Potrzebujemy szeregu zewnętrznych gestów i symboli, aby przekazać nam to, co nas przekracza i jest niewidzialne. Do tego nie jest potrzebna szczególna edukacja liturgiczna, to prosta katolicka antropologia – mówi ks. Ľubomír Urbančok w rozmowie z Christianitas.sk.
Mamy do czynienia z sytuacją bezprecedensową w Kościele i przestrzeni świeckiej. Nadal obowiązuje zakaz publicznego odprawiania Mszy św. i życie społeczne jest ściśle regulowane. Jaki Księdza zdaniem wpływ wywrze ten rok na wiarę słowackich katolików?
Wesprzyj nas już teraz!
To bardzo trudne pytanie, spróbujmy jednak znaleźć na nie odpowiedź dzięki doktrynie i w świetle wiary katolickiej. Przez chrzest staliśmy się dziećmi Bożymi, rozpoczynając w ten sposób życie nadprzyrodzone i otrzymaliśmy łaskę Bożą. Posługując się rozumem, musimy dalej rozwijać w sobie ten dar Boży. Rozwijamy go przede wszystkim przez przyjmowanie sakramentów, a następnie przez osobistą modlitwę. Bez podtrzymania łaski w nas to nadprzyrodzone życie się kończy. Ponadto jako księża obserwujemy jak wielu ludzi na Słowacji chodzi do kościoła z przyzwyczajenia. Oznacza to, że płomień wiary jest w nich bardzo słaby. Nawet jeśli w jakikolwiek sposób utrzymujemy stan łaski uświęcającej, to doskonale wiemy – tak jak uczy nas Doktor Anielski – niemożliwe jest pozostanie w stanie łaski uświęcającej bez pomocy łaski Bożej. A teraz, kiedy nasi wierzący nie mają dostępu do sakramentów, czego możemy się spodziewać, skoro wcześniej w bardzo ograniczony sposób korzystali z sakramentu pokuty?
Sam przezwyciężyłem infekcję COVID-19 w zeszłym miesiącu i wiem, że chociaż codziennie odprawiam Mszę św. i regularnie przystępuję do sakramentów, jakie to jest trudne. W tamtych dniach myślałem o wielu wierzących, od których otrzymuję wiele próśb. Słyszałem, że nasi wierzący będą bardziej przez to głodni sakramentów i duchowego wsparcia. Dawno nie słyszałem większej bzdury. To tak, jakby powiedzieć o głodującym, umierającym na ulicy człowieku: „Nie martw się, poczekaj, wytrzymaj, potem będzie Ci smakować lepiej”. Podobne poglądy odzwierciedlają stan wiedzy o wierze katolickiej, który jest niestety bardzo zły. Już w latach sześćdziesiątych XX wieku błogosławiony ojciec Eugen od Dzieciątka Jezus, francuski karmelita bosy, w swoim monumentalnym dziele stwierdził, że największym wrogiem życia duchowego jest nieznajomość doktryny. Co miałby nam dziś do powiedzenia?
Wierni znają Księdza jako celebrującego zgodnie z Mszałem z roku 1962. Czy może Ksiądz powiedzieć, dlaczego celebruje „starą” liturgię?
Po raz pierwszy spotkałem się z tradycyjną Mszą Świętą jako student fizyki w Pradze, wkrótce po ogłoszeniu motu proprio Summorum Pontificum Benedykta XVI. Muszę powiedzieć, że moje pierwsze doświadczenie za bardzo do mnie nie przemówiło. Następnie ponownie spotkałem się ze „starą” liturgią w Rzymie, już jako teolog, dzięki znajomości z kard. Burke. Stopniowo spotykałem innych kapłanów, którzy celebrowali według „starego” Mszału i chociaż znałem wielu dobrych kapłanów, którzy jej nie sprawowali, to znalazłem więcej przykładu w kapłanach, którzy jednak z niej czerpali. To była taka stopniowa miłość.
Dla mnie jednym z największych duchowych wzorców do naśladowania był Charles Journet, który pod koniec życia otrzymał nawet nominację kardynalską z rąk papieża Pawła VI. Już jako kardynał z wielką niechęcią przyjął reformę liturgiczną, zwłaszcza ze względu na jej, delikatnie mówiąc, bardzo problematyczne przekłady na języki ludowe, a także wielkie zubożenie symboliki, obecnej co najmniej od VI wieku od czasów papieża Grzegorza Wielkiego. Wówczas stary kardynał zobaczył, że choć w swoim stosunkowo długim życiu służył tylko tzw. liturgii trydenckiej, to nie mógł wyczerpać jej ogromnej głębi ze względu na jej piękno i bogactwo. Muszę powiedzieć, że w tych słowach utwierdzam się na co dzień, Msza Święta jest największą łaską mojego życia kapłańskiego. Nie potrafię sobie wyobrazić celebracji posoborowej liturgii bez znajomości starej, a jest to w rzeczywistości wysiłek wyrażony przez kardynała Josepha Ratzingera w „reformie reformy”. Kardynał Sarah zachęca obecnie do tego w swoich licznych tekstach.
Jakie są Księdza zdaniem główne zalety tej liturgii, która pomimo swojej starożytności, paradoksalnie jest obecnie w stanie spodobać się zwłaszcza młodym wiernym?
Niektórzy ideologiczni i zagorzali wrogowie tej liturgii obwiniają wierzących, którzy uczestniczą w tej formie Mszy Świętej, którą lubię nazywać – Mszą św. odprawianą przez Ojca Pio i całe pokolenia wielkich świętych, których nadal czcimy – że stanowią swego rodzaju elitę. Jakby ci, którzy w niej uczestniczą, mówili: „Jesteśmy lepsi”. Jest to pogląd całkowicie błędny, a ponadto bardzo szkodliwy. Ta forma jest tylko dla słabych – ponieważ jesteśmy słabi i grzeszni, tym bardziej potrzebujemy wszystkich gestów i form, aby zbliżyć się do tego, co święte i boskie. Potrzebujemy szeregu zewnętrznych gestów i symboli, aby przekazać nam to, co nas przekracza i jest niewidzialne. Do tego nie jest potrzebna szczególna edukacja liturgiczna, to prosta katolicka antropologia.
Z drugiej strony, w pięknie paramentów liturgicznych pokazujemy również nasz wysiłek, aby dać Bogu to, co mamy najlepszego. Jednak fakt ten można znaleźć na każdej stronie Pisma Świętego. Spotykam wielu ludzi, którzy po raz pierwszy przychodzą na tradycyjną Mszę Świętą i zachwycają się jej pięknem, a ponieważ jeszcze jej nie znali, czują się ubożsi. Trzeba przyznać, że po reformie liturgicznej Kościół rozpowszechnił niesmak i purytanizm, który nie miał nic wspólnego z wiarą katolicką. Kardynał Caffarra, którego miałem okazję poznać osobiście, wielki przyjaciel Jana Pawła II, powiedział w wywiadzie na krótko przed jego śmiercią, że współczesne kościoły będą trwać kilka lat i ostatecznie staną się tym, czym są naprawdę – będą magazynami lub będą służyć jako baseny. Liturgia musi promieniować pięknem i nadprzyrodzonością. Nie jest jednym z wielu przestrzeni, w których można spotkać Boga, jest bezpośrednio, jak ją nazywa II. Sobór Watykański, Opus Dei. Jest to „par excellence” przestrzeń spotkania z Bogiem i jako taką musimy jej naprawdę doświadczyć. W taki właśnie sposób powinniśmy się zachowywać w przestrzeni liturgicznej.
Msza Święta jest dokładnie z góry ustalona, dlatego każdy jej szczegół jest określony. To wcale nie jest rodzaj rubryki, przepisu, do którego może się odwoływać ktoś, kto celebruje liturgię w sposób pozbawiony ducha. Duży problem polega na tym, że w odnowionej liturgii nie ma precyzyjnych reguł dla wielu rzeczy. Ten problem mógłby nie istnieć, gdyby kapłani obchodzili go znając tradycję. Taka była intencja Benedykta XVI we wspomnianej już „reformie reformy”. Jednak rzeczywistość jest obecnie wyrażona w jednym żarcie wspomnianym w książce Otto Hermana Pescha o II Soborze Watykańskim: do ilu kościołów wejdziemy, w każdym liturgia będzie inna. Ile razy spotykamy się na Mszy Świętej z trzema długimi kazaniami? Dziś niestety wiele osób wybiera Msze święte według kaznodziei, jakby w centralnym punktem liturgii było kazanie, a nie ofiara Chrystusa, która uobecnia się na ołtarzu. Musimy ponownie powrócić do sedna Eucharystii, której istotą jest odkupieńcze dzieło Chrystusa. Wspomniany Charles Journet w duchowym tekście o Mszy Świętej mówi: „Zamknij oczy, a przed twarzą jest dokładnie to, co było przed obliczem Najświętszej Maryi Panny”.
Wierzący, którzy starają się praktykować swoją wiarę w tej właśnie liturgicznej formie, są często przedmiotem nieporozumień i uprzedzeń ze strony niektórych duchownych. Jak Ksiądz myśli, co jest przyczyną tych obaw i do jakiego stopnia są one uzasadnione?
Myślę, że istnieją dwie podstawowe grupy krytyków. Pierwsza grupa to ci, którzy tej liturgii nie znają. Druga grupa to ci, którzy nawet nie chcą tego wiedzieć, bo jest to sprzeczne z ideologią, której są zwolennikami. Niestety wielu chciałoby, aby Kościół w naszym kraju był podobny do tego w Niemczech, gdzie w kilku miejscach został zredukowany do formy stowarzyszenia filantropijnego. Podczas, gdy komunizm był w przeszłości potępiany, wielu obecnie brata się z jego młodszą formą w postaci bardziej wyrafinowanego neomarksizmu. Stopniowo osłabia treść wiary w hasło „kochajmy się nawzajem” lub „wszyscy jesteśmy braćmi”, co z kolei prowadzi do fałszywych form ekumenizmu, których celem nie jest już poszukiwanie prawdy.
Wydaje się, że w centrum naszej wiary nie jest już Chrystus, który przynosi zbawienie i wieczne odkupienie. Obawy przed tą formą celebracji są absolutnie bezpodstawne, a nawet stoją w sprzeczności z poleceniem Benedykta XVI, który w „Summorum Pontificum” pisał, że liturgii tej należy okazywać obowiązkowo szacunek. To, jest obowiązkowe, nie jest dobrowolne. Ci, którzy atakują tę formę liturgii, robią coś podobnego jakby w rodzinie dzieci lub wnuki publicznie atakowały swoich dziadków. Nawet gdyby ich krytyka była uzasadniona, nie zdają sobie sprawy, że dziś bez nich nie byliby na świecie.
Kardynał Sarah powiedział mi, że czas rozwiąże ten problem, ponieważ na Zachodzie powołania kapłańskie mają tylko te wspólnoty, w których czci się tradycję kościelną, a ludzie są zobowiązani do jej poszanowania, a nie do gardzenia nią. Niestety stopniowo zauważamy to również w naszym kraju, na Słowacji. Wreszcie wspólnoty, w których kultywowana jest tradycyjna liturgia, są wielokrotnie liczne i nierzadko zdarza się, że kilkoro rodzeństwa jest kapłanami lub zakonnicami.
Życie Kościoła zmieniło się radykalnie w ostatnich dziesięcioleciach, a początek tego procesu datuje się na lata 60. XX wieku. Rezultatem jest często pewne oddanie Tradycji wśród wiernych świeckich, ale także i kapłanów. Jak Ksiądz uważa, jaka jest przyczyna tego zjawiska?
To, co nazywasz radykalną zmianą, nie ma korzeni w latach sześćdziesiątych, jak wspomniałeś. Napięcie trwało w Kościele od dawna, zwłaszcza od czasów rewolucji przemysłowej, do której oczywiście dochodzi późniejsza rewolucja roku 1968 przeciwko tradycyjnemu społeczeństwu. Jest to odpowiedź Kościoła na reformację, a później na ruch jansenistyczny, który stopniowo stał się bardzo rozpowszechniony w Europie. To ostatnie dotyczy również naszego regionu, gdyż Maria Teresa wezwała z Leuven niektóre z czołowych postaci ruchu jansenistycznego, który następnie utrzymywał się dzięki aktywnym zwolennikom aż do ostatniego stulecia, a więc jego konsekwencje do dziś obserwujemy.
W grę wchodzi współczesna filozofia, w tym przypadku szczególnie twórczość Immanuela Kanta. W niej, w konsekwencji filozofii nominalistycznej, moralność chrześcijańska jest stopniowo redukowana do pewnych nakazów i zakazów, co doprowadzi do konsekwencji ruchu jansenistycznego w naszym regionie. W takim razie konieczne jest uwzględnienie w tych rozważaniach także Soboru Watykańskiego I, który przerwała wojna i którego zakończenie miało być w istocie doktryną II Soboru Watykańskiego o episkopacie. I Sobór Watykański, jak również zagrożony Pius IX, był zmuszony przez okoliczności do potwierdzenia i wyrażenia nauki na temat roli papieża w Kościele. To, że doktryna episkopatu przyszła później, w mojej opinii stało się czynnikiem sprzyjającym narodzinom tzw. ultramontanizmu, który jest obecny w niektórych krajach, zwłaszcza w byłym bloku komunistycznym – w tym i u nas. Wskutek tego stopniowo dla niektórych papież stał się nieomylny we wszystkim, a to – rzecz jasna – jest nieprawdą, tego Kościół nigdy nie nauczał.
W przypadku ostatniego soboru zaobserwować można w pewnym zakresie „obiektywną krytykę” bardziej „otwartych biskupów” względem świata, liturgii czy funkcjonowania Kościoła. Nie można zaprzeczyć, że Kościół miał swoje problemy, którymi należało się zająć, tak jak miało to miejsce w całej historii. Drugie pytanie dotyczy formy tej odpowiedzi, która szybko okazała się niewystarczająca. Wystarczy spojrzeć na wypowiedzi papieża Pawła VI lub młodego Josepha Ratzingera. W rzeczywistości to Pius XII odpowiedział na problemy liturgii swoją piękną encykliką „Mediator Dei”, w której zwraca uwagę na niebezpieczeństwo zredukowania liturgii tylko do formy odprawiania, bez pielęgnowania Ducha.
Drugi problem to wspomniany już aspekt moralności. Wiara była postrzegana tylko jako nakazy i zakazy. Proszę zauważyć, że współczesna teologia nigdy nie rozwiązała tego problemu, ponieważ Karl Rahner również oparł swoje myślenie na myśli kantowskiej, a bez zrozumienia Kanta nie można zrozumieć Rahnera – jeśli jest to w ogóle możliwe (śmiech).
Odnowa teologii moralnej przejawiła się w całym swym pięknie tylko w tradycji dominikańskiej, zwłaszcza dzięki pracy ojca dominikanina Servaisa Pinckaersa, który wykonał wiele pracy w duchu tradycji kościelnej. Nic dziwnego, że był bliskim współpracownikiem Jana Pawła II pisząc encyklikę „Veritatis Splendor”, która jest dziś solą w oku współczesnych rewolucjonistów w Kościele. W tym duchu należy zatem patrzeć na ataki działacza gejowskiego i jezuity księdza Jamesa Martina, który nawet zaproponował usunięcie Jana Pawła II z listy świętych. Czy to normalne, że książki tego otwartego heretyka są nadal dostępne na Słowacji? Jednak tym rewolucjonistom nie chodzi o osobę Jana Pawła II, ale moim zdaniem starają się podważyć jego doktrynę, która jest ostatnią przeszkodą na drodze do liberalnej wizji Kościoła. Po raz kolejny dostrzegamy konieczność powrotu do korzeni naszej Tradycji – nauczania św. Tomasza z Akwinu, którego II Sobór Watykański stawia jako tego, który powinien być wiodącym światłem w nauczaniu dla przyszłych kapłanów. Czy tak jest naprawdę? Ilu zna dziś św. Tomasza? W przeszłości jego Summa była jednym z obowiązkowych elementów wyposażenia biblioteki każdego księdza.
Sprawując tradycyjną liturgię spotyka się Ksiądz z wiernymi, którzy są jej oddani odprawianiu, służą jej – czasem służą do niej ich dzieci. Jak ocenia Ksiądz wpływ tej liturgii na wspólnotę rodzinną?
Problemy są wszędzie takie same, ale jak wspomniałem powyżej, tradycyjna liturgia w większym stopniu uwzględnia słabość jednostki, ponieważ opiera się na wielowiekowych doświadczeniach całego Kościoła. Z drugiej strony w tej formie liturgii panuje paradoksalnie duża wolność. Każdy z nas jest inny, znajduje się na innym etapie życia duchowego, dlatego posiada inne potrzeby. Dlatego to cudowne, że w śpiew może zaangażować się ktoś, kto chce, ktoś kto chce przeżyć liturgię w ciszy, przeżywa ją właśnie w ciszy. Kto chce medytować nad tekstem, ponownie go kontempluje.
Współczesna kultura jest mocno naznaczona dominującym gnostycyzmem, który chce dla wszystkich tak samo. Kiedy ta realna herezja przenosi się do naszego życia duchowego, chcemy, aby wszyscy byli tacy sami. Jednak to nie jest katolickie. Myślimy, że ludzie są jak „kiełbaski” – mielimy mięso i mamy te same kawałki (śmiech) wyskakujące z maszynki. Jednak Bóg faktycznie stworzył każdą osobę wyjątkową. Każdy z nas jest oryginalny, nie jesteśmy kopią drugiego i musimy to uwzględnić w naszym doświadczeniu liturgicznym.
Jeśli chodzi o wiernych, często są to rodziny wielodzietne. Często zdarza się, że mają 4-5 dzieci. W ciągu nieco ponad roku liczba wiernych, po początkowej liczby ciekawskich, wzrosła z około 20-30 do około 70 stałych uczestników, z tym, że ze względu na ograniczoną możliwość uczestnictwa – Msza Święta sprawowana jest w niedzielny wieczór – ci uczestnicy się zmieniają. Wrogowie tej Mszy Świętej często kpiąco mówią, że jest ona dla babć, ale średni wiek uczestników szacuję na około 25 lat, a emeryci to bardzo wyjątkowa grupa.
Kiedy odprawiałem Mszę Świętą w katedrze, zdarzało mi się czasem, że gdy trwało to kilka minut dłużej, wierni narzekali, że za długo. Nie obserwuję tego podczas tradycyjnej Mszy Świętej. Cóż, a chęć podążania za doktryną Kościoła i radą kapłana nawet w spowiedzi świętej sprawia, że wierzący na tradycyjnej Mszy Świętej mają wielkie perspektywy rozwoju. Powtarzam jednak, że są to tacy sami ludzie jak inni, z tą różnicą, że mają szczerą świadomość, dlaczego idą na Mszę św., bo skoro jej sprawowanie nie jest do końca rozpowszechnione, muszą ją wybierać świadomie. Ważne jest, aby liturgia prowadziła ludzi do osobistego nawrócenia i pogłębienia osobistej więzi z Bogiem. Mamy całe biblioteki wartościowych książek o życiu duchowym, trzeba jednak wrócić do istoty liturgii : prawdziwego kultu Boga.
W dzisiejszym Kościele niektórzy dążą do pewnego demokratyzmu, który zaciera różnicę między duchowieństwem a świeckimi. Jak Ksiądz ocenia ten trend?
Ponieważ jestem księdzem katolickim, moja odpowiedź jest oczywiście krytyczna. Jeśli spojrzymy na problem z perspektywy historycznej, w historii posoborowej nosicielem tej ideologii jest Kościół w Niemczech, który następnie rozprzestrzenił te złudzenia na Amerykę Łacińską poprzez misjonarzy, a także wsparcie finansowe dla misji zagranicznych, gdzie pomieszali ją z teologią wyzwolenia. Dlatego po wyborze Benedykta XVI niemiecki kardynał i kolega Joseph Ratzinger nazwał swojego papieża „katastrofą”. Ratzinger był ideologicznym przeciwnikiem kardynała Waltera Kaspera i to właśnie Kasper był najbardziej zaangażowany w szerzenie idei demokratyzacji Kościoła. W wizji Kaspera Kościół był interpretowany jako demokratyczny, co jest przeciwne doktrynie katolickiej. Wybór Ratzingera na papieża był więc ciężkim ciosem dla takich idei.
Widzimy w praktyce w Niemczech, jak taka wizja jest odcięta od doktryny Kościoła. Konferencja Episkopatu funkcjonuje tam jako forma parlamentu, w którym każdy ma prawo głosu. Jeśli coś jest głosowane, jest to prawdą niezależnie od tego, czy jest to sprzeczne z doktryną Kościoła. Z drugiej strony jest to absolutne zaprzeczenie, że Chrystus jest reprezentowany w swojej diecezji przez biskupa diecezjalnego. W konsekwencji, jeśli w Niemczech nadal przebywają biskupi katoliccy w prawdziwym tego słowa znaczeniu, jak np. Biskup Vodelholzer z Ratyzbony czy kardynał Woelki z Kolonii, zarzuca się im zerwanie kolegialności. Dlatego ani były, ani obecny przewodniczący niemieckich biskupów nie mieli żadnego problemu z zadeklarowaniem, że do końca roku ustanowią święcenia kobiet lub udzielą komunii niekatolikom, co jest całkowicie sprzeczne z nauczaniem Kościoła.
Kardynał Ratzinger dostrzegł to niebezpieczeństwo już w latach 80-tych, kiedy wielokrotnie krytykował konferencję biskupów w swoich wywiadach książkowych. Zgromił ich, że opinia jednostki zaginie w masie głosujących biskupów. Następnie ten, kto ma przeciwne zdanie, nie przebije się przez kolegialność. Z drugiej strony, „wychylanie się” nie jest przyjemne dla nikogo, wygodniej jest głosować na siebie nawzajem.
Jeśli chodzi o relacje między świeckimi a duchownymi, to wspomnę o doświadczeniach Francji. Kiedy byłem tam jako teolog, który chciał nauczyć się języka, w parafii na wybrzeżu Atlantyku, która służyła jako teren rekreacyjny, pojawił się ksiądz z innej diecezji, w tym czasie na wakacjach. Dziwne było to, że zawsze siedział pośród wierzących na ławce. Zapytałem proboszcza, co ma oznaczać, że kapłan nie koncelebruje ani nie służy do Mszy św., ale uczestniczy tylko z ludem. Jednak po rozmowie z nim dowiedzieliśmy się, że był psychicznie wypalony. Mianowicie, po powrocie z misji w Afryce do swojej diecezji na południu Francji kilkadziesiąt lat później, znalazł się w bardzo nieprzyjemnej sytuacji. Po konsekracji wierni wyprowadzili go od ołtarza, bo w pozostałej części mszy wszyscy są kapłanami… Taka ideologia nie narodziła się wśród ludzi świeckich z dnia na dzień, została im przekazana przez biskupów i księży w latach po drugiej wojnie światowej, po II Soborze Watykańskim.
Dzisiejszy czas charakteryzuje się kultem zdrowia i fizyczności. Nawet katolicy często sobie życzą „Przede wszystkim zdrowia”! Czy Księdza zdaniem ta preferencja zdrowia fizycznego odpowiada chrześcijaństwu?
Moim zdaniem to pytanie dotyka kolejnej kontrowersji ostatniego stulecia w teologii i w Kościele, jednocześnie wiąże się z jansenizmem i pelagianizmem, o których już wspomniałem. To wizja, która straciła swój pionowy obraz rzeczywistości. Do niedawna nawet kultura powszechna przynajmniej akceptowała metafizyczny fakt, że mamy nad sobą „coś nadprzyrodzonego”, coś co my, wierzący, nazywamy Bogiem. Kant, gdy nie mógł dojść do tej prawdy, uznał to za podstawowy postulat rozumu, ponieważ nie potrafiłby wyjaśnić moralności bez istnienia Boga.
Dzisiejszy człowiek żyje tak, jakby Bóg nie istniał, a ta oświeceniowa wizja przeniknęła niestety do Kościoła. GK Chesterton wskazywał, że problemem przyszłości nie będzie niewiara ludzi, ale to, że ludzie będą wierzyć we wszystko. W ten sposób człowiek, który stracił wiarę, uczynił Boga ze swojego ciała. To absurdalne widzieć ludzi, którym nie przeszkadzały zamknięte kościoły w naszym kraju, wręcz przeciwnie, deklarowali zgodę na ich zamknięcie, z drugiej strony uciekali się do szczepionki jakby było to nowoczesne bóstwo, które przynosi im jakąś formę zbawienia.
Przestaliśmy postrzegać nasze ludzkie życie jako czas służenia Bogu i bliźniemu oraz patrzenia na śmierć z nadzieją na życie wieczne. Św. Tomasz w swojej Summie opisuje katastrofę śmierci jako straszliwą rzeczywistość i skutek odziedziczonego grzechu. Człowiek jest nienaturalnym stanem oddzielenia duszy od ciała, ale z drugiej strony św. Paweł opisuje piękno życia wiecznego: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce ludzkie, nie jest w stanie ogarnąć tego, co przygotował Bóg dla tych, którzy go kochają” (1 Kor 2,9). Aby posiadać wizję wieczności podobną do wizji Pawła, trzeba najpierw być osobą modlącą się.
Ponownie posłużę się przykładem tradycyjnej liturgii. W czasach przed soborem ksiądz codziennie odmawiał brewiarz przez co najmniej godzinę, godzinę piętnaście minut, co, przyznaję z własnego doświadczenia, bywa trudne. Ale on się modlił. Po soborze mówiono, że księża mają dużo pracy, więc brewiarz trzeba skrócić. Więc to, czym kiedyś ksiądz modlił się przez tydzień, teraz modli się przez miesiąc. Był jeszcze jeden szlachetny motyw – ksiądz miał więcej czasu na osobistą modlitwę. Ale czy naprawdę tak jest teraz? W swoich pracach kard. Sarah zwraca uwagę, że znajdujemy się w obecnym kryzysie, ponieważ brakuje tych, którzy czczą Boga. Jednocześnie cytuje francuskiego trapistę, ojca Hieronymusa Kieffera (jego dzieło nosi tytuł „Notre coeur contre atheisme”), który zwraca uwagę na nowe, znacznie bardziej niebezpieczne formy ateizmu. Ten obecny nazywa płynnym ateizmem, nie jest już czymś stałym, na co możemy się łatwo natknąć, ale bardziej przypomina płyn, który jest stopniowo wsiąkany przez skórę.
Wiemy, że długo przebywał Ksiądz w Rzymie i spotykał wybitne postacie kościelnej hierarchii, że z bliska obserwując Kurię Rzymską. Jakie wrażenia wyniósł Ksiądz z tego pobytu? Co Księdza najbardziej ucieszyło i odwrotnie, co najbardziej rozczarowało?
Jak mówi nasz emerytowany Arcybiskup, Kościół jest instytucją Bosko-ludzką, której największym dowodem boskości jest właśnie element ludzki. Mimo różnych błędów Kościół przeżywał różne trudne chwile. Minęło pięć wieków, zanim złudzenie ariańskie zniknęło. Proszę sobie wyobrazić, że kiedyś aż 70 proc. biskupów było Arianami – to znaczy nie wyznawali wiary katolickiej, ponieważ zaprzeczali Bóstwu Jezusa Chrystusa. Nawet dzisiaj na powierzchnię wypływa wiele brzydkich prawd. Wystarczy wspomnieć przypadek byłego kardynała McCaricka i fakt, jak pokazuje się obecność gejowskiego lobby w Kościele, na co od dawna zwraca uwagę wielki polski ksiądz i profesor Dariusz Oko.
Te fakty mogą doprowadzić nas do błędu podobnego do tego, który ma miejsce w przypadku tych ludzi, którzy chcą demokracji w Kościele: patrzenia na Kościół tylko z czysto ludzkiego punktu widzenia. Jednak Kościół jest przede wszystkim mistycznym Ciałem Chrystusa, a poza tym mamy inne obrazy; jest to jednak przede wszystkim ciało mistyczne, ponieważ jest to koncepcja biblijna zaczerpnięta od św. Pawła. Z takim orężem trzeba walczyć z grzechami i złudzeniami, powiedziałbym dosłownie je dyscyplinować. Dla tego, kto nie przyjmuje nauki Kościoła, nie ma w nim miejsca, ponieważ jej przyjęcie nie jest czystym aktem woli, ale jest znakiem obecności nadprzyrodzonej cnoty wiary w nas. Cóż, mówiąc konkretnie, spotkania z wieloma kardynałami, biskupami i kapłanami są w Rzymie wielką zachętą. Ryzykujemy, że oprócz wszystkich złych rzeczy przestaniemy postrzegać dobro. Wymienię tylko kilka z bardziej znanych przykładów.
Spotkanie z kardynałem George’em Pellem było niezwykłe. Spotkałem go kilka razy i kilka razy z nim rozmawiałem, ale po tym, jak trafił do więzienia, było jeszcze inaczej. Ci, którzy czytają moje teksty, wiedzą, że przez cały czas go wspierałem. Nie jest możliwe, aby ktoś taki jak kardynał Pell, prezentujący jasne argumenty przeciwko znanemu ateiście Richardowi Dawkinsowi, popełniał tak straszne grzechy nieczystości, o które został oskarżony. Święty. Tomasz uczy nas, że grzech nieczystości przesłania umysł i dlatego można do pewnego stopnia zidentyfikować ludzi, którzy są w nim zanurzeni. Po 414 dniach więzienia i długiej podróży do Rzymu, kardynał promieniował wielkim duchowym spokojem. Jego świadectwo będzie pamiątką na bardzo długi czas, a my tym bardziej nie możemy się doczekać wydania jego pamiętników z czasów więzienia. Jak dotąd ukazała się tylko pierwsza część, która jest niezwykle mocna i głęboka.
Ogromną zachętą są dla mnie spotkania z kard. Burke, który towarzyszył mi swoją ojcowską opieką od czasów seminaryjnych, kiedy byłem jeszcze klerykiem w Rzymie. Również jego wielka pobożność i siła duchowa, a jednocześnie świadomość swojego stanowiska i odpowiedzialności, głęboka pobożność. To wszystko powinno stanowić istotę naszych relacji międzyludzkich, a zwłaszcza doświadczeń Kościoła, a także gotowość cierpienia za prawdę za wszelką cenę. A potem jego symboliczne, znane słowa z Ewangelii, kiedy Jezus zapewnia nas o Kościele, że „bramy piekielne go nie przemogą” – Non praevalebunt, jak mówimy po łacinie. Nie to nam towarzyszy, zwłaszcza wówczas, kiedy będziemy świadkami otaczającego nas, smutnego chaosu.
Dziękuję za rozmowę!
Rozmawiał Branislav Michalka
Tekst pochodzi ze strony christianitas.sk