„Co powiedzieliby państwo o rodzinie, która ponad 30 proc. pieniędzy, które wydaje na życie, czerpie z długu? Z kredytu, który zaciąga?”, pyta na łamach tygodnika „Do Rzeczy” Piotr Gabryel.
W ocenie publicysty zdecydowana większość na wyżej postawione pytanie odpowiedziałaby, że to zachowania co najmniej nieroztropne, żeby nie powiedzieć „głupie”.
Problem w tym, że taki właśnie dług – sięgający aż ponad 30 proc. wydatków budżetu Polski – w 2025 r. na nasz rachunek, nie pytając nas o zgodę, zaciąga rząd Tuska. „I to zaciąga go, zapewne z powodu kłopotów z tym związanych, uciekając się, po raz pierwszy od lat, do sprzedaży także bonów skarbowych (a nie wyłącznie obligacji) – a to mniej więcej tak, jakby zamiast do banku po pożyczkę chwilówkę udać się wiadomo do kogo”, podkreśla autor „Do Rzeczy”.
Wesprzyj nas już teraz!
Zapisane w obowiązującej ustawie budżetowej liczby są więc takie: wydatki budżetu Polski w 2025 r. wyniosą aż 921,6 mld zł, podczas gdy dochody zaledwie 632,6 mld zł, a w związku z tym nowy dług sięgnie aż 289 mld zł, czyli właśnie owe ponad 30 proc. wszystkich wydatków. A dokładnie – 31,37 proc.
„A skoro o rodzinie, która tak zaplanowałaby swój roczny budżet, każdy przytomnie myślący człowiek powiedziałby, że jest „nieroztropna, a nawet głupia”, to czyż inną miarę należy przykładać do rządu, który tak zaplanował wydatki państwa? Oczywiście – nie. Należy przyłożyć miarę taką samą – to rząd nieroztropny, a nawet głupi. Tym bardziej że o ile w przypadku rodziny mamy do czynienia z zagrożeniem bankructwem tylko jednej rodziny, której z pomocą mogą przyjść inne rodziny, i można sobie wyobrazić, że w skrajnym przypadku będzie to pomoc bezinteresowna, tak w przypadku bankructwa państwa nigdy o pomocy bezinteresownej nie ma mowy. W odróżnieniu od ludzi państwa i banki nie mają bowiem żadnych przyjaciół, a wyłącznie interesy”, podsumowuje Piotr Gabryel.
Źródło: tygodnik „Do Rzeczy”
TG