Kilka lat temu, goszcząc w białostockiej redakcji periodyku „Sybirak”, otrzymałem od prowadzących je osób – Bożeny Armatowicz i Roberta Tomczaka, dziś już świętej pamięci, listy które słała im pani Franciszka Michalska (ur. 1923 zm. 2016) z domu Waśkowska. Tak się złożyło, że dopiero teraz, robiąc porządki w swoich papierach, znalazłem te dokumenty i żywo zainteresowałem się nimi. W miarę jak zagłębiałem się w treść listów pani Franciszki, w których opisała ona swoje losy, ogarniał mnie coraz większy podziw dla dobra, wiary i męstwa tej naszej rodaczki i innych kresowych Polaków. Żyjąc na Kresach dawnej Rzeczypospolitej przed wojną i po niej, doznali oni wszystkich katuszy, jakie zrodziły się w demonicznych, sowieckich umysłach.
Pani Franciszka w liście do redakcji „Sybiraka”, tłumacząc dlaczego tak duża liczba naszych rodaków nie wyjechała z Rosji po roku 1917 pisze: „Po rewolucji, wielu Polaków pozostała na swoim dobytku w Rosji, ponieważ uważali, że władza bolszewików wkrótce upadnie. Myśleli, iż to żadne wyszkolone wojsko, ale jakieś chłopskie bandy, z którymi carska armia szybko się rozprawi. Stało się jednak zupełnie inaczej”.
W piśmie skierowanym do Zarządu Wojewódzkiego Związku Sybiraków, jako świadek martyrologii kresowych Polaków i swojej własnej, pani Franciszka tak oto opisuje skutki fatalnych rozwiązań przyjętych podczas pokoju ryskiego w roku 1921: „Na mocy traktatu ryskiego wiele ziem kresowych pozostawiono po stronie sowieckiej wraz z mieszkającymi tam od wieków Polakami – w liczbie około miliona! Ich właśnie dotknęły najdotkliwsze i najdłuższe prześladowania ze strony władz sowieckich”. Najtragiczniejszymi skutkami traktatu ryskiego dla kresowych Polaków były – śmierć głodowa tysięcy naszych rodaków podczas wielkiego głodu na Ukrainie (1932-33), masowe wywózki polskich rodzin na Sybir (1936-38) oraz wymordowanie na rozkaz Stalina ponad stu tysięcy naszych rodaków podczas tzw. „operacji polskiej NKWD” (1937-38).
Wesprzyj nas już teraz!
Franciszka Michalska w listach podaje: „Losy Polaków na Kresach, którzy po pokoju ryskim zostali po sowieckiej stronie granicy były straszne. Również los mojej rodziny. Pamiętam rok 1930, miałam wtedy 7 lat, jak bardzo rozpaczała moja mama, kiedy przyszło do niej powiadomienie z więzienia NKWD w Zasławiu, że jej rodzony brat Piotr Kamiński został rozstrzelany za próbę przedostania się do Polski. Od naszej miejscowości do granicy było tylko 25 kilometrów”.
Franciszka Michalska była również świadkiem wielkiego głodu na Ukrainie. Jak mówi, jej rodzinie jedynie cudem udało się wówczas uniknąć śmierci. Często Waśkowscy byli tak głodni, że jedli brzozowe liście i suszyli je na zimę.
„Rozpętywanie piekła głodu na Ukrainie Stalin rozpoczął już w roku 1930. Na przednówku tego roku i dwóch kolejnych lat był dotkliwy głód. Władze stalinowskie chciały w ten sposób przymusić chłopów, aby oddali ziemie państwu, a sami zatrudnili się w kołchozach. Były sowieckie brygady, zwane gołymi brygadami, które jeździły po gospodarstwach i zabierały rodzinom wszystką żywność, także nie mieliśmy co jeść. Zakopywano żywność w dołach, ale ci z gołych brygad mieli długie szpikulce i wbijając je w ziemię znajdowali te kryjówki. Najgorszy głód był w roku 1933. Ludzie masowo umierali. Kiedy szłam do szkoły i z niej wracałam widziałam na ulicach wiele wychudzonych, martwych ciał. W miejscowości niedaleko nas przed głodem było 500 rodzin, a po głodzie przeżyło jedynie około 20 rodzin”. – pani Franciszka wspomina, że te straszne widoki śniły się jej po nocach.
Jej rodzice – Waśkowscy mieszkali w miejscowości Maraczówka koło Sławity na Ukrainie (ziemie wołyńskie), gdzie prowadzili gospodarstwo rolne. W roku 1936 wieś była zamieszkana przez kilkaset polskich rodzin.
„Był koniec czerwca 1936 roku, miałam wtedy 13 lat. Kilka dni przed wywózką wezwali mojego tatę do kołchozu, aby odebrał trzy pudy mąki. Tato nie wiedział jeszcze wtedy skąd taka hojność komunistów. Powiedziano mu Niech twoja żona piecze chleb i suszy z nich suchary. Przydadzą się wam. Po tych kilku dniach przyszli do nas o świcie, kazali się zbierać, pakować na podstawiony przed dom wóz. Potem razem z innymi sześciuset rodzinami wsadzili nas do bydlęcych wagonów i przez miesiąc wieźli na kazachskie stepy” – tak w swoich listach pani Franciszka wspomina wywózkę.
Pociąg zatrzymał się kiedy skończyły się tory. Kilkaset polskich rodzin NKWD wysadziło z wagonów w szczerym stepie. „Przez kilka dni mieszkaliśmy na pustym polu. W dzień było bardzo gorąco, a w nocy znowuż zimno. Po kilku dniach odkryliśmy studnię, ale była ona zasypana masą śmieci i padliną. Długo wyciągaliśmy z niej suche szczątki zwierząt. W końcu dokopaliśmy się do dna, pojawiła się woda. Była ona brązowa i cuchnącą, jednak pragnienie nas tak mordowało, że bez zastanowienia zaczęliśmy ją pić. Po tygodniu przyjechali przedstawiciele miejscowych komunistycznych władz – dwie Kirgizki i kilku Kirgizów. Przywieźli ze sobą namioty, które szybko rozstawiliśmy, żeby schronić się przed palącym słońcem. Wtedy też dowiedzieliśmy się od nich, że wodę z tej studni, którą żeśmy oczyścili, przed spożyciem trzeba przegotować, bo jest trująca, ale dzięki Bogu nikt nie zachorował” – wspomina represjonowana Polka.
Polacy wywiezieni w step, w nocy palili ogniska, żeby się ogrzać i odstraszyć wilki. „Siedząc przy ogniskach śpiewaliśmy religijne pieśni, to nas podnosiło na duchu. W pamięci utkwiła mi szczególnie pieśń Maryjna „Serdeczna Matko”. Modliliśmy się też na Różańcu. Z wielu opresji wyszłam cało jedynie dzięki Bożej Opatrzności” – wyznaje z wiarą pani Franciszka.
Dalej podaje w liście do redakcji „Sybiraka”, że mężczyźni tworzyli złudną nadzieję, że zapewne polski rząd dowie się, iż ich wywieziono i będzie interweniował, żeby sprowadzić rodziny z kazachskiego stepu do Polski…
Opatrzność Boża nie pozostawiła naszych rodaków w biedzie samych. Pomoc przyszła z niespodziewanej strony. Polaków uratował szef zespołu Kirgizów komunistów, który przywiózł zesłańcom namioty. „Widząc naszą bezradność i brak wiedzy o tutejszych warunkach klimatycznych powiedział: W październiku przyjdą mrozy. Jak chcecie przeżyć to nauczę was robić lepianki i kopać studnie. A jak nie chcecie mnie słuchać to zamarzniecie i nikt z Rosjan nie będzie przejmował się waszym losem. Poszliśmy po rozum do głowy, posłuchaliśmy tego przyjaznego nam Kirgiza i dzięki temu przeżyliśmy, bo on miał całkowitą rację” – relacjonuje nasza rodaczka.
Do końca roku 1936, z gliny zmieszanej z trawą, Polacy wybudowali na stepie około 200 lepianek. To ich ocaliło. Najpierw przymierano głodem, jednak jeszcze przed końcem wojny wzniesiono budynki kołchozu, w którym wszyscy ciężko pracowali. Wówczas dało się już jakoś żyć. Tak nasi rodacy założyli w Kazachstanie miejscowość Czernigowka, która istnieje do dziś – leży w rejonie Baszkiria.
Pani Franciszka Waśkowska przyjechała do Polski na sfałszowanych dokumentach, w roku 1946. Najpierw osiadła we Wrocławiu, gdzie ukończyła Akademię Medyczną. Wyszła za mąż za lekarza Michalskiego, urodziła troje dzieci. Od roku 1956 rodzina Michalskich mieszkała w Siemiatyczach, gdzie pani Franciszka była cenionym lekarzem pediatrą.
„Jestem osobą spełnioną i szczęśliwą, moją wielką radością jest powrót do Polski i życie tu, wśród swoich. Czasem jednak, kiedy wspominam moją rodzinę i tych wszystkich, którzy zostali na wywózce na zawsze, czuję smutek” – napisała pani Franciszka Michalska kończąc swoje wspomnienia.
Adam Białous