Po ponad 25 latach negocjacji (tak, to nie błąd – tyle w sumie trwały uzgodnienia) umowa z krajami Mercosur została, jak się zdaje, przypieczętowana, choć odbyło się to poprzez naprawdę brutalne przepychanie kolanem. O tym, że pani von der Leyen leci 6 grudnia 2024 r. podpisywać umowę (po podpisaniu konieczna jest ratyfikacja) do Montevideo, stolicy Urugwaju, do ostatniej chwili nie wiedzieli nawet europosłowie głównego nurtu i już wtedy działania przewodniczącej Komisji Europejskiej wywołały sprzeciw.
Umowę sprytnie podzielono, odrębnie traktując jej część handlową. Ten manewr umożliwił głosowanie w Radzie UE większością kwalifikowaną (55 proc. krajów i 65 proc. ludności). Gdyby umowa była traktowana jako całość, zgodnie z art. 218 ust. 8 Traktatu o Funkcjonowaniu UE musiałaby być zatwierdzana jednomyślnie, zatem każde państwo członkowskie mogłoby użyć weta. Niestety, praktykę dzielenia umów międzynarodowych, zawieranych przez UE, przyjęto jeszcze w 2018 r. przy zawieraniu umowy z Singapurem. Pani von der Leyen nie stworzyła więc precedensu. Nie musiała.
Na sam koniec, po decyzji w Radzie, pojawiły się informacje, że w procedurze ratyfikacji miałby być pominięty Parlament Europejski. Nie jest w tej chwili jasne, czy tak się rzeczywiście stanie, ale byłoby to złamanie wspomnianego art. 218 ToFUE, który poza pewnymi wyjątkami przewiduje, że na zawarcie umowy międzynarodowej przez UE konieczna jest zgoda Parlamentu. Oczywiście jak to bywa z unijnymi traktatami – nic nie jest zapisane całkowicie wprost i KE może upierać się przy swojej interpretacji, umożliwiającej pominięcie PE. Choćby z tego powodu sprawa mogłaby trafić do Trybunału Sprawiedliwości UE, natomiast czy zapowiedzi w tej sprawie pana premiera Kosiniaka-Kamysza są coś warte – zobaczymy. Ustęp 11 art. 218 powiada: „Państwo Członkowskie, Parlament Europejski, Rada lub Komisja mogą uzyskać opinię Trybunału Sprawiedliwości w sprawie zgodności przewidywanej umowy z Traktatami. W przypadku negatywnej opinii Trybunału, przewidywana umowa nie może wejść w życie, chyba że nastąpi jej zmiana lub rewizja Traktatów”.
Wesprzyj nas już teraz!
Tyle formalności. Można zapytać, dlaczego pani von der Leyen tak brutalnie parła do zawarcia umowy z krajami Mercosur. Odpowiedź jest kilkupoziomowa.
Pierwszy poziom jest brutalnie prosty: bo jest to umowa korzystna dla Niemiec. Ich bilans handlowy z krajami Mercosur to 16 mld euro eksportu wobec niecałych 7 mld euro importu. W przypadku Polski jest to 830 mln euro eksportu i 2,5 mld euro importu. Umowa jest skonstruowana w taki sposób, że daje przewagę niemieckiemu przemysłowi kosztem rolników z państw takich jak Polska czy Francja. Przedmiotem importu do UE będą głównie produkty rolne, bo to jest po prostu najważniejsza produkcja państw Ameryki Południowej. Te produkty w większości są objęte kontyngentami. Nie ma natomiast kontyngentów na unijny eksport do krajów Mercosur, czyli przede wszystkim na produkty przemysłu motoryzacyjnego. Można mieć podejrzenie, że pani von der Leyen, forsując umowę, próbuje załagodzić opór niemieckiego sektora motoryzacyjnego wobec regulacji zielonego ładu. Bo przecież w państwach Mercosur wymogów klimatycznych nie ma. Tam swobodnie można sprzedawać samochody z silnikami spalinowymi. W Europie Mercedes czy Volkswagen przegrywają coraz wyraźniej z chińskimi markami, więc niech przynajmniej dostaną nowy rynek bez ceł.
Poziom drugi to pokazanie sprawczości własnej i Unii, mającej dzisiaj status globalnego ekonomicznego degenerata. Pani von der Leyen nie ma wielkich osiągnięć jako szefowa KE. Jej sztandarowa strategia, czyli zielony ład, spotyka się z coraz większym oporem. Przepychając umowę z Mercosurem, przewodnicząca KE stara się czymkolwiek zapisać (być może z nadzieją na dalsze osobiste profity po zakończeniu kadencji), a zarazem próbuje dowieść, że UE ma jeszcze cokolwiek do powiedzenia w światowym handlu. Umowa jest przecież wejściem na pole nie tylko ofensywnych działań Chin, ale również USA, szczególnie wobec deklaracji o powrocie do doktryny Monroego, zawartych w nowej strategii bezpieczeństwa, ale także wynikających z praktyki działań waszyngtońskiej administracji.
Umowę z Mercosurem chwalą polscy integralni liberałowie. Mają swoje argumenty, ale ich spojrzenie jest nadmiernie doktrynalne. Patrzą bowiem na UE jako całość, podczas gdy umowa nierówno rozkłada obciążenia i ryzyka pomiędzy jej członków. To, co dla UE jako całości może być korzystne, niekoniecznie jest korzystne dla Polski. Zaś patrzenie na Unię jako podmiot mający jeden wspólny interes jest całkowicie bezzasadne. Tak nie jest i nigdy nie było.
Umowa, owszem, wprowadza kontyngenty na bezcłowy import kluczowych produktów rolnych oraz ma gwarantować, że będą one spełniały unijne normy. Kontyngenty nie wydają się szczególnie wielkie w skali unijnego spożycia – 99 tys. ton wołowiny, 25 tys. ton wieprzowiny, 180 tys. ton cukru czy 180 tys. ton drobiu – jednak wziąwszy pod uwagę, że Polska jest jednym z największych producentów właśnie drobiu czy wieprzowiny – to my odczujemy napływ z Ameryki Południowej najsilniej. Liberałowie pomijają również całkowicie aspekt bezpieczeństwa żywnościowego. Oczywiście zgodnie z regułami ekonomii będzie zapewne tak, że jeśli określony rodzaj produkcji rolnej przestanie się opłacać, polscy rolnicy z niego zrezygnują. Ale w ten sposób w danej dziedzinie uzależnimy się od importu, co właśnie narusza nasze bezpieczeństwo żywnościowe. Raz zamkniętego działu produkcji rolnej nie da się w razie potrzeby odtworzyć w miesiąc czy nawet rok.
Co więcej, liberałowie wydają się ślepi na zagadnienie nierównej konkurencji. Nawet gdyby faktycznie produkty przysyłane do Europy miały spełniać unijne normy – co wcale nie jest pewne, bo pozostaje kwestia skutecznej kontroli (wykrycie naruszenia norm przez polskie instytucje nie oznacza automatycznego wstrzymania importu na poziomie UE) – to i tak południowoamerykańscy rolnicy mają przewagę, wynikającą ze znacznie luźniejszych regulacji dotyczących choćby rynku pracy czy warunków bezpieczeństwa produkcji. Nie jest to więc konkurencja uczciwa.
Unia, starając się załagodzić opór europejskich rolników, wprowadziła mechanizmy bezpieczeństwa, w teorii uruchamiane szybko, jeśli wolumen importu przekroczy określony poziom lub ceny spadną poniżej ustalonych pułapów. Tyle że nie zapobiegnie to systemowym zmianom – to jedynie doraźny środek, bardziej o propagandowym znaczeniu.
Jak zwrócono uwagę w komentarzu magazynu „The European Conservative” – przepchnięcie kolanem umowy z państwami Mercosur pogłębia praktykę i przekonanie, że jeśli jakieś rozwiązanie można przedstawić jako korzystne na poziomie całej UE, a faktycznie – jeżeli jest ono korzystne dla najważniejszych krajów, jak Niemcy – może ono być brutalnie forsowane, nawet jeżeli uderza w absolutnie żywotne interesy konkretnych krajów członkowskich. To najważniejszy wniosek, płynący z tej sytuacji. Szczególnie warto mieć go w pamięci, obserwując dążenie do całkowitego wyeliminowania weta z procesu decyzyjnego w UE.
Łukasz Warzecha