Stany Zjednoczone stały się pod rządami Donalda Trumpa drapieżnym hegemonem – twierdzi Stephen M. Walt w eseju opublikowanym w marcowo-kwietniowym wydaniu magazynu „Foreign Affairs”. Walt to we współczesnej myśli politologicznej postać nie mniej pomnikowa niż John Mearshimer czy nieżyjący już Kenneth Waltz. Przedstawiciel neorealizmu, profesor Harvardu i jeden z najostrzejszych krytyków polityki obecnego prezydenta USA. Nic dziwnego, skoro Walt sprzeciwia się od lat militarnemu interwencjonizmowi. W Polsce ukazała się jego książka napisana wspólnie z Mearshimerem „Izraelskie lobby a polityka zagraniczna USA”, która wiele wyjaśnia również gdy idzie o aktualnie trwającą wojnę na Bliskim Wschodzie.
Artykuł Walta, choć nasycony trudną do ukrycia niechęcią wobec Trumpa, jest godny uwagi dlatego, że wyszedł właśnie spod pióra neorealisty, a w dodatku męża Żydówki. Walt kontrastuje w nim zachowanie USA w okresie zimnej wojny, a potem świata umownie jednobiegunowego, z postawą obecną.
Owszem, można mieć zastrzeżenia do niektórych jego założeń czy argumentów. Na przykład sprzeciw wobec krytyki Białego Domu wobec kursu, jaki przyjęła duża część Europy, zdaje się być oparty na niedostatecznym zrozumieniu przez Walta europejskiej sytuacji. Rozumowanie JD Vance’a, zaprezentowane podczas konferencji bezpieczeństwa w Monachium w lutym 2025 r., powtórzone przez Marco Rubio rok później w tym samym miejscu (choć w łagodniejszej formie), zawarte również w strategii bezpieczeństwa USA, ma mocne podstawy. Faktycznie obecny kurs UE ją osłabia – nie tylko finansowo, ale też ideowo. Jak mówił Vance – żeby bronić swojego kraju, trzeba wiedzieć, za co się walczy.
Wesprzyj nas już teraz!
Podobnie nieuzasadniona jest krytyka Walta – aczkolwiek niewyrażona wprost – dotycząca nacisków USA na sojuszników, aby podejmowali większy wysiłek finansowy w kwestii obronności. Takich wątpliwych punktów w tekście jest więcej. Walt sugeruje również, acz nie przedstawiając żadnych konkretów, że na działaniach amerykańskiej administracji bogaci się rodzina Trumpa i jego współpracownicy. Autor eseju nie uwzględnia w dodatku czynnika społecznego, a więc tego, że strategia drapieżnego hegemona jest w dużej mierze odpowiedzią na oczekiwanie amerykańskich wyborców – a z tym każdy polityk musi się przecież liczyć.
Przy tym wszystkim trzeba jednakże zaznaczyć, że nie mamy do czynienia z jadowitym paszkwilem, jaki moglibyśmy zwyczajowo znaleźć w polskich obsesyjnie antytrumpowskich mediach. Choć „Foreign Affairs” to pismo związane raczej z tradycją liberalną, jednak jest to również pismo bardzo poważne, które nie pozwala sobie na przekroczenie pewnych granic. Zresztą pojawiały się tam również teksty broniące polityki Trumpa. Tekst Walta jest zatem utrzymany w tonie mimo wszystko eleganckiej publicystyki i rzeczowej analizy.
Wszystko to powiedziawszy, trzeba przyznać, że opis drapieżnej hegemonii, uprawianej przez USA pod kierownictwem Trumpa, wydaje się wyjątkowo celny. Stany Zjednoczone hegemonem były właściwie zawsze od momentu wkroczenia na światową scenę poprzez włączenie się do I wojny światowej. Jednak ta hegemonia miała różne oblicza. Jednym z popularnych opisujących ją określeń było benevolent hegemony, czyli hegemonia dobroczynna. Ta postawa opierała się na przekonaniu, że powodzenie wasali hegemona warunkuje również jego sytuację, a więc w zamian za współpracę warto zapewniać im – czasem nawet sporym kosztem – korzyści ekonomiczne oraz bezpieczeństwo.
Trump całkowicie z takim widzeniem spraw zerwał. Jak pisze Walt, podstawowym założeniem drapieżnej hegemonii jest przekonanie, że hegemon zawsze musi osiągnąć ze wzajemnego układu ze swoimi wasalami korzyści większe niż oni i liczy się tylko ten relatywny rachunek zysków i strat. Oznacza to, że USA będą zawsze starały się, aby taki właśnie był efekt, nawet jeśli ich bezwzględny zysk mógłby być większy w układzie, w którym partner osiąga korzyść relatywnie wyższą niż Waszyngton. Na liczbach wyglądałoby to tak, że rezultatem danego układu musi być przykładowo 2 dla USA i 1 dla partnera, nawet jeśli alternatywą jest 3 dla USA i 4 dla partnera. Jedynym liczącym się kryterium jest, aby na danym układzie wyjść relatywnie najlepiej.
Inną opisywaną przez Walta cechą drapieżnej hegemonii jest identyczne traktowanie partnerów oraz rywali. Nie ma znaczenia, czy jest się dla Ameryki konkurentem, może nawet wrogiem, czy sprzymierzeńcem – presja będzie wyglądała identycznie. Najlepszym przykładem jest chwilowo wygaszony z powodu Bliskiego Wschodu spór o Grenlandię – a pamiętać trzeba, że Dania jest jednym z bardziej proamerykańskich krajów Europy.
Pisze także Walt – i to jest najbardziej problematyczny wątek jego diagnozy – o symbolicznym wymiarze drapieżnej hegemonii, która wymaga ciągłych hołdów wobec hegemona ze strony wasali. Walt nie zrzuca jednak winy na charakter samego Trumpa. Analizuje tę potrzebę w kategoriach politologicznych, wskazując na historyczne analogie i tłumacząc, że taki wymóg wynika z konieczności przekonania innych, że hegemon jest od nich wyraźnie silniejszy i w razie nieposłuszeństwa może im realnie zaszkodzić. Nawet jeżeli uznajemy tę diagnozę za błędną, nie widząc do niej podstaw, to wypada zauważyć, że Walt pokazuje ją jako element racjonalnej, celowej polityki, a nie jak większość polskich oszalałych antytrumpistów – jako przejaw egocentryzmu Trumpa.
Krytyka drapieżnej hegemonii autorstwa Stephena Walta nie zasadza się na idealistycznym sprzeciwie wobec narodowego egoizmu. Walt jest w końcu realistą. Wskazuje on natomiast, że jest to strategia kontrproduktywna w dłuższym okresie, choć w krótszym może rzeczywiście przynosić efekty. Jednak w dłuższym czasie – zdaniem amerykańskiego naukowca – będzie rodzić bunt wśród poddawanych naciskom wasali, którzy wykorzystają każdą okazję, aby sprzeniewierzyć się hegemonowi. Jest również nieopłacalna ekonomicznie, a także sprawia, że hegemon przestaje być pierwszym wyborem, gdy idzie o sojusze. Już teraz – celnie wskazuje Walt – Chiny zyskują na działaniach USA, mogąc się prezentować jako kraj obliczalny i starający się dbać o światową równowagę w kontraście do chwiejnych, nieobliczalnych Stanów Zjednoczonych. A pamiętać trzeba, że Walt swój esej pisał jeszcze przed rozpoczęciem wojny z Iranem.
Oczywiście wszystko to jest tylko opinią Stephena Walta, z którą można się nie zgadzać nawet w całości. A jednak warto na nią zwrócić uwagę i ze względu na rangę autora, i dlatego, że nie da się go zaliczyć do przeciwnego wobec Trumpa obozu idealistów. To krytyka dobiegająca teoretycznie z tego samego obozu.
Niedawno w cyklu „Warzecha Kontra” na kanale Super Ring zrobiłem rozmowę z Michałem Wosiem, posłem PiS. Pytałem go między innymi o zafascynowanie PiS Donaldem Trumpem. Odpowiedzi, jakie usłyszałem, odnoszące się głównie do ofensywy ideologicznej amerykańskiego prezydenta, z pominięciem skutków jego działań dla Polski i porządku globalnego, upewniły mnie, że w obozie PiS mało kto próbuje krytycznie analizować politykę Białego Domu. Gdyby się jednak komuś spośród polskich trumpistów chciało, powinien zdecydowanie sięgnąć po tekst Walta. Choćby po to, żeby poszerzyć własną perspektywę.
Łukasz Warzecha