9 czerwca 2021

Michał Wałach: jesteś za duży, więc szkodzisz planecie?! Dwumetrowiec odpowiada na tekst „Wyborczej”

(Pixabay:Free-Photos+ElisaRiva)

Są takie teksty, których lektura wbija nas w fotel nie tyle głębokimi przemyśleniami, co… No właśnie, ciężko powiedzieć i ubrać to w słowa. Bo o ile przywykliśmy, że lewica sugeruje społeczeństwom rezygnacje z wielu dóbr w interesie klimatu, o tyle niczym próba słownego opisu surrealistycznego obrazu brzmi opinia, że dla tegoż klimatu, ale i samych siebie powinniśmy, być… mniejsi. Tak! Niżsi, niczym gatunki naczelnych żyjących na Ziemi w przeszłości. A gdy do tego dodamy fakt, że autor poczuł się w obowiązku uspokoić czytelników zapewnieniem, iż oto „nie twierdzi, że trzeba wdrażać jakieś programy eksterminacyjne” dla osiągnięcia koniecznego – jego zdaniem – spadku liczby mieszkańców globu (uff!), otrzymujemy artykuł tak wbijający w fotel, że pozostaje nam już jedynie wizyta u stolarza celem naprawy mebla. Niestety ani „Gazeta Wyborcza” ów artykuł publikująca ani jego autor, historyk-mediewista prof. Przemysław Urbańczyk, nie deklarują, że pokryją koszty reparacji.

Na wstępie omawiania tekstu pt. „Za dużo jemy, za dużo zużywamy metali, ropy, wody. Zajmujemy zbyt wiele miejsca. A gdybyśmy się zmniejszyli?” autorstwa prof. Urbańczyka powiedzmy uczciwie – surowo ale i sprawiedliwie – że autor zawodzi nadzieje wszystkich spodziewających się łatwych i szybkich sposobów na zmniejszenie ludzi. Na „Kingsajz” przyjdzie poczekać. Oczywiście wszyscy wiemy, że często lewica nie zwraca uwagi na takie błahostki jak niemożność wykonania jakiegoś pomysłu, jednak tym razem pozostajemy wyłącznie na poziomie rozważań głównie teoretycznych, które jednak autor traktuje bardzo na poważnie. Zachęca bowiem, by myśleć o różnych sposobach zapobieżenia „samounicestwienia cywilizacyjnego, a może i gatunkowego” ludzkości z powodów klimatycznych. Co ważne, mamy mieć otwarte umysły i nie odrzucać „z góry nawet pomysłów, które mogą się wydać rojeniami nieszkodliwego wariata. Proponuję zacząć od radykalnej zmiany myślenia o nas samych. Radykalnej do granic, bo w kategoriach biologicznych” – zachęca Urbańczyk.

„Kluczowy może być nasz rozmiar gatunkowy, który systematycznie zwiększał się w trakcie ewolucji” – pisze autor analizując następnie zmianę średniego wzrostu człowieka oraz hominidów. Wskazuje przy tym na zalety wysokiego wzrostu, ale także zagrożenia z takich cech wynikające (nie tyle dla jednostek, co populacji). Pokazuje również wymarłe już gatunki i sugeruje, że wysoki wzrost może stanowić przyczynę upadku, zaś niski – sukcesu. Niestety autor nie wyjaśnia nam dlaczego coraz większy Homo sapiens sapiens cały czas, pomimo rosnącego ostatnio średniego wzrostu, odnosi sukcesy. Nie odnosi się także do faktu, że to właśnie wyższy wzrost populacji świadczy o jej dobrej kondycji zdrowotnej wynikającej z materialnego bogacenia się.

W tej tyleż przeciekawej, co i bajecznej opowieści o wielu milionach lat życia na ziemi, streszczonej do kilku akapitów tekstu, człowiek rozumny jawi się jako agresor, który nie dość, że dopuścił się ekspansji na wszystkie kontynenty, to jeszcze wymordował inne gatunki. „We wszystkich zakątkach Ziemi [człowiek-red.] zlikwidował konkurencję starszych krewniaków i rozpoczął bezwzględną eksploatację zasobów planety ograniczaną tylko barierą aktualnej technologii” – przekonuje autor tekstu na łamach portalu „Gazety Wyborczej” ignorując chociażby fakt, iż w nauce istnieje teoria zakładająca, że neandertalczyk nie wyginął czy też nie został wymordowany (któż miałby zorganizować masowe zbrodnie w czasach prehistorycznych?), ale włączył się w populację człowieka rozumnego poprzez krzyżowanie się. Zamiast odpowiedzi na takie pytanie prof. Urbańczyk tłumaczy czytelnikom sprawy najważniejsze z ideologicznego punktu widzenia: kto jest winny takiego podejścia, a dokładniej, kto w czasach istnienia cywilizacji dał ideologiczne podwaliny pod ów podbój świata. To, a jakże, chrześcijaństwo (wraz z judaizmem). „Wywodzimy się z tradycji, która uzasadnienia dla rabunkowej gospodarki chętnie upatrywała w biblijnym upoważnieniu Czyńcie sobie Ziemię poddaną. Lecz towarzysząca nam dotąd silna wiara w ciągły postęp bankrutuje na naszych oczach. Jako gatunek stajemy się ofiarami własnego sukcesu” – czytamy.

Ktoś jednak zapyta: ale po co w ogóle rozważać sprawy wzrostu? Co za różnica, czy średnio Polak ma dziś 160, 170 czy 180 cm wzrostu, a sto lat temu miał tych centymetrów – powiedzmy – 150? Osobom zadającym takie pytanie odpowiem, że są to pytania bardzo rozsądne, a rozważania na taki temat – absurdalne. Ich sens odsłania nam jednak pewna myśl autora: „Koncepcję małe jest piękne powinniśmy odnieść do nas samych, bo mniejsi ludzie potrzebują mniej jedzenia, mniejszych ubrań, mniejszych mieszkań, mniejszych mebli i mniejszych samochodów – wszystkiego mniej! Radykalne zmniejszenie wydatku energii na jednego człowieka pozwoliłoby upchnąć na Ziemi o wiele większą populację bez obawy przed jej zadeptaniem. Mniejsze byłyby bowiem jednostkowe koszty wyżywienia, ubrania i obucia, mieszkania, transportu, pracy, leczenia i pogrzebania zwłok” – czytamy. I dalej: „Zatem wysoki wzrost nie jest warunkiem niezbędnym do trwania Homo sapiens. Możemy i powinniśmy być dużo niżsi, bo stalibyśmy się dużo tańsi, i perspektywicznie może się to okazać jednym z warunków przetrwania naszego niezwykłego gatunku”. Słowem: im będziemy mniejsi, tym mniej wytworzymy, a więc w mniejszym stopniu obciążymy planetę.

Co bowiem istotne, zdaniem autora idee zrównoważonego rozwoju nie wystarczą do uratowania Ziemi i ludzkości. Ba! Nazywa je nawet oszukiwaniem samych siebie, ułudą. „Próbujemy się oszukiwać, upatrując rozwiązania problemu w lansowanej od lat ideologii tzw. zrównoważonego rozwoju, która mami nas złudną obietnicą utrzymania postępu gospodarczego i dalszego polepszania warunków życia coraz większych mas ludzi bez szkodzenia środowisku” – pisze Przemysław Urbańczyk. Tymczasem zrównoważony rozwój to za mało. „Ułuda zrównoważonego rozwoju powinna ustąpić krytycznej strategii rozsądnego regresu, która zażarte konkurowanie o coraz więcej zmieni nie tylko w skromną postawę coraz rozsądniej, ale wręcz w myślenie w radykalnych kategoriach coraz mniej” – czytamy. Słowem: trzeba się… cofnąć w rozwoju!

To bowiem, zdaniem autora, sposób na ratowanie planety i (choć nie pisze o tym wprost) osiągnięcie pożądanego wzrostowego minimalizmu. Obie sprawy są zresztą ze sobą związane. Urbańczyk nie udziela bowiem odpowiedzi na pytanie o metody zmniejszenia średniego wzrostu populacji, jednak możemy się ich domyślać korzystając z wiedzy pozatekstowej. Skoro bowiem – co powszechnie wiadomo – rosnący średni wzrost populacji to efekt upowszechniającego się w ostatnich dekadach dobrobytu (wskazuje się m.in. na rosnące spożycie produktów odzwierzęcych, np. mleka), to chcąc zmniejszyć ludzkość należy… Jeśli nie doprowadzić ją do ubóstwa, to przynajmniej wyeliminować to, co powoduje, że stajemy się więksi. Autor półśrodków jednak nie proponuje i wskazuje nam jako przykład cywilizacyjny regres wczesnośredniowiecznej słowiańszczyzny.

„Wcześni Słowianie przyjęli całkowicie inną strategię, wracając do najprostszych form ładu społeczno-gospodarczego: nie tworzyli większych organizacji terytorialnych ani ośrodków centralnych; nie utrzymywali elit przywódczych; nie polegali na sile militarnej; nie nastawiali się na produkowanie nadwyżek; nie uczestniczyli w handlu dalekosiężnym. Żyli w rozproszonych niedużych społecznościach wiejskich polegających na autarkicznej gospodarce rolnej i przestrzegających egalitarnej równości. Produkowali tylko to, co było im absolutnie niezbędne do przeżycia. Ich prosta kultura materialna była bardzo słabo zróżnicowana na wielkich obszarach. Nie tworzyli armii szachujących sąsiadów. Nastawieni byli bowiem nie na ryzykowną ekspansję, lecz na bezpieczne przeżycie. (…) Pozornie skazani na porażkę Słowianie, trwający przy skrajnie uproszczonym systemie społeczno-gospodarczym, bez większego uszczerbku przetrwali wszystkie zagrożenia ze strony znacznie silniejszych sąsiadów (Awarów, Franków i Madziarów) i w IX-X w. zaczęli budować własne scentralizowane państwa, które dobrowolnie przyłączyły się do cywilizacji zachodniochrześcijańskiej” – pisze historyk-mediewista. Niestety po opowiadaniu o tym, jak było, na czym się jako naukowiec zna, przechodzi do dalszych propozycji na przyszłość i nawet wpisuje je w punktach. Łatwiej będzie zapamiętać!

Cytuję prof. Urbańczyka:

„* Mniej przedmiotów. Radykalnie opodatkujmy każdy nadmiar – więcej niż jedno mieszkanie na rodzinę, więcej niż jeden samochód, więcej niż jeden telewizor.

* Mniej spożycia. Ekskluzywne produkty (łącznie z wyszukanym jedzeniem) powinny mieć wybitnie ekskluzywne ceny.

* Mniej śmieci. Producentów niedegradowalnych nadmiarowych opakowań, które nie są bezwzględnie niezbędne, należy obciążyć znaczącymi podatkami, a co najmniej kosztami skutecznego (!) recyklingu.

* Mniej niezasłużonego uprzywilejowania. Dziedziczony majątek powinien zostać boleśnie opodatkowany, aby powstrzymać postępującą koncentrację kapitału, która predestynuje los niektórych ludzi już w momencie urodzenia bez względu na ich zdolności.

* Mniej utwardzonych nawierzchni. Trzeba nie tylko zatrzymać asfaltowanie i betonowanie coraz większych powierzchni Ziemi, ale zacząć ją uwalniać od tej skorupy, zastępując ją choćby lasami”.

Nikomu, a szczególnie profesorowi historii, nie trzeba chyba tłumaczyć, że spora część postulatów Przemysława Urbańczyka brzmi niczym program wyborczy partii komunistycznej. Z kolei jak tezy najbardziej radykalnych aktywistów ekologicznych brzmią jego słowa o człowieku jako raku ziemi (skąd my to znamy!). „Gdyby jakaś kosmiczna cywilizacja, która od bardzo dawna obserwuje Ziemię, dokonała historycznej analizy danych, to dostrzegłaby, że około 4 mln lat temu we wschodniej Afryce rozpoczął się proces, który zapoczątkował chorobę toczącą powierzchnię tej dziwnej planety. Jak rak skóry to pierwsze ognisko stopniowo dawało przerzuty na kolejnych kontynentach” – czytamy.

„Biosferę, której jesteśmy częścią, uratuje tylko szybkie zatrzymanie wzrostu liczby jej ludzkich mieszkańców, a jeszcze lepiej jej zmniejszenie. Nasza samoredukcja populacyjna może być jedynym lekarstwem na kłopoty pozostałych mieszkańców Ziemi” – pisze dalej Przemysław Urbańczyk zapominając o swoich wcześniejszych pomysłach, by poprzez zmniejszenie człowieka zapewnić możliwość życia na planecie większej liczbie ludzi i zarazem powielając neomaltuzjańskie frazesy, którym przeczy nauka i obserwacja świata. Problemem nie są bowiem ludzie. Ich większa liczba to większa szansa na narodzenie się geniusza, ale też więcej rąk do pracy. Ewentualne problemy ekonomiczne to efekt błędów w organizacji społeczeństw, jednak mimo tego – oraz mimo nieustannego wzrostu liczby ludzi na świecie – w ostatnich dekadach liczba ludzi głodujących istotnie spadła. Danych pokazujących, że wbrew neomaltuzjańskiemu wieszczeniu globalnej katastrofy z powodu przeludnienia, na świecie nie jest coraz gorzej, ale w wielu kluczowych dziedzinach sytuacja się poprawia, odnaleźć można wiele.

Profesor związany z UKSW i PAN jednak swoje. „Zbyt skutecznie realizujemy biblijną instrukcję Bądźcie płodni i rozmnażajcie się. Już jest nas za dużo, a ma być nas jeszcze więcej. Więcej też będziemy konsumować, marnotrawić i wyrzucać, bo trudno się łudzić, że nasze zachodnie samoograniczenie – zakładając, że w większej liczbie będziemy do niego zdolni – choćby zrównoważy apetyty setek milionów mieszkańców krajów rozwijających się, którzy przynajmniej przez chwilę chcieliby zakosztować wygód będących naszym udziałem przez dekady. Ziemia próbuje się bronić, atakując nas zabójczym koronawirusem, ale nasza technologia zwycięża i tę naturalną próbę zredukowania największego zagrożenia ekologicznego” – czytamy w tekście, w którym autor nie tylko zachęca do nierealizowania biblijnego wezwania, ale także wyraża zadowolenie z kryzysu demograficznego w świecie zachodnim.

Dalej Urbańczyk przekonuje, że jego zdaniem nie trzeba wprowadzać programów eksterminacyjnych (jako człowiek mierzący dwa metry wzrostu uprzejmie dziękuję, profesorze! – pańskie wysokie dzieci i wnuki, o których Pan pisze, pewnie też się cieszą), ale posiadanie większej liczby dzieci winno oznaczać chociażby utratę świadczenia 500+ na potomków nadliczbowych. Z kolei w krajach biednych, gdzie nie występuje problem demograficznej zapaści, profesor proponuje podniesienie stopy życiowej (to chyba jednak nie jest taki proste) w celu… spadku liczby dzieci.

„Może więc kontrolowana depopulacja nam nie zaszkodzi, lecz poprawi rokowania na przewidywalną przyszłość?” – pyta na łamach „GW” prof. Urbańczyk zwracając uwagę, że po hekatombie „czarnej śmierci” Europa odrodziła się, co zaowocowało renesansem. I choć w tej ostatniej sprawie występuje koincydencja czasowa, to powody kulturowego rozkwitu Starego Kontynentu w tamtym czasie są bardziej złożone (skoro wie o tym absolwent historii, to wie z pewnością i jej profesor!).

Jeśli natomiast chcielibyśmy zebrać propozycje prof. Urbańczyka z tekstu w „Gazecie Wyborczej” i wymienić je po przecinku, to należałoby wskazać przede wszystkim na cofnięcie ludzkości w rozwoju i zmniejszenie jej liczby na świecie. Poprzez rezygnację z życia na wysokim poziomie człowiek, jako gatunek, mógłby się zmniejszyć, co dodatkowo zmniejszy zapotrzebowanie na energię i surowce. W ten sposób mielibyśmy uratować Ziemię oraz samych siebie przed kataklizmem. Czy jednak Przemysław Urbańczyk da nam wszystkim „dobry przykład” i jako pierwszy sam zrezygnuje z wysokoenergetycznej żywności, wygodnych ubrań dostępnych na wyciągnięcie ręki, klimatyzowanych pomieszczeń, komfortowych samochodów czy nowoczesnych leków? Wszak realizacja jego postulatów (i propozycji wielu radykalnych aktywistów ekologicznych) w praktyce oznacza właśnie odrzucenie wszystkiego, co w pocie czoła i często za cenę wyrzeczeń opracowywali nasi przodkowie, by nam, ich potomkom, dzisiaj żyło się lepiej.

Michał Wałach

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(21)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie
Więcej komentarzy