13 marca 1904 roku na granicy Chile i Argentyny uroczyście odsłonięto monumentalny posąg Chrystusa Odkupiciela Andów. Pomnik miał stać się symbolem wiecznego braterstwa dwóch katolickich narodów, które jeszcze niedawno stały naprzeciw siebie jako wrogowie.
Płonący kontynent
Pustoszące Europę wojny rewolucyjne i napoleońskie miały swe dalekosiężne skutki, odczuwalne również w odległych zakątkach globu. Zrujnowana potwornościami francuskiej okupacji Hiszpania nie była w stanie utrzymać swych zamorskich posiadłości w Ameryce Południowej i Środkowej. Panująca tam niestabilność polityczna doprowadziła do szeregu rewolucji i wojen, dziś określanych mianem narodowo-wyzwoleńczych (a w istocie będących najczęściej dramatycznymi w przebiegu, pełnymi wzajemnych okrucieństw wojnami domowymi między rodzimymi zwolennikami hiszpańskiej korony a ich rodakami opowiadającymi się za secesją). Ostatecznie Hiszpania wycofała się z kontynentu amerykańskiego. Na zgliszczach dawnego imperium powstało szereg niepodległych państw.
Wesprzyj nas już teraz!
Odejście europejskiej metropolii wcale nie było początkiem zapowiadanego ziemskiego raju. Gdy zabrakło autorytetu wspólnego monarchy, kontynent zaraz stanął w ogniu niezliczonych konfliktów wewnętrznych i międzypaństwowych. Na rozległych obszarach zapanowały dziesięciolecia bezprawia, czy może raczej prawa pięści.
Trudne sąsiedztwo
Zrazu nic nie zapowiadało sporu między Argentyną a Chile. Przeciwnie, oba kraje łączyło braterstwo broni z czasów walk z hiszpańską metropolią (1810-1825), a potem z Konfederacją Peruwiańsko-Boliwijską (1836-1839). Przez następne dekady rządy w Santiago de Chile i Buenos Aires miały dość kłopotów do rozwiązania, także militarnych. Wojowano z plemionami tubylczymi i sąsiednimi państwami, z bronią w ręku rozwiązywano także rodzime spory polityczne.
W miarę upływu czasu sytuacja zaczęła gęstnieć także na pograniczu argentyńsko-chilijskim. Wspólna granica (dziś trzecia w świecie pod względem długości – aż 5150 km!), biegnąca z północy na południe wzdłuż łańcucha Kordyliery Głównej Andyjskiej, dawała sporo okazji do szukania zwady. Szczególnych powodów dostarczały spory o Patagonię. Obie strony wysuwały pomysły „regulacji linii granicznej”, oczywiście każda z korzyścią dla siebie. Argentyna wnioskowała, by granicę wytyczyły szczyty najwyższych gór; Chile opowiadało się za uwzględnieniem linii brzegowej tamtejszych jezior.
W 1878 roku po raz pierwszy omal nie doszło do wojny. Na szczęście przyjęto doraźne rozwiązanie kompromisowe, które na dalszą metę nie zadowoliło nikogo. W następnych latach gospodarki obu krajów nadwerężył forsowny wyścig zbrojeń. Na przełomie XIX i XX wieku znów zawarczały złowrogie werble. Na pograniczu doszło do zbrojnych potyczek. Część prasy wyolbrzymiała te incydenty, rozbudzając hurrapatriotyczne i odwetowe emocje. Jak zwykle w takich sytuacjach, natychmiast objawili się wpływowi padlinożercy, gotowi budować swe polityczne, medialne i wojskowe kariery na trupach i łzach ofiar przyszłej wojny. Na obydwa kraje padł cień grozy.
Dama i biskup
Na szczęście po obu stronach znaleźli się także ludzie rozsądni. Oprócz dyplomatów szczerze poszukujących rozwiązania konfliktu swoją rolę odegrał tu Kościół katolicki. Impuls przyszedł wprost ze Stolicy Apostolskiej. Ojciec Święty Leon XIII, jakby przeczuwając co przyniesie światu zbliżające się stulecie, głośno wzywał do ratowania pokoju, do modlitw i aktywnych działań w jego intencji, jak również do zawierzenia świata Jezusowi Odkupicielowi. Spośród hierarchów, którzy odpowiedzieli na to wezwanie, był prałat Marcolino del Carmelo Benavente, biskup argentyńskiego San Juan de Cuyo. Postanowił on wznieść z publicznych składek wielki posąg Chrystusa Odkupiciela, mający przypominać światu ewangeliczne przesłanie pokoju i miłości.
Ksiądz biskup zyskał poparcie pewnej wpływowej damy z wyższych sfer Buenos Aires. Doña Angela Oliveira Cézar de Costa, prezesująca Stowarzyszeniu Matek Chrześcijańskich, była osobą obracającą się w najwyższych kręgach politycznych stolicy. Doña Angela osobiście odczuwała zagrożenie wojną. Jej brat był generałem, służył w rejonach przygranicznych.
Biskup i patrycjuszka podjęli wspólne działania. Zlecili wykonanie posągu rzeźbiarzowi Mateo Alonso. Życzeniem biskupa było, aby do wykonania figury zastosować brąz przetopiony ze starych armat używanych na dawnych wojnach (choć historycy spierają się, czy faktycznie do tego doszło).
Artysta wziął się ostro do pracy. Zgodnie z zaleceniami projektodawców, monument miał być surowy w formie, pozbawiony zbędnej ornamentyki. Tym niemniej posąg przybrał imponujące rozmiary. Mierzył ponad 7 metrów wysokości, ważył cztery tony. Pomnik przez jakiś czas był eksponowany na dziedzińcu stołecznej Szkoły Lacordaire, prowadzonej przez zakon dominikanów.
Nie bez znaczenia w tej historii była osobista znajomość donii Angeli z prezydentem kraju. Jego Ekscelencja Julio Argentino Roca żywo zainteresował się inicjatywą biskupa i damy, a z czasem przyjął wizję pomnika za własną. Zaś niezmordowana doña Angela zaznajomiła z pomysłem również chilijskie przedstawicielstwo dyplomatyczne w Buenos Aires. Te z kolei poinformowało o sprawie kręgi rządowe i opinię publiczną w Santiago de Chile, wywołując tam spore poruszenie.
Prędzej góry runą…
Modlitwy i starania dobrych ludzi przyniosły skutek. W roku 1902 Argentyna i Chile podpisały porozumienie regulujące kwestie graniczne. Niebezpieczeństwo wojny zostało oddalone. Wtedy to doña Angela wpadła na pomysł, by posąg Odkupiciela ze Szkoły Lacordaire ustawić wysoko w Andach, na samej granicy z Chile, jako symbol braterstwa między oboma krajami i jako strażnika pokoju.
W realizację zamierzenia włączyły się rządy obu krajów. Typowano rozmaite lokalizacje, aż wreszcie wybór padł na przełęcz Uspallata (Cumbre), na wysokości 3832 metrów nad poziomem morza, w najwyższym punkcie na drodze między argentyńską Mendozą a Santiago de Chile. W tym miejscu wzniesiono granitowy cokół. Następnie przetransportowano tam figurę Odkupiciela. Nie było to prostą sprawą. Wprawdzie lwią część trasy ze stolicy – 1320 kilometrów – posąg przemierzył pociągiem, jednakże ostatnie 8,5 kilometra przypadło na górską drogę, stromą i krętą. Drogocenny ładunek dostarczono na miejsce z pomocą mułów.
W niedzielę 13 marca 1904 roku u stóp pomnika zebrał się trzytysięczny tłum. Byli obecni ministrowie spraw zagranicznych obu krajów, wojskowe oddziały reprezentacyjne, duchowieństwo i wierni. Byli też prawdziwi bohaterowie inicjatywy, doña Angela i biskup Marcolino, który dokonał poświęcenia pomnika. Angela wspominała tę chwilę: „Tam, na szczycie, ujrzawszy Jego postać, podróżnik doświadcza realnej rzeczywistości. Odczuwa spokojną błogość, jakiej doznaje się spotykając Przyjaciela, a zarazem impuls, by paść na kolana przed samotnym Chrystusem, wyrastającym pośród śniegów”.
Tłum z zapartym tchem obserwował monument, rozważając jego symbolikę. Andyjski Chrystus stał na ziemskim globie, o który opierał trzymany w lewej ręce potężny krzyż. Prawica Odkupiciela wznosiła się w geście błogosławieństwa. Jego spojrzenie zdawało się biegnąć dokładnie wzdłuż linii granicznej rozdzielającej oba państwa. Po lewej stronie rozciągały się tereny Chile, po prawej – terytorium Argentyny, wokół zaś wznosiły się majestatyczne Andy.
Żołnierze argentyńscy zwróceni szeregiem w stronę pomnika odśpiewali chilijski hymn narodowy. Następnie wojskowi chilijscy zrewanżowali się wykonaniem hymnu Argentyny. Wreszcie oddano salut honorowy z 21 armat – wedle tradycji przynależny monarchom i głowom państw.
Zebrany tłum zareagował owacją. Po wygłoszeniu kilku okolicznościowych przemówień odprawiono Mszę świętą. W trakcie homilii prałat Ramón Ángel Jara, biskup chilijskiego San Carlos de Ancud, wypowiedział słowa, które miały głęboko wryć się w serca po obu stronach granicy:
– A kiedy przyszłe pokolenia będą pokonywać te przełęcze, nie znajdą tu, jak w Termopilach, słów zapisanych krwią na gołych kamieniach, testamentu bohaterskich Spartan: „Tu oddaliśmy życie w obronie praw naszej ojczyzny”. Dotrą raczej na ten szczyt, a w brązie tego wspaniałego pomnika zobaczą wyrytą ognistymi literami wzniosłą kwestię: „Prędzej te góry rozsypią się w pył, niż Chilijczycy i Argentyńczycy zburzą pokój, który u stóp Chrystusa Odkupiciela przysięgli zachować”.
Ku nowej wojnie
Oba kraje szczęśliwie trzymały się na uboczu dwóch wojen światowych. Owszem, na wspólnej granicy sporadycznie dochodziło do zatargów, parokrotnie padały strzały. Na ogół nie wyglądało to zbyt poważnie, choć 6 listopada 1965 roku w Laguna del Desierto od kul argentyńskich żandarmów zginął porucznik chilijskich karabinierów Hernán Merino Correa. Był to jednakże tragiczny wyjątek potwierdzający w miarę dobrosąsiedzką regułę. Mimo wszystko przez trzy czwarte stulecia granica między oboma krajami zaliczała się do najspokojniejszych w regionie. Dla porównania polityczne konflikty wewnętrzne w obu krajach pochłonęły życie tysięcy osób.
Tym niemniej w roku 1978 Argentyna i Chile stanęły na krawędzi wojny. Sytuacja była dość absurdalna. Oba państwa zmagały się z komunistyczną rewolucją, podsycaną przez czynniki zewnętrzne. W obu rządy sprawowali antykomunistycznie nastawieni wojskowi – w Chile generał Augusto Pinochet, w Argentynie generał Jorge Rafael Vidala. W tej sytuacji zdrowy rozsądek podpowiadał konieczność zacieśnienia współpracy.
Niestety, przywódca Argentyny był typem temperamentnego macho, dla którego rozwaga, odpowiedzialność i dalekowzroczność jawiły się jako niezrozumiałe abstrakcje. Wykoncypował on sobie, że krótka, wygrana wojenka z mniejszym sąsiadem przysporzy mu popularności i powagi. Dlatego odkurzył dawne spory o trzy niezamieszkałe wysepki w Kanale Beagle – cieśninie w archipelagu Ziemi Ognistej, na skrajnym południowym krańcu Ameryki.
Zrazu oba państwa zgodziły się na międzynarodowy arbitraż. Potwierdził on zwierzchność Chile nad wysepkami. Rozeźlony Vidala odrzucił ten werdykt i nakazał swoim planistom opracowanie planów inwazji. Pomysły argentyńskich generałów miały swój rozmach. Chcieli oni zająć nie tylko sporne wyspy, ale i uderzyć na kontynentalne Chile, szturmując szereg dużych miast łącznie ze stołecznym Santiago de Chile, aby wymusić na przeciwniku kapitulację. Argentyńscy sztabowcy szacowali „optymistycznie”, że w razie powodzenia operacji liczba ofiar ograniczy się „raptem” do… 30 000 – 50 000 zabitych. Natomiast w wypadku, gdyby wojna utraciła swój błyskawiczny charakter i przeistoczyła się w mozolną, wyniszczającą jatkę, nikt nie był w stanie określić ostatecznego bilansu strat. I wszystko po to, by zająć trzy bezludne wysepki o łącznej powierzchni 300 km² …
Argentyna skoncentrowała znaczne siły lądowe nad granicą w Patagonii. Chile odpowiedziało zaminowując obszary przygraniczne, a niektóre przejścia na przełęczach profilaktycznie wysadzono w powietrze. Obie floty wypłynęły z portów, szykując się do boju. Prezydent USA Jimmy Carter pospieszył z mediacją, ale argentyński przywódca ją odrzucił. Zdawało się, że nic już nie powstrzyma wojny.
Papa Polaco
W piątek 15 grudnia 1978 roku prezydent Vidala podpisał rozkaz o rozpoczęciu inwazji na Chile. Wojna miała wybuchnąć 21 grudnia o godzinie 4.30 rano. Wtedy w sprawę wmieszały się Niebiosa.
W Kanale Beagle, w rejonie planowanego desantu rozszalał się sztorm. Wymusiło to przesunięcie terminu rozpoczęcia wojny o dobę. Zaś 21 grudnia na biurku Vidali zadzwonił telefon. Prezydent zdębiał, gdy usłyszał w słuchawce głos papieża Jana Pawła II. Zwierzchnik Kościoła zażądał od generała, by ten wstrzymał wszelkie agresywne kroki. Papież poinformował także, że skierował właśnie do Buenos Aires swego specjalnego wysłannika, kardynała Antonia Samoré.
Vidala, cokolwiek by o nim nie mówić, uważał się za gorliwego katolika. Nie mógł odmówić osobistemu wezwaniu Ojca Świętego, które w dodatku natychmiast nagłośniły światowe media. Nie zostało mu nic innego, jak jeszcze raz sięgnąć po słuchawkę telefonu…
Na sześć godzin przed planowanym atakiem wojna została odwołana. Dopiero po pewnym czasie wyszło na jaw, że gdzieniegdzie, na bezludnych obszarach pogranicza, jednostki piechoty argentyńskiej zdążyły już przekroczyć linię graniczną! Na szczęście rozkaz odwołujący operację przyszedł na czas, żołnierze wycofali się bez oddania choćby jednego strzału.
W następnych dniach kardynał Samoré wytrwale kursował między Buenos Aires a Santiago de Chile. W ciągu dwóch tygodni czterokrotnie spotkał się z Vidalą, dwa razy zaś z prezydentem Pinochetem. Ich Ekscelencje zadeklarowali pełną gotowość współpracy.
8 stycznia 1979 roku w Montevideo kardynał Samoré wraz z ministrami spraw zagranicznych Chile i Argentyny podpisali porozumienie, w którym oba państwa poddawały się jurysdykcji Stolicy Apostolskiej oraz zobowiązały się do bezwarunkowego uznania jej arbitrażu. Rokowania trwały jeszcze długie lata, aż wreszcie 2 maja 1985 roku w Watykanie, w obecności Jego Świątobliwości Jana Pawła II, strony podpisały traktat o pokoju i przyjaźni. „Na wieki” i „w imię Boga Wszechmogącego” uznano chilijską zwierzchność nad spornymi wysepkami w Kanale Beagle, przy równoczesnym poszerzeniu argentyńskich wód terytorialnych.
Traktat wzbudził wielkie uznanie w całym świecie i wręcz entuzjastyczne reakcje wśród Latynosów. Papa Polaco zyskał u nich miano Papieża Pokoju, a nawet Jastrzębia Pokoju. Wszyscy mieli świadomość, że wojnie zapobiegły nie tylko starania dyplomatów, ale przede wszystkim poczucie wspólnoty religijnej obywateli obu krajów.
Nadzieja i groza
U zarania XX stulecia poeta chilijski José Ángel Venegas y Venegas, zachwycony postawieniem monumentu Chrystusa Odkupiciela Andów, wołał w natchnieniu:
O niebiosa! Odwróćcie swój wzrok
od pól bitewnych Wschodu, gdzie ziemia
czerwieni się od krwi przelanej
przez okrutnego demona bezbożnej wojny.
Spójrzcie tutaj! Czy widzicie świt,
który uśmiecha się do tej doliny i tego górskiego pasma?
Czy widzicie, jak obmywa argentyńskie pampy
i jak boska muzyka wypełnia powietrze?
Noc żałoby minęła,
a dzień miłości narodził się w blasku…
A przecież nawet w tej chwili entuzjazmu do strof poety wdarła się nuta niepokoju:
Wciąż widzę te burzowe chmury,
które przyćmiły nieskazitelne niebo andyjskich ludów.
Widmo zaciekłej wojny wciąż się czai,
próbując pogrążyć świat w błędach przeszłości,
gdy sprawiedliwość nie miała ołtarzy,
a Krzyż nie wieńczył domów.
Nie ma rzeczy, dla człowieka choćby najcenniejszej, której ułomna, skażona grzechem ludzka natura nie potrafiłaby zepsuć i zszargać. Dlatego miłość, przyjaźń, wreszcie pokój wymagają pielęgnowania, stałej troski. O sprawy dla nas najdroższe należy dbać nieustannie. Bez tego zginą, staną się jedynie wspomnieniem „starych, dobrych czasów”, utraconych z powodu naszej głupoty.
Andrzej Solak