15 grudnia 2025

Nowa strategia USA: zmiana czy kontynuacja, szansa czy zagrożenie?

(Forum: Jonathan Ernst / Reuters / Forum)

Od tygodnia cały świat dyskutuje bezustannie o nowym dokumencie Narodowej Strategii Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Dokument ten wygenerował wyjątkowo szeroki zakres reakcji – od alarmu, czasem wręcz paniki, po satysfakcję, radość, czy wręcz euforię. Jeśli chodzi zaś o mnie, to przyznam że przyjąłem ten dokument z dużą obojętnością, wiedząc mniej więcej czego się spodziewać. Nie było tu niespodzianek. Co nie znaczy bynajmniej że nie jest to ważny dokument o potencjalnie bardzo daleko idących konsekwencjach.

Dlaczego właściwie nowa strategia Stanów Zjednoczonych nie mogła być, albo nie powinna była być żadną niespodzianką, przynajmniej dla tych, którzy starają się patrzeć na sprawy międzynarodowe na zimno, sine ira et studio? Wynika to oczywiście z samej natury takich dokumentów. Publikowane zwykle raz w każdej kadencji prezydenckiej, i co do zasady nie natychmiast, ale po co najmniej kilku miesiącach a czasem nawet po ponad roku prezydentury, dokumenty Narodowej Strategii Bezpieczeństwa nigdy – to jest oczywista zasada – nie mają na celu kogokolwiek czymkolwiek zaskoczyć. Nie jest to moment objawienia nagłego zwrotu przez burtę. Nie: jest to moment, gdy urzędująca już od jakiegoś czasu administracja, podejmuje wysiłek, aby w spójnej i zwięzłej formie wytłumaczyć swoją wewnętrzną logikę – wytłumaczyć w jaki sposób jej dotychczasowe i przyszłe działania się łączą, co z czego wynika i do czego ma prowadzić. Tak też jest w tym przypadku: nowy dokument prezentuje strategię dokładnie odzwierciedlającą dotychczasowe działania prezydenta Trumpa w jego drugiej kadencji. I choć cały świat z ciekawością czyta ten dokument, to nie my tak naprawdę jesteśmy jego adresatami. Narodowa Strategia Bezpieczeństwa jest dokumentem publicznym, ale wewnętrznym – stanowi wytyczne dla całej ogromnej machinerii państwowej, która przecież jest konieczna, aby strategię wdrażać w życie. Od tej chwili, każdy dokument, każde kolejne rozporządzenie tego czy owego departamentu może być weryfikowane pod kątem spójności z Narodową Strategią.

Próżny szok i inne absurdalne reakcje

Wesprzyj nas już teraz!

Ważność tego dokumentu nie wynika więc z jego zaskakujących treści, a z faktu przedstawienia pewnego ciągu przyczynowo-skutkowego, wytłumaczenia do jakich konkretnie efektów mają w zamierzeniu prowadzić jakie działania. Jest to dokument który odziera ze złudzeń, w tym sensie że to, co można było dotychczas sobie różnie tłumaczyć własnymi domniemaniami, teraz zostaje wyjaśnione – co w przypadku Trumpa jest o tyle ważne, iż wielu preferuje interpretować działania jego administracji w zgoła innym kluczu, jakim jest domniemany egotyzm graniczący z szaleństwem Prezydenta. Cóż, nie ulega wątpliwości że Trump jest egocentrykiem czy wręcz narcyzem. Widać też raz po raz że potrafi nagle zmienić zdanie na podstawie rozmowy z tym czy innym doradcą. Jest w jakimś stopniu nieprzewidywalny. To wszystko prawda. Ale jednak jego osobista polityka oraz działania jego całej administracji, mają swoje ramy, swoją strukturę, swoje cele. To zaś było szokiem dla wielu, którzy w obliczu tych czy innych działań, łudzili się, że to chwilowe, że to zaraz minie, że Trump przecież wcale nie wie co robi. Tyle tylko że to już dawno było widać, i słychać, bo zręby swojej strategii Trump i jego podwładni przedstawiali nie jeden raz.

Stąd takie reakcje jak chociażby słynny już na cały świat „tweet” naszego premiera są nie tylko zbędne, ale wręcz absurdalne. Nie po to pracowano przez rok nad wdrażaniem i tłumaczeniem tej strategii, aby teraz ją zmienić, bo jakiś tam „tweet” zdobył sobie ileś tam milionów obejrzeń. Stąd bez sensu jest mówienie przez tego czy owego przywódcę europejskiego, że ta strategia jest „nie od zaakceptowania” – nikt przecież go o akceptację nie prosi. Wszelkie tego typu reakcje są pozbawione sensu. Równie bez sensu jest jednak jakaś wielka radość, tak, jak gdyby sama deklaracja strategii miała gwarantować osiągnięcie jej celu. Nową strategię należy przyjąć jako pewien fakt, przeanalizować co może z niej realnie wyniknąć (bo przecież intencja nie przesądza skutku), zastanowić się nad jej trwałością (bo demokracja oznacza, iż za trzy lata będzie kolejny prezydent), nad jej wpływem na naszą część świata, i wreszcie – wyciągnąwszy z niej wnioski, odpowiednio dostosować własną strategię. Najważniejsze zaś zawsze jest podstawowe pytanie – czy to jest jednorazowy wybryk, ograniczony do obecnych czterech lat, czy jest to kolejny krok na dłuższej drodze?

Stany Zjednoczone wychodzą z Zimnej Wojny

Gdy spojrzymy na nową strategię przez pryzmat ciągłości, odkrywamy zaś iż mamy tu zdecydowanie bardziej do czynienia z kontynuacją aniżeli jakimś ostrym zwrotem. Jest prawdą, że amerykański establishment – bynajmniej nie tylko jego demokratyczna część, Republikanie również – nienawidzi Trumpa i postrzega go trochę jak szaleńca. Niektórzy bardziej niż trochę. Niemniej jednak, działania Trumpa nie są oderwane od logiki wcześniejszych prezydentów. Nowa strategia jest, owszem, swoistą deklaracją zwrotu – ale zwrot ten to nie wiraż tylko powolny zakręt, który następował stopniowo na przestrzeni lat, a teraz po prostu mamy do czynienia z pewnym punktem krytycznym, po którym nawa państwowa Stanów Zjednoczonych zaczyna wychodzić z zakrętu, na nową prostą.

Mamy tu po prostu koniec Zimnej Wojny. Tak, tej Zimnej Wojny, która oficjalnie zakończyła się z upadkiem Związku Radzieckiego w 1991 roku.

Dotychczas, Stany Zjednoczone nie miały bowiem okazji dostosować na poważnie swojej strategii po tamtym zwycięstwie. Siłą rozpędu, przez całe lata 90-te Stany działały w tym samym duchu jak wcześniej, jako przywódca państw Zachodu, jako partner dla Chin stanowiących przeciwwagę Rosji, i jako strażnik globalnego porządku handlowego ustanowionego u końca drugiej wojny światowej. Ten rozpęd szybko przerodził się w dryf, który dalej poprowadził do rozmaitych niepożądanych skutków, które z kolei wymusiły inne działania, i uniemożliwiały podjęcie realnej refleksji nad sytuacją. Może, gdyby nie nastąpił 11 września 2001 roku, byłoby inaczej – ale nastąpił, i potem przyszła owa niekończąca się „wojna z terroryzmem.” Niemniej, już za prezydentury Obamy, Stany Zjednoczone zaczęły dojrzewać do zmiany swej relacji ze światem. Objawem tego był ów niesławny „reset” z Rosją, który – przecież wprost to powiedziano – miał umożliwiać zwrot ku Azji. Następny krok wykonał Trump w swej pierwszej kadencji, gdy wskazał na Chiny jako na głównego rywala nie wojskowego, a handlowego – Chiny, które wcześniej przecież Stany wspierały i promowały właśnie ze względu na zimnowojenne przyzwyczajenie – i gdy zaczął wycofywać się z bliskowschodnich konfliktów. Kroków tych bynajmniej nie cofnął prezydent Biden, nawet jeśli Trump w ramach politycznych połajanek raz po raz go beszta. Jedynie Rosja próbowała ten cały proces powstrzymać, otwierając gorący konflikt na Ukrainie i w ten sposób uniemożliwiając Stanom wcześniejsze wyplątanie się ze spraw europejskich.

Europę bowiem Stany Zjednoczone bronią od czasu drugiej wojny światowej, wykładając ogromne wręcz środki na ten cel, nawet pomimo znaczących redukcji po 90-tym roku. Widzimy to zresztą gołym okiem w naszej polityce, gdzie wszystkie główne partie są zgodne w tym, że należy prosić, błagać, a jeśli trzeba to przekupywać Amerykanów, byle tylko ich wojska dalej tu stacjonowały, by stanowiły „polisę ubezpieczeniową”. Dziś jednak Amerykanie nie potrafią znaleźć powodów dlaczego mieliby właściwie bronić Europę, która po ośmiu dekadach pokoju odbudowała się, i powinna być w stanie przeciwstawić się Rosji, nieporównywalnie zresztą słabszej niż dawny Związek Radziecki. Amerykańscy analitycy dziś powtarzają że przecież jeśli słaba kraina zdołała zatrzymać na trzy lata postęp wojsk rosyjskich, to Europa jako całość tym bardziej to łatwo osiągnie. Oczywiście, oni zdają sobie sprawę z faktu iż to nie jest prawda, bo faktycznie po katastrofie 2014 roku Ukraina zbudowała najsilniejszą (po Rosji) armię Europy, podczas gdy poszczególne armie europejskie nadają się w najlepszym przypadku do misji pokojowych czy małych zamorskich ekspedycji – ale od lat coraz mniej to obchodzi Amerykanów, którzy po prostu nie widzą powodu dla którego mieliby bronić Europy, skoro ta się sama rozbroiła.

Nowe priorytety na nową epokę

Stąd więc wyraźna zmiana priorytetów – Stany Zjednoczone deklarują że nie mogą bronić Europy, tym bardziej gdy ta niszczy samą siebie. Przy czym – wbrew temu co mówią oburzeni politycy – Stany bynajmniej nie deklarują Europy jako rywala. Ton w którym dokument wypowiada się o państwach europejskich jest tonem troski o przyjaciela który popadł w nałóg, i któremu coraz trudniej pomóc, bo tak nisko już się stoczył. Do tego jeszcze wrócimy, jako sprawy dla nas najważniejszej, ale zaznaczmy że to też nie jest nowość, bo Amerykanie od ponad dekady próbują zmusić Europę chociażby do zwiększenia wydatków na obronność.

Tymczasem, zauważmy jeszcze pobieżnie inne poważne zmiany. Po pierwsze: Bliski Wschód odchodzi na dalszy plan. Dla Stanów obecnie ropa z tego regionu nie jest już kwestią przetrwania, a jedynie stabilizatorem globalnego rynku – warto o to dbać, ale już nie trzeba się tak intensywnie angażować, i można to scedować na barki lokalnych sojuszników.

Po drugie, mocny zwrot ku Amerykom. To jest powrót do normy sprzed 11 września. Dawniej Stany Zjednoczone regularnie podejmowały interwencje polityczne i zbrojne, jawne i niejawne, na całym terytorium Ameryki Łacińskiej. Tam gdzie się dało, pilnowano aby lokalne rządy gwarantowały stabilność i uległość wobec Stanów, a gdzie się nie dało tego osiągnąć w granicach akceptowalnych kosztów, jak chociażby na Kubie, tam działano tak, aby zneutralizować zagrożenie. Po 11 września Ameryka skoncentrowała się na innych polach, czego skutkiem była nie tylko postępująca destabilizacja w niektórych krajach, ale przede wszystkim, narastanie rosyjskich i chińskich wpływów. Teraz Stany zaczęły pracować nad odwracaniem tej sytuacji, co jest o tyle ważne iż jest ewidentny związek między niestabilnością regionu a falami nielegalnych imigrantów na południowej granicy Stanów.

Inni analitycy i politycy zwracają uwagę – z oburzeniem, a jakże – że poważna zmiana nastąpiła również w Azji, gdzie rząd amerykański nie mówi już, jak to nieraz wcześniej bywało, o Chinach jako o rywalu do pokonania. To prawda – jest to jednak zmiana która narastała od lat, odkąd właściwie za swej pierwszej kadencji Trump podjął próbę konfrontacji z Chinami. Już wtedy bowiem Trump nie mówił o tym że chciałby Chiny pokonać, a jedynie o przywróceniu równowagi w handlu – czyli wypracowania modus vivendi. Nota bene, to nie znaczy też że nie dojdzie do wojny między Chinami a Ameryką, ale – i to znowu żadna nowość – Stany mówią wyraźnie iż taka wojna nastąpi tylko jeśli Chiny uderzą. Natomiast niewątpliwie widać w innych aspektach strategii amerykańskiej iż ta potencjalna wojna jest jednym z najważniejszych czynników popychających Stany do takiego a nie innego działania – stąd tak dużo jest mowy o sojusznikach w Azji, ale przede wszystkim, o odbudowaniu przewagi przemysłowej i militarnej.

Wiele można by tu jeszcze dodać szczegółów, ale nie o to chodzi. Zastanówmy się teraz nad drugim pytaniem – co właściwie z tej strategii może wyjść? Tu bowiem jest najwięcej wątpliwości.

Zmiana trwała i skuteczna… czy nie bardzo?

Oczywiście, niektórzy wśród tych polityków i analityków, którzy przyjęli nową strategię z niezadowoleniem czy złością, łudzą się iż jest to rzecz tymczasowa – ot, trzeba przetrwać do wyborów prezydenckich, i wtedy na pewno skończy się Trump, przyjdzie nowa demokratyczna administracja, i znowu, jak za Bidena, ogłosi, że „the adults are back in the room” – że dorośli wrócili do władzy. I odwrócą się priorytety, i będzie tak jak było…

Cóż, akurat nad takim zwrotem najmniej się zastanawiam. Nie dlatego że jestem przekonany że po Trumpie – który nie może już ponownie kandydować – przyjdzie na pewno kolejny republikański prezydent będący „spadkobiercą” Trumpa. Bynajmniej nie jestem do tego przekonany, bo już teraz widać że następca Trumpa może przegrać w 2028 roku, jeśli tylko Partia Demokratyczna znajdzie jakiegokolwiek sensownego kandydata. Już teraz przecież istnieje realne zagrożenie dla Trumpa, że w przyszłym roku utraci większość w Kongresie, co zwiąże mu ręce, osłabi, i tym bardziej zwiększy szansę na zmianę w 2028 r.. Ale zwrot w stronę Demokratów nie będzie oznaczał cofnięcia tych zmian, a jedynie ukrycie ich w bardziej miękkich frazesach – przecież Biden w polityce zagranicznej też nie cofnął wszystkiego, w kluczowych aspektach kontynuował politykę Trumpa. Narodowa strategia bowiem nie jest wytworem prezydenta, a jego administracji, i zresztą wynika z pobudek i faktów które tak samo mogą czytać Demokraci jak i Republikanie.

Moje wątpliwości co do tej strategii wynikają z czegoś innego – jej realności. Na każdym bowiem kroku dokument ten ignoruje realne trudności i problemy Stanów Zjednoczonych, wskazując na nie jedynie wtedy, gdy jest to potrzebne by wytłumaczyć takie czy inne cele i działania. Przykładowo, ciągle jest mowa o amerykańskiej przewadze technologicznej… po czym, raz po raz, słyszymy o konieczności odbudowy potencjału przemysłowego. Potencjał ten jest potrzebny, podpowiadam, by móc chociaż utrzymać flotę na obecnym poziomie, nie mówiąc nawet o jej skokowym rozwoju na wypadek konfrontacji z Chinami, które obecnie są w stanie w jednym tylko roku zwodować więcej tonażu niż Stany Zjednoczone przez cały okres po 1945 roku aż do dzisiaj. Nie uwzględnia się też możliwości że ewentualny konflikt wokół Tajwanu doprowadziłby do załamania łańcuchów dostaw mikroprocesorów na długo zanim Amerykanie zbudują u siebie odpowiednie fabryki. Nie uwzględnia się również faktu iż strategia narzucania ceł w handlu zagranicznym owszem, może pobudzić lokalną gospodarkę do wzrostu, ale jednocześnie może drastycznie ten wzrost spowolnić – co już dzisiaj obserwujemy.

Mówi się delikatnie o potrzebie przywracania konserwatywnych wartości, docenianiu rodzin i tak dalej – ale nie mówi się o tym iż dzietność wśród Amerykanów nie jest dziś jakoś nieporównywalnie lepsza od naszego tragicznego, europejskiego poziomu. Nie mówi się też o tym, że ta dramatycznie niska dzietność w innych częściach świata sprawia że wchodzimy w okres największej niepewności globalnej – każda bowiem struktura polityczna wymyślona dotychczas przez ludzi zakłada jako podstawę wzrost ludności.

Mówi się o możliwościach wywierania wpływu na resztę świata, o wypieraniu wpływu Chin, ale nie tłumaczy się co właściwie czyni Chiny tak atrakcyjne dla globalnego południa. Widać w tym dokumencie wiele „chciejstwa” podobnego do deklaracji Trumpa że zakończy wojnę na Ukrainie w jeden dzień. Tak samo zaś jak w przypadku Ukrainy, gdzie okazało się że Ameryka nie dysponuje nawet wystarczającym wpływem by zmusić Ukrainę do biernego oddania się w ręce Trumpa, tak samo w reszcie świata – w Ameryce Południowej, w Afryce – Amerykanie napotkają ten sam problem. Zresztą, sama Ukraina jest tu tym lepszym przykładem, iż faktycznie z perspektywy Amerykanów, najlepiej byłoby tę wojnę po prostu zatrzymać żeby przywrócić spokój – ale jeśli to się dotychczas nie udało, to wcale niekoniecznie ze względu na opór Ukrainy przed złymi warunkami pokoju. Sama bowiem Rosja wcale nie wydaje się być szczególnie zainteresowana pokojem, podobnie jak niezainteresowany rozejmem jest sojusznik Rosji – czyli Chiny.

Bardzo ważnym testem polityki Trumpa będzie wisząca chyba już na włosku interwencja zbrojna w Wenezueli. Jeśli Wenezuela ugnie się przed dyktatem, będzie to dobry prognostyk dla Stanów. Ale jeśli konieczna okaże się realna inwazja, to wówczas po jak zwykle łatwym zwycięstwie nad armią Wenezueli, może przyjść czas na wojnę partyzancką, którą z radością będą wspomagać Rosja i Chiny.

I wreszcie, najważniejsze – nowa strategia wydaje się zakładać na każdym kroku iż Ameryka pozostaje zjednoczona i stabilna. Tymczasem nie bez powodu więcej niż połowa Amerykanów w niektórych sondażach wyraża obawy przed wojną domową. Podziały polityczne coraz częściej prowadzą do sabotażu działań rządu, zarówno w kraju jak i za granicami. Już w swej pierwszej kadencji Trump nie mógł wymusić posłuchu na aparacie państwa, a zacząwszy drugą kadencję od masowych zwolnień, odkrył że nie jest w stanie wystarczająco szybko uzupełnić braków. Dosyć powiedzieć iż wszelkie „umowy” handlowe Trumpa nie są w ogóle umowami – są ogólnym porozumieniem rządów, które następnie byłyby maglowane przez wielu urzędników przez długie miesiące aby uwzględnić każdy możliwy szczegół czy punkt sporny. To wszystko się dzieje zbyt powoli. Jeżeli zaś Demokraci realnie wygrają następne wybory prezydenckie, działania które wówczas podejmą w ramach „walki z trumpizmem” mogą ostatecznie doprowadzić kraj do rozbicia wewnętrznego. Mówiłem już niejeden raz, iż Ameryka obecnie bardzo przypomina sytuację Rzymu w dobie późnej Republiki – państwa potężnego, wywierającego ogromny wpływ za granicami, ale jednocześnie słabnącego wewnętrznie na skutek narastającej niestabilności systemu. Potem przyszło cesarstwo i jeszcze większa potęga – i to też by się zgadzało, bo Ameryka ma potencjał ku jeszcze większej potędze – ale najpierw były dziesięciolecia niestabilności i wojen domowych…

A sprawa polska?

Dosyć! Nawet taka dogłębna analiza musi mieć swój koniec. Powróćmy więc do Europy i do tego co dla nas najważniejsze. Jakie więc wnioski dla Polski?

Tu sprawa jest akurat… najprostsza. Wnioski są bowiem dokładnie takie same, jakie byłyby w każdych innych okolicznościach: Rzeczpospolita potrzebuje działać i myśleć za siebie, aby w jak największym stopniu odbudować zdolność do samoobrony – zdolność która nie jest jakąś czczą fantazją, bowiem nawet za czasów PRL-u, będąc wasalem Sowietów, mimo wszystko dysponowaliśmy dostatecznymi siłami, że obawiali się oni zbrojnej interwencji w Warszawie. To jest w naszym zasięgu, jeśli tylko Polacy zaakceptują, iż sami jesteśmy odpowiedzialni za siłę i obronę naszego kraju, i że żadne obce mocarstwo nigdy nie będzie dla nas automatyczną polisą ubezpieczeniową. Zresztą, absurdalność takiego podejścia niech zilustruje fakt, iż polisę ubezpieczeniową wypłaca się po szkodzie.

Nasza geografia zawsze tak samo będzie nas narażała na konflikty – tylko poddanie się, roztopienie naszej państwowości czy to w Unii Europejskiej czy w Rosji pozwoliłoby nam uniknąć groźby wojny. Gdyby jednak kogoś kusiła taka możliwość, gdyby ktoś uznał, jak minister Sikorski, że lepiej być nogą słonia niż całą mrówką, i że wewnątrz Unii będziemy może i zależni, ale bezpieczni, to pozwolę sobie zauważyć rzecz następującą. Otóż: Polska stanowi 7,5 procent terytorium Unii Europejskiej. Rosja dziś okupuje 20% terytorium Ukrainy, a mimo tego, właściwie wszyscy którzy patrzą trzeźwo na tę wojnę, dochodzą do wniosku, że gdyby Ukrainie udało się wyjść z tej wojny tracąc zaledwie to terytorium, to byłoby to dla niej dobre wyjście. Jaką możemy więc mieć pewność, że w sytuacji wojny z Rosją, Unia Europejska faktycznie będzie bronić Polski, zamiast raczej kupować sobie pokój ustępstwami na naszym terytorium?

Nie możemy polegać na Unii Europejskiej dla swej obrony. Unia ma swoje zalety, to jednak nie jest jedną z nich. Nie możemy też polegać na Stanach Zjednoczonych, i po prawdzie nigdy nie mogliśmy, bo ich perspektywa na Polskę była taka sama: kilkaset kilometrów dzielące Odrę od wschodniej granicy Polski to gwarancja, że wróg będzie miał o tyle i tyle dni dłuższą drogę do Europy Zachodniej. Jeśli zaś ktoś liczy na to, że uda się zmusić Amerykanów do aktywnej obrony Polski przez ustanowienie trwałej bazy wojsk amerykańskich w Polsce, to przecież właśnie to jest powodem dlaczego tej bazy dotąd nie ma. Nowa strategia Trumpa wprost deklaruje że Ameryka musi bardziej skoncentrować się na własnych interesach i własnej półkuli – jaki więc miałaby interes we wpychaniu się między Polskę a Rosję?

Jednocześnie, ta sama strategia mówi o wzmacnianiu państw środkowej Europy, a rzekoma – niepotwierdzona, wręcz zdementowana, choć to niewiele znaczy – niejawna wersja tego dokumentu mówi wprost o Polsce jako wartościowym partnerze. Cóż – jest wprawdzie wiele rzeczy które możemy zrobić od ręki nie oglądając się na nikogo, jak chociażby przywrócenie poboru powszechnego, ale są też takie aspekty, w których, ze względu na nasz status de facto wasalny, potrzebujemy co najmniej placet sojusznika. Nowa strategia Trumpa sugeruje, iż odpowiednio zdeterminowany rząd, uzbrojony w odpowiednie argumenty, mógłby doprowadzić Polskę do statusu i siły – zachowując oczywiście proporcje – Turcji.

Warto podjąć taką próbę – ale czy nasz rząd to zrobi, i czy Polacy w swojej większości w ogóle by tego chcieli? Cóż, staram się analizować politykę na zimno, bez chciejstwa i myślenia życzeniowego. Proszę więc mnie zwolnić od konieczności odpowiedzi na to pytanie…

 

Jakub Majewski

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(83)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie