczuciu stajemy się w zestawieniu z nimi.
Przenieśmy się teraz na jeszcze inny poziom analizy. Pojawiają się bowiem argumenty, że przecież patoaktywiści pełnią funkcję pożyteczną, gdyż wymuszają przestrzeganie prawa. Jak to napisał ktoś na X, odpowiadając na mój komentarz – „nie chcą takiego syfu jak w Indiach”. To oczywiście dość marnej próby erystyka, bo między hinduskim chaosem drogowym – który generuje zresztą bardzo niewiele zdarzeń drogowych – a objechaniem samochodu dostawczego DDR jest potężna przestrzeń.
Państwo opiera się na regułach, ustanawianych przez ustawodawcę. Rozsądna liczba tych reguł, faktycznie potrzebnych i regulujących wspólne życie w stopniu optymalnym, jest niewątpliwie korzystna. Problem pojawia się, gdy państwo zmierza w stronę przeregulowania, a jednocześnie nie stwarza obywatelom warunków, aby coraz bardziej namnażających się reguł przestrzegać. Pod tym względem polskie państwo nie jest nawet na początku drogi, ale już dawno w czołówce. Wystarczy sięgnąć po obiektywny, przykładowy wskaźnik, jakim jest objętość aktów prawnych wyższego rzędu – ustaw. Dla przykładu: nowelizacja ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa – 191 stron. Ustawa o e-doręczeniach – 58 stron. Ustawa o elektromobilności – 66 stron. Niedoszła ustawa o rynku kryptoaktywów – 109 stron. I tak dalej.
Zagadnieniem jakości prawa i jego realności, a więc możliwości przestrzegania, zajął się w wydanej jeszcze w 1964 r. książce „Moralność prawa” (w Polsce wydała ją Aletheia) Lon Luvois Fuller (1902-1978), profesor Harvardu, teoretyk prawa. Fuller sformułował osiem słynnych zasad, jakie powinno spełniać dobre prawo:
Powinno być ogólne, a zatem uniwersalne, a nie kazuistyczne i bazujące na konkretnych sytuacjach. Polska akcyjność prawna temu przeczy.
Powinno być ogłoszone – normy prawa powinny być znane. Również z tym bywa w naszym kraju problem z powodu absurdalnego namnożenia regulacji. Nikt nie jest w stanie śledzić ich wszystkich nawet w jednej dziedzinie.
Prawo nie powinno działać wstecz. Nawet z tym bywa problem, jeżeli spojrzymy na kwestię działań skarbówki i interpretacje podatkowe.
Powinno być jasne i zrozumiałe. Tymczasem zrozumienie większości aktów prawnych wydawanych w Polsce to wyższa szkoła jazdy, także z powodu norm legislacji, które pozwalają tworzyć nowelizacje do nowelizacji do nowelizacji. Ustawy nowelizującej inne ustawy nie da się czytać, nie obstawiwszy się kilkoma innymi aktami prawnymi.
Nie powinno jednocześnie wymagać zachowań sprzecznych z sobą. Ta zasada również bywa łamana.
Powinno być możliwe do realizacji – wymagania powinny być realne. Z tym problem bywa największy. Mnożone są obowiązki, z których wiele osób nie jest w stanie się wywiązać mimo najlepszych chęci. Ta zima pokazała, do jakiego stopnia absurdalny z tego punktu widzenia jest choćby przepis, wymagający odśnieżania chodnika przez właścicieli posesji przy nim położonych.
Powinno być stabilne – nie powinno zmieniać się zbyt często. Nie muszę pisać, że i tutaj polskie prawo jest zwyczajnie kpiną. Proszę przypomnieć sobie losy polskiego ładu.
Wreszcie powinno zapewniać zgodność między działaniem urzędowym a obowiązującymi normami. Inaczej mówiąc, intencje prawodawcy nie powinny być przedmiotem zgadywania ani nadmiernie twórczej interpretacji. I z tym jest problem. Przykład: czym jest, penalizowane karą pozbawienia wolności zgodnie z niedawno podpisaną przez pana prezydenta ustawą „rażące przekroczenie prędkości”?
Można by tu przywołać i innych teoretyków prawa lub ekonomistów, takich jak Hernando de Soto z jego badaniami nad biznesem w warunkach przeregulowania. Ale w końcu to nie seminarium.
Spójrzmy teraz na sytuację z ulicy Noakowskiego przez pryzmat wytycznych Fullera. Praprzyczyną było tutaj niestworzenie przez władzę – w tym wypadku Zarząd Dróg Miejskich w stolicy – warunków do przestrzegania prawa. Nie tylko na Noakowskiego, ale nigdzie w Warszawie nie ma miejsc dla dostawców i kurierów, a przebudowa Noakowskiego w 2012 r. sprawiła, że nie ma możliwości ominięcia w sposób całkowicie legalny zaparkowanego na jezdni pojazdu.
Gdyby kierujący mieli się trzymać prawa co do joty, to skutek byłby dwojaki. Alternatywnie: albo dostawca nie byłby w stanie dostarczyć towaru – a więc ktoś poniósłby koszt, zapłaciwszy za towar, ale go nie otrzymawszy; albo dostawa spowodowałaby potężny korek, który miałby dla stojących w nim skutki życiowe i finansowe. Kierujący wybrali rozwiązanie najrozsądniejsze i niepowodujące żadnego zagrożenia: objechanie stojącego auta drogą dla rowerów, wjeżdżając na nią połową samochodu na dystansie kilku metrów.
Należy tę sytuację potraktować jak metaforę sytuacji całej Polski: wobec skrajnego przeregulowania państwa płynność funkcjonowania – podobnie jak płynność ruchu na Noakowskiego – jest możliwa jedynie dzięki punktowemu okazjonalnemu naginaniu reguł lub ich łamaniu. Inaczej nie bylibyśmy w stanie funkcjonować. Domorośli ORMO-wcy w niczym zatem nie pomagają. Są szkodliwi.
Także tutaj mamy analogię do Peerelu – i on był koszmarem pod względem systemowym i regulacyjnym, i on funkcjonował jedynie dzięki naciąganiu i naginaniu reguł. Dzięki temu, że istniał czarny rynek, cinkciarze, prywaciarze, dzięki temu, że linkę do hamulca dało się kupić w mięsnym („Brunet wieczorową porą”), a mięso – w kiosku „Ruchu” („Miś”). ORMO-wców zaś nikt nie traktował z szacunkiem. I pod tym względem, jak widać, w III RP jest gorzej niż w Polsce Ludowej.
Łukasz Warzecha