Przez 11 lat – a więc od momentu, gdy najpierw PO próbowała w ostatniej chwili swoich rządów mianować nadmiarowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a potem zrobiło to po wygranej PiS, zaś pan prezydent Duda tychże zaprzysiągł – przeszliśmy daleką drogę ku destrukcji wymiaru sprawiedliwości. Aż głupio się znów chwalić, ale w 2016 r. ostrzegałem, że zabawa TK skończy się na wymiernych szkodach dla zwykłych obywateli. Dzisiaj z tym właśnie mamy do czynienia – w bezprecedensowej skali. Oto bowiem zaangażowani politycznie sędziowie wyższych instancji niemal już seryjnie obalają wyroki sądów instancji niższej tylko dlatego, że w składzie zasiadał sędzia z rekomendacji Krajowej Rady Sądownictwa zbudowanej według ustawy z 2017 r.
Rozłożenie tego sporu na czynniki pierwsze to materiał nie na artykuł, ale na książkę. Tutaj przedstawiam sprawę w podstawowych punktach.
Po pierwsze – z polskiej konstytucji nijak nie wynika, że 15 sędziów członków KRS nie może wybierać Sejm. Takie twierdzenie to wyłącznie jedna z politycznych interpretacji ustawy zasadniczej.
Wesprzyj nas już teraz!
Po drugie – wybieranie członków KRS przez Sejm, czyli system wprowadzony przez PiS, miał służyć podporządkowaniu rady sejmowej większości. I co do tego również nie ma dyskusji. Wszelkie wzniosłe opowieści, jakoby szło tutaj o uzdrowienie sądownictwa, to bajki dla naiwnych. Ten system się zresztą teraz zemści na samym PiS, jak wiele innych pomysłów tej partii, bo za moment obecna sejmowa większość może zdecydować się z niego skorzystać i wybrać do KRS „swoich” sędziów.
Po trzecie – z TSUE nie wyszło żadne orzeczenie, które stwierdzałoby, że „neosędziowie” nie są sędziami. Zresztą nawet gdyby takie wyszło, i tak można by je wyrzucić do kosza, jako że UE, a co za tym idzie TSUE, nie mają prawa dyktować państwom członkowskim systemu sądownictwa. To zagadnienie leży całkowicie i bez wątpliwości poza traktatowymi kompetencjami UE.
Po czwarte – żaden sędzia nie ma prawa podważać statusu innego sędziego, mającego powołanie od prezydenta RP. Prezydencka nominacja jednoznacznie potwierdza status sędziego oraz jego stanowisko.
Po piąte – i tu trzeba się zatrzymać na dłużej – uchylanie wyroków z powodu rzekomo wadliwego powołania sędziego przez sędziów zaangażowanych politycznie po stronie obecnej władzy to wyjątkowo obrzydliwy rodzaj szantażu, w którym zakładnikami stają się zwykli ludzie. Jestem przekonany – i mam nadzieję, że tak się stanie – że sędziowie dopuszczający się takich działań zostaną w przyszłości ze stanu sędziowskiego skutecznie wyrzuceni. Szantaż polega na tym, że wydając takie wyroki sędziowie ci mówią przede wszystkim panu prezydentowi: albo zgodzi się pan na projekt naszego środowiska, robiący porządek z „neosędziami” (czyli w tym momencie na tak zwaną ustawę „praworządnościową”), albo będziemy dalej robić chaos w wymiarze sprawiedliwości i zwykli ludzie będą dostawali po głowie, a my wtedy będziemy powtarzali, że to przez pana.
Trzeba podkreślić, że wyroki są uchylane po ich wydaniu, choć istnieje w polskim prawie procedura testu niezawisłości sędziego – swoją drogą dziwaczna sama w sobie – która ma na celu wyeliminowanie wątpliwości co do jego kompetencji jeszcze przed podjęciem sprawy. Mało tego – rzekomo wadliwe powołanie sędziego, czego przecież inny sędzia nie ma prawa rozstrzygać, jest jedynym powodem uchylania wyroków, do których nie ma żadnych merytorycznych zastrzeżeń. To działanie nie daje się usprawiedliwić nawet z punktu widzenia ogólnych założeń systemu sprawiedliwości. Sędzia bowiem musi brać pod uwagę nie tylko sztywno pojmowaną literę prawa, ale również ogólne poczucie sprawiedliwości i skutki społeczne swoich wyroków. Sędziowie uchylający wyroki „neosędziów” interes społeczny mają gdzieś. Nie obchodzi ich, że przez nich mordęgę i wtórną wiktymizację będą przechodziły ofiary lub ich krewni albo że zbankrutują firmy. Są zafiksowani na przepychaniu politycznej agendy, której częścią jest walka z sędziami, którzy mieli pecha dostać rekomendację od KRS po 2017 r. Sędziami często znakomitymi i kompletnie politycznie niezaangażowanymi.
Piszę o tym wszystkim, żeby we właściwym kontekście ustawić projekt Ustawy o KRS, który z Sejmu trafił pod koniec stycznia do pana prezydenta. 19 lutego mija termin na decyzję pana prezydenta. Ustawy o KRS nie należy mylić z ustawą „praworządnościową”. Ta pierwsza reguluje jedynie na nowo sposób wybierania sędziów do Rady.
Raczej nie ma wątpliwości, że pan Nawrocki ją zawetuje. I być może będzie to błąd, którego źródłem – jak wielu błędnych dotychczas jego decyzji – jest otorbienie przez ludzi PiS. Zresztą z punktu widzenia PiS upieranie się przy dotychczasowym sposobie wybierania sędziów do KRS jest absurdem – jak wspomniałem, za moment będzie to oznaczało Radę złożoną z sędziów w rodzaju panów Tulei czy Przymusińskiego. Tymczasem sposób, zawarty w ustawie, daje paradoksalnie nadzieję, że może to wyglądać inaczej.
Trudno twórców ustawy podejrzewać o dobre i czyste intencje. Ale trzeba przypomnieć, że znaczna część środowiska sędziowskiego w przeszłości krytykowała sposób wybierania sędziów do KRS – ten sprzed 2018 r. – słusznie skarżąc się na jego nierówność i faworyzowanie sędziów z sądów najwyższego szczebla (SN i NSA). Oczywiście nie oznaczało to, że ci krytyczni sędziowie poparli system wprowadzony ustawą z 2017 r. Tę odebrali jako polityczną uzurpację.
Ustawa, która dzisiaj leży na prezydenckim biurku, o dziwo nie jest tak zła jak można by się spodziewać – przynajmniej na papierze. Przywraca co prawda środowisku sędziowskiemu wybór 15 członków KRS, ale precyzuje, z jakich sądów muszą pochodzić ci sędziowie, dając najwięcej miejsc sędziom z pierwszej linii, czyli sądów rejonowych – aż sześć. Poza tym w skład KRS ma wejść jeden sędzia Sądu Najwyższego, dwóch sędziów sądów apelacyjnych, trzech sędziów sądów okręgowych, jeden sędzia sądu wojskowego, jeden – Naczelnego Sądu Administracyjnego i jeden wojewódzkiego sądu administracyjnego. Oczywiście pozostaje kwestią otwartą, kto będzie uznawany za sędziego, a więc będzie posiadał bierne prawo wyborcze. Zgodnie z ustawą, kandydat musi mieć przynajmniej dziesięcioletni staż na stanowisku sędziego w ogóle, co z automatu wyklucza sędziów z nominacji po 2018 r. (a generalnie tych mianowanych od 2017 r.). Staż na stanowisku aktualnie zajmowanym ma być już tylko pięcioletni, tu więc może pojawić się spór. I to jest zapewne najsłabszy punkt tego rozwiązania.
Każdy sędzia w stanie czynnym, w tym sądu powszechnego, ma dysponować identyczną liczbą 15 głosów, przy czym na każdego kandydata z danej puli może oddać tylko po jednym głosie. Trzeba przyznać, że jest to jednak postęp w stosunku do tego, jak wyglądały te wybory nim PiS zmieniło system, choć diabeł, jak zwykle, tkwi zapewne w szczegółach.
Ustawa powołuje też Radę Społeczną przy KRS, która ma „przedstawiać opinie”. Wygląda to jednak na twór czysto piarowy, zwłaszcza jeśli spojrzeć na skład tejże rady: po jednej osobie wskazanej przez Naczelną Radę Adwokacką, Krajową Radę Radców Prawnych, Krajową Radę Notarialną, Krajową Radę Komorniczą, Radę Główną Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Rzecznika Praw Obywatelskich, Krajową Radę Prokuratorów przy Prokuratorze Generalnym, a także trzech przedstawicieli organizacji pozarządowych wskazanych przez Radę Działalności Pożytku Publicznego. Komponent autentycznie społeczny jest zatem w tym gremium praktycznie nieobecny, a jego nazwa jest po prostu myląca.
Sprzeciw wobec ustawy to dla PiS sprawa prestiżowa. Ale dlaczego takimi względami miałby się kierować pan prezydent? Ta propozycja nie jest doskonała – ba, jest pomyślana tak, aby ustępstwa wobec drugiej strony były jak najmniejsze. Ale mimo to mogłaby być jakimś początkiem rozcinania węzła gordyjskiego.
Gdyby zaś pan Nawrocki uznał, że na przykład wymagany staż na stanowisku sędziego jest zbyt długi, może przecież tę ustawę zawetować i zaproponować własną. Jednak jak na razie pan prezydent niestety nie zaprezentował żadnego własnego pomysłu na wyjście z sądowniczego pata, ograniczając się do kontestowania propozycji koalicji. Wobec poziomu bałaganu i szkód, jakich doznają zwykli obywatele, jest to jednak mocno rozczarowujące.
Łukasz Warzecha