To, co dzieje się wokół śmierci posła Łukasza Litewki, powinno wzbudzić największy niepokój u każdego racjonalnie myślącego człowieka. Zdarzenie, które przy chłodnej analizie wygląda jak tragiczny wypadek – ale nic ponadto – wzbudziło tysiące najbardziej irracjonalnych reakcji.
Na początek zastrzeżenie – czuję się nieco zażenowany, że muszę je tutaj umieścić, ale z doświadczenia wiem, że odbiór takich tekstów pozbawionych tego rodzaju pozornie oczywistych klauzul bywa błędny. Otóż nic z tego, czego te rozważania dotyczą, nie jest powiązane z moją oceną zmarłego tragicznie posła. Nie jest też w żadnym wypadku obroną sprawcy.
Pana posła kojarzyłem głównie z facebookowych wpisów. Widziałem, że angażował się mocno w obronę zwierząt, ale – co odróżniało go od wielu prozwierzęcych fanatyków – równie często angażował się bardzo mocno w pomoc potrzebującym ludziom. Wielokrotnie trafiałem na promowane przez niego zbiórki na leczenie dzieci. Jednocześnie nie widziałem nigdy wpisów jego autorstwa, które można by uznać za agresywne, szczujące, skierowane przeciwko komuś. Jego przekaz – przynajmniej ten, na który trafiałem – był tylko pozytywny. To również odbierałem jako wyjątkowe w dzisiejszych warunkach.
Wesprzyj nas już teraz!
Więcej dowiedziałem się o nim dopiero, gdy tragicznie zginął. Okazało się, że jak na polityka lewicy był wyjątkowy. Niespecjalnie dbał o to, żeby bezmyślnie powielać przekaz partii, z list której trafił do Sejmu. Mogę zatem napisać, że strata jest tym większa, że z polskiego parlamentu znika ktoś, kto był w stanie działać poza fatalnymi dla polskiego życia publicznego schematami.
Niech spoczywa w pokoju.
Tyle o śp. panu pośle. Natomiast w sprawie wypadku sprawy toczą się w sposób zadziwiający. Jego okoliczności są wyjaśniane i będą badane, a my oczywiście nie wiemy, poza ogólnikami, jakie ustalenia poczyniła prokuratura. Wiemy, że zderzenie było czołowe, a samochód zjechał na przeciwny pas ruchu, uderzył w posła i w drzewo, po czym wylądował w rowie. To ustalenia niebudzące wątpliwości. Ślady z miejsca wypadku zostały już dokładnie zbadane. Sprawca nie uciekał, nie ukrywał się, wygląda na to, że był w szoku, bo służby zawiadomili świadkowie. Prokuratura poinformowała, że zeznania sprawcy nie były do końca spójne. Wiemy również, że on sam został przesłuchany, podobnie jak jego bliscy. Zabezpieczono dowody z miejsca zdarzenia, samochód, telefon komórkowy sprawcy.
Prokuratura złożyła do sądu wniosek o zastosowanie środka zapobiegawczego w postaci trzymiesięcznego aresztu tymczasowego. I tu pojawia się pierwsza poważna wątpliwość. Areszt tymczasowy – co trzeba wciąż przypominać – nie jest karą. Jest środkiem zapobiegawczym, który powinien być stosowany jedynie w ostateczności – wynika to z kodeksu postępowania karnego – i uchylony natychmiast, gdy ustają powody do jego zastosowania. Wiadomo jednak, że w Polsce wygląda to inaczej i prokuratorzy wnioskują o areszt tymczasowy niemal rutynowo, a sądy niemal rutynowo się na niego zgadzają.
Niestety, kodeks postępowania karnego daje prokuraturze i sądom możliwość orzekania aresztu tymczasowego tam, gdzie jego zastosowanie jest wątpliwe. Przesłanki wymieniono w art. 258 k.p.k.:
§ 1. Tymczasowe aresztowanie i pozostałe środki zapobiegawcze można stosować, jeżeli zachodzi:
1) uzasadniona obawa ucieczki lub ukrycia się oskarżonego, zwłaszcza wtedy, gdy nie można ustalić jego tożsamości albo nie ma on w kraju stałego miejsca pobytu;
2) uzasadniona obawa, że oskarżony będzie nakłaniał do składania fałszywych zeznań lub wyjaśnień albo w inny bezprawny sposób utrudniał postępowanie karne.
§ 2. Jeżeli oskarżonemu zarzuca się popełnienie zbrodni lub występku zagrożonego karą pozbawienia wolności, której górna granica wynosi co najmniej 8 lat, albo gdy sąd pierwszej instancji skazał go na karę pozbawienia wolności nie niższą niż 3 lata, potrzeba zastosowania tymczasowego aresztowania w celu zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania może być uzasadniona grożącą oskarżonemu surową karą.
§ 3. Środek zapobiegawczy można wyjątkowo zastosować także wtedy, gdy zachodzi uzasadniona obawa, że oskarżony, któremu zarzucono popełnienie zbrodni lub umyślnego występku, popełni przestępstwo przeciwko życiu, zdrowiu lub bezpieczeństwu powszechnemu, zwłaszcza gdy popełnieniem takiego przestępstwa groził.
Warto zauważyć, że k.p.k. nie wymaga nawet, aby któreś z przesłanek zachodziły łącznie. Wystarczy, iż prokuratura wskaże we wnioski tylko jedną z nich.
Ustęp 2 paragrafu 1 opisuje mataczenie (polskie kodeksy nie używają tego słowa, aczkolwiek jest to pojęcie z języka prawnego; mataczenie opisuje także kodeks karny m.in. w art. 239 czy 245). Prokuratura podała do publicznej wiadomości przesłanki zastosowania aresztu tymczasowego: to zagrożenie wysoką karą (wypadek ze skutkiem śmiertelnym to od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności, a właśnie 8 lat jest dolną granicą przesłanki do zastosowania aresztu w związku z grożącą wysoką karą) oraz obawa matactwa.
Trudno się z tym zgodzić. Zagrożenie wysoką karą to wytrych, którego prokuratura używa standardowo, aby umieścić podejrzanego – a więc osobę w świetle prawa niewinną – w areszcie tymczasowym nierzadko tylko po to, żeby mieć go na przesłuchaniu na pstryknięcie palcami. Z kolei zagrożenie mataczeniem wydaje się nie mieć uzasadnienia wobec podjętych już przez prokuraturę działań. Miejsce wypadku zostało dokładnie zbadane, dowody – zabezpieczone, w tym pojazd czy telefon komórkowy, rodzina – przesłuchana. Przez kilka dni nie zgłosili się żadni świadkowie. A nawet gdyby jacyś jeszcze istnieli, to aby uznać, że podejrzany mógłby nakłaniać ich do zmiany zeznań, trzeba by założyć, że w jakiś niemal nadprzyrodzony sposób pozna ich personalia nim oni sami zgłoszą się na policję lub do prokuratora.
Trzymiesięczny areszt dla sprawcy wygląda w tym przypadku albo na klasyczne asekuranctwo prokuratora, albo na nadgorliwość wynikającą z tego, kim była ofiara. Krótko mówiąc – wygląda to źle.
Trzeba tu zmierzyć się z jeszcze jednym mitem, funkcjonującym powszechnie: niemal nie zdarzają się w Polsce wypadki ze skutkiem śmiertelnym, które byłyby kwalifikowane jako zabójstwo. Wynika to z konstrukcji polskiego kodeksu karnego – w tym wypadku racjonalnej. Z zabójstwem mamy bowiem do czynienia wówczas, gdy prokuratura jest w stanie dowieść przed sądem, że albo sprawca miał zamiar zabić człowieka (dolus directus), albo przynajmniej godził się z tym, że jego działanie może przynieść taki skutek (dolus eventualis) w stosunku do konkretnej osoby. Trzeba pamiętać, że nie każde pozbawienie życia człowieka jest zabójstwem. Taki sam skutek ma wypadek ze skutkiem śmiertelnym czy pobicie ze skutkiem śmiertelnym.
Wypadek samochodowy z samej swojej definicji nie mieści się w żadnej z kategorii zabójstw, bo jego sprawca nie wyjeżdża na drogę z zamiarem pozbawienia życia konkretnej osoby, a nawet nie da się mu udowodnić, że miał taki zamiar ewentualny. Dotyczy to nawet sytuacji, gdy sprawca był pod wpływem alkoholu czy środków odurzających. Dyskusja o wprowadzeniu do polskiego prawa istniejącej w niektórych państwach kategorii zabójstwa drogowego toczyła się jakiś czas temu, przy czym znaczna część biorących w niej udział prawników wskazywała na ogromne ryzyka z tym związane – ale to inna historia.
Najważniejsze w tej tragicznej sprawie jest, aby opinia publiczna oraz grupa nieodpowiedzialnych celebrytów, zabierających głos, zrozumiała, że o zabójstwie moglibyśmy mówić tutaj jedynie wtedy, gdyby sprawca całkowicie celowo wjechał w śp. Łukasza Litewkę. Czyli gdyby wyjechał na drogę z powziętym zamiarem pozbawienia posła życia lub przynajmniej liczył się z tym, że celowo spowodowany wypadek może do takiego skutku doprowadzić.
Można dostrzec głosy, tworzące tego typu teorie. Trudno się z tym zgodzić. Nie bardzo można sobie wyobrazić, jaki motyw miałby ktoś, kto chciałby uśmiercić mało obiektywnie znaczącego posła celebrytę (nie jest to określenie deprecjonujące zmarłego, ale opisujące jego status). Pan Litewka nie był nawet członkiem żadnej z „wrażliwych” komisji czy podkomisji (takich jak np. Komisja Spraw Wewnętrznych czy Komisja ds. Służb Specjalnych). Nie miał dostępu do informacji niejawnych ani stażu parlamentarnego. Był przez większość kariery politykiem lokalnym. Owszem, wspominał o głośnej sprawie z Kłodzka. Ale jest to sprawa już bardzo dobrze prześwietlona przez media, zajmowało się nią wielu dziennikarzy, a pan Litewka był jednak posłem partii koalicyjnej, co dawało wiele możliwości skłonienia go do milczenia. Twierdzenie, jakoby akurat w jego przypadku z powodu afery kłodzkiej ktoś – jak rozumiem, jakieś kręgi władzy – postanowiły pana posła po prostu zabić, brzmi naprawdę jak majaczenia. Te teorie upadają już na etapie motywu.
Równie absurdalnie brzmią w kontekście do przebiegu zdarzenia. Mieliśmy w Polsce całkiem sporą liczbę sytuacji, gdy osoby publiczne odchodziły w okolicznościach, które racjonalnie można było uznać za dość tajemnicze, choć w niektórych wypadkach ta atmosfera tajemniczości jest nadal podsycana chyba na wyrost (jak w przypadku samobójstwa Andrzeja Leppera, polityka w chwili popełnienia samobójstwa już marginalnego, przegranego i pozbawionego znaczenia). Zdarzało się, że ginęli posłowie. Do dzisiaj bardzo duże i racjonalnie uzasadnione wątpliwości budzi śmierć za kierownicą posła Kukiz ’15 Rafała Wójcikowskiego w roku 2017 na trasie S8. Gdy czyta się artykuły poświęcone tamtemu zdarzeniu, zaskakuje liczba nielogiczności, niespójności, dziwnych faktów, przytaczanych przez świadków. To na przykład sprawa zeznań kierowcy ciężarówki, który mijał samochód posła już po wypadku i widział działające światła awaryjne, choć w momencie uderzenia w barierę miał wypaść akumulator. Albo kwestia uszkodzonego układu hamulcowego w volkswagenie Wójcikowskiego.
Nic takiego jednak nie pojawia się w przypadku posła Litewki. Sprawca jechał z przeciwka, uderzył w posła, uderzył w drzewo. Nie uciekał, nie ukrywał się. Doprawdy, trudno sobie wyobrazić, jakie to tajne służby mogłyby zaaranżować tak skrajnie nieudolną akcję, gdyby miał to być zamach.
Jeszcze bardziej niepokojące, a nawet skandaliczne rzeczy dzieją się w sferze publicznej. Pani Dorota Rabczewska wyznaczyła nagrodę za wskazanie personaliów sprawcy – przypominam, w świetle prawa osoby nadal niewinnej – co w powiązaniu z nastrojami może skończyć się nieszczęściem. W podobnym tonie wskazania sprawcy z imienia i nazwiska domagają się niektórzy politycy, jak pan Dariusz Matecki z PiS. Wszystko to coraz bardziej zakrawa na szaleństwo.
Wypadki się zdarzają. Bywa, że ich ofiarami padają osoby znane, osoby publiczne. Z samego faktu, że ofiara wypadku jest taką osobą nie wynika jednak, że musi być w tym jakieś drugie dno. Podobnie nie ma nic niezwykłego ani tajemniczego w tym, że sprawca nie przedstawił spójnych zeznań. Może mieć problem z uporządkowaniem w głowie zdarzeń albo chce w ten sposób zminimalizować swoją odpowiedzialność. Być może zajmował się w tym momencie telefonem, utracił koncentrację, wjechał na pobocze i nadmiernie skontrował, uderzając pana posła. W takim hipotetycznym scenariuszu ani też w niespójnych zeznaniach sprawcy nie ma nic nadzwyczajnego czy tajemniczego. A trzeba tu także przypomnieć, że składanie sprzecznych z sobą zeznań to nie mataczenie. Mataczenie w sensie potocznym i w sensie prawnym to różne kwestie.
Nie rozumiem tego nagłego natłoku dziwacznych hipotez i spekulacji w przypadku tej akurat tragicznej śmierci. Kompletnie nic ich nie uzasadnia. Dobrze byłoby wrócić na poziom racjonalności i zdrowego rozsądku.
Łukasz Warzecha