Daniel Günther, związany z partią CDU premier Szlezwiku-Holsztynu, ostatnio wywołał w Niemczech spore kontrowersje sugerując, że alternatywne platformy informacyjne powinny zostać zakazane. Polityk odniósł się konkretnie do portalu „Nius”, który ma rzekomo szerzyć nieprawdziwe informacje.
Günther podczas talk-show w zeszłym tygodniu zasugerował, że chciałby, aby alternatywne platformy informacyjne zostały zakazane. Wskazał, iż media społecznościowe mają negatywny wpływ na politykę. Zaatakował „propopulistyczny” portal informacyjny „Nius”. Dla niego tego typu środki przekazu mają być „wrogami demokracji”, zaś artykuły „Niusa” – „całkowicie pozbawione faktów” i „z reguły nic w nich na jego temat nie jest prawdą”. W końcu zapytany przez dziennikarza, czy tego typu portale powinny być „regulowane, cenzurowane, a w skrajnych przypadkach nawet blokowane”, odpowiedział: „tak”.
Wesprzyj nas już teraz!
Wypowiedzi Günthera zelektryzowały opinię publiczną. Jego koledzy próbowali go tłumaczyć, przekonując, że jest człowiekiem o dobrych intencjach, który chce postępować właściwie, chociaż wyraził się niezręcznie.
Przeciwnicy polityka zaś nie mają wątpliwości co do jego autorytarnych zapędów. Jak zasugerowali, nie powinien on zajmować żadnego odpowiedzialnego stanowiska w państwie.
Prawnik Joachim Steinhöfel zaznaczył, że polityk CDU jest „podpalaczem przebranym za szanowanego obywatela, który wypowiedział wojnę wolności prasy”.
Powszechna krytyka Günthera – według portalu „European Conservative” – pokazuje, że „minęły już czasy, gdy politycy, ulegając arogancji władzy, mogli wierzyć, iż ujdzie im na sucho odgrywanie roli arbitrów prawdy i strażników demokracji (naszej demokracji, jak lubią ją nazywać)”.
Jednak, w Niemczech problem z cenzurą państwową „jest głęboki”. Już od 2021 roku obowiązuje w tym kraju niezwykle represyjna ustawa o obrazie majestatu – chodzi o artykuł 188 tamtejszego kodeksu karnego (StGB). Odnosi się on do zniesławienia (üble Nachrede) lub zniewagi (Beleidigung) wobec „osób z życia politycznego narodu” (polityków i urzędników państwowych), a popełnianych publicznie lub w mediach.
Z powodu tej regulacji przed sądy trafiły już tysiące osób i część z nich skazano.
Chociaż przepisy miały uchronić klasę polityczną, narzekającą z powodu podkopywania jej autorytetu poprzez różne wpisy w mediach, de facto ten autorytet jeszcze bardziej tracą. Wzmaga się bowiem nieufność wobec polityków, którzy cenzurują wypowiedzi innych obywateli, pozbawiając ich prawa krytyki.
„European Conservative” wskazuje, dlaczego cenzura jest zła, przypominając wpis z broszury niemieckiej z 1775 r.: „Można być pewnym, że żadna książka ani publikacja nie przyciągnie większej liczby czytelników niż wtedy, gdy prasa ogłosi jej zakaz, a ci, którzy ją kupią, zostaną surowo ukarani grzywną; od razu bowiem podejrzewa się, że musi mówić prawdę, bo inaczej nie zostałaby skonfiskowana”.
Tym samym Günther mimowolnie wyświadczył „Niusowi” wielką przysługę. Sprawił bowiem, że nielubiany przez niego portal prawicowy – krytyczny wobec rządzących – stał się jeszcze bardziej popularny.
W kwietniu ubiegłego roku David Bendels, redaktor naczelny powiązanego z AfD „Deutschland Kurier”, został skazany na siedem miesięcy więzienia w zawieszeniu za udostępnienie satyrycznego mema przedstawiającego ówczesną minister spraw wewnętrznych Nancy Faeser. Szefowa MSW trzymała transparent z napisem „Nienawidzę wolności słowa”. Zdjęcie sfabrykowano. Obrazek uznano za „wyjątkowo obrzydliwy” fake news. W tym tygodniu niemiecki sąd uniewinnił jednak Bendelsa, zaznaczając, że fotomontaż mieści się w kategorii chronionej wolności słowa. Faeser zaś potwierdziła, że „nienawidzi” wolności słowa.
W grudniu minionego roku ujawniono, że także kanclerz Merz złożył setki skarg z powodu domniemanego znieważenia, odwołując się do §188, co tylko – jak zauważa „European Conservative” – „wzmocniło jego wizerunek jako polityka dwulicowego”. „Czy to był ten sam Merz, który, przynajmniej pozornie, krytykował swoich poprzedników za ich przesadne prześladowanie obywateli?” – zapytuje retorycznie portal.
Burmistrz Berlina Kai Wegner został przyłapany na kłamstwie kilka godzin po tym, jak jeden z jego rzeczników wezwał opinię publiczną do nieufania mediom społecznościowym i polegania wyłącznie na doniesieniach rządowych. Chodziło o reakcję na kryzys, który miał miejsce podczas zeszłotygodniowego blackoutu w Berlinie. Dopytywany, dlaczego zwlekał z publicznym wystąpieniem, włodarz stolicy odparł, że przez cały dzień koordynował działania nadzwyczajne w swoim biurze. Jak się jednak okazało później, w rzeczywistości… grał wtedy w tenisa. Próba przedstawienia lokalnych władz jako jedynego wiarygodnego źródła informacji skrajnie zirytowała w tym kontekście wielu mieszkańców.
„Jak to często bywa w takich sytuacjach, w mediach społecznościowych pojawiły się z pewnością przesadzone spekulacje i wątpliwe treści. Jednak przekonanie, że nasza osaczona klasa polityczna może i powinna chronić nas przed fałszem oraz fake newsami, jest absurdalne i niebezpieczne” – skomentował opisywaną sytuację „European Conservative”. Magazyn przytoczył słowa dziennikarza Henryka Brodera o tym, że „to nie media są odpowiedzialne za brak zaufania do władzy, ale sami politycy, którzy nie zasłużyli na zaufanie ludzi”.
Źródło: europeanconservative.com
AS