Andrzej Pilipiuk: Przykre wspomnienia…

Co zapamiętałem ze szkoły? Nudę, szykany, bezsensowne ćwiczenia, złośliwości belfrów i terror ze strony łobuzerki. Rozmowy z młodszymi znajomymi i czytelnikami upewniają mnie, że od tamtego czasu szkoła zmieniła się w niewielkim stopniu. Co więcej, pojawiła się cała masa nowych, nieznanych wcześniej patologii – z którymi „oświata” nawet nie usiłuje walczyć…
Wiedza, którą posługuję się przy pisaniu książek, pochodzi niemal wyłącznie z pracy samokształceniowej. Mam określone zainteresowania, rozwijam je i pogłębiam, wyszukuję lektury, zdobywam artykuły naukowe i popularnonaukowe. Czasem próbuję ustalić szczegóły spraw, które mnie zainteresowały. Gdy siadam do pisania, bez większego problemu znajduję tła fabularne lub tematy, które mogą zaciekawić czytelnika. W dialogach bohaterów przemycam sporo informacji, które zapamiętałem w trakcie swoich poszukiwań. Czasem dzielę się własnymi przemyśleniami i teoriami. Praktycznie nigdy nie wykorzystuję informacji zdobytych w szkole.
Z wielu recenzji wynika, że czytelnicy uważają mnie za doskonałego popularyzatora historii i archeologii. Gdy wspominam, że na maturze z historii miałem ocenę mierną (obecnie: dopuszczająca), z reguły wywołuję powszechne zdumienie.
Szkoła pod przymusem
W XIX wieku wprowadzono obowiązek szkolny. Wprowadziły go najbardziej zamordystyczne reżimy ówczesnej Europy. Chodziło o przekazanie wszystkim dzieciakom podstawowego zasobu przydatnych informacji o świecie oraz wytresowanie ich w posłuszeństwie, aby łatwiej pozyskiwać zdyscyplinowanego rekruta do przyszłych wojen. Idea, że każdy koniecznie „dla własnego dobra” musi chodzić do szkoły, stała się swego rodzaju niepodważalnym, bezdyskusyjnym dogmatem.
Do przymusu szkolnego i realizacji jednego konkretnego modelu nauczania dążyły także wszystkie systemy totalitarne. Dodajmy, że w ZSRR i III Rzeszy uznano, iż sama szkoła to jeszcze za mało – wszystkie dzieciaki obligatoryjnie musiały należeć do sterowanych przez reżim organizacji młodzieżowych. Nie wszyscy się ugięli. W Polsce międzywojennej obowiązek szkolny negowali Żydzi – woleli kształcić swoje dzieci w chederach. Po wojnie na masową skalę od nauki uchylali się Cyganie vel Romowie. Ale ostatecznie jakoś tam podporządkowano wszystkich, a głosy sprzeciwu umilkły.
W mojej ocenie szkoła powinna nauczyć przede wszystkim zdobywania informacji, jej krytycznej oceny, weryfikacji i systematyzowania. Szkoła powinna też pełnić elementarną funkcję wychowawczą – jest to ważne głównie wobec dzieci ze środowisk dysfunkcyjnych i patologicznych. Przy czym, wykonując swoją „misję”, szkoła nie powinna zabijać talentów i zainteresowań. Przeciwnie – powinna chronić wartościowe zainteresowania mogące w przyszłości stanowić pomoc w zdobyciu użytecznego społecznie zawodu. Tylko tyle. Aż tyle.
Szkoła nonsensu
W moim dzieciństwie zmorą każdego początku nowego roku szkolnego było przepisywanie. Pracownia chemiczna, pracownia fizyczna, pracownia biologiczna posiadały swoje regulaminy – generalnie niemające nic wspólnego z rzeczywistością. Ani w pracowni chemicznej, ani fizycznej nie robiliśmy żadnych doświadczeń, choć w tej pierwszej były nawet rurki prowadzące do każdej ławki – teoretycznie służące podłączeniu palników gazowych – ale nigdy ich nie wykorzystywano i po prawdzie nie sądzę, by w ogóle istniała taka możliwość.
Przepisywanie regulaminów na pierwszej stronie zeszytu do danego przedmiotu było jakimś dziwacznym i kompletnie zbędnym rytuałem. Poświęcaliśmy na to z reguły godzinę. W salach do zajęć praktyczno-technicznych było podobnie – tyle że tu regulamin należało przepisywać pismem technicznym i trwało to dłużej. W praktyce lekcje spędzane na tym jałowym zajęciu były godzinami straconymi. W klasie piątej sięgnęliśmy dna absurdu – w ramach wspomnianych zajęć praktyczno-technicznych przepisywaliśmy instrukcję konserwacji roweru oraz uczyliśmy się – teoretycznie – jak naprawić scentrowane koło. Próby pokazania nam tego w praktyce nauczyciel jakoś nie podjął…
Gdy chodziłem do podstawówki, podręczniki fundowało państwo i pod koniec roku należało je zwrócić – i to najlepiej w idealnym stanie. Szkoła nie bardzo wiedziała, czy przepis ten odnosi się wyłącznie do książek czy także zeszytów ćwiczeń – w efekcie bywało, że polecenia przepisywaliśmy z nich do zwykłych zeszytów i tam rozwiązywaliśmy zadania lub wypełnialiśmy luki. Potem wprowadzono rozwiązanie pośrednie – podręczniki były państwowe, a ćwiczenia trzeba było dokupić sobie w księgarni. Na porządku dziennym było też przepisywanie fragmentów podręczników.
Kolejne dziwactwa związane były z prowadzeniem zeszytów – tu brakowało jednego odgórnego zarządzenia. Każdy nauczyciel regulował te kwestie indywidualnie – i każdy inaczej. Gdy byłem chory, jedni nauczyciele wymagali, żebym pojawiając się w szkole, miał odrobioną ostatnią zadaną pracę domową, inni natomiast uważali, że od dziecka chorego przez tydzień lub dwa nie należy tego wymagać. Ale byli i tacy, którzy oczekiwali, że będę miał przepisane od kolegów wszystkie lekcje z całego okresu choroby. Po zmianie szkoły przeżyłem nieprzyjemne zaskoczenie – byłem bowiem przyzwyczajony, że gdy zeszyt się skończy, należy go wyrzucić i przyjść do szkoły z nowym. A tu trafiła się nauczycielka, która wystawiając ocenę końcową zażądała do oceny wszystkich kolejnych zeszytów do swojego przedmiotu i srodze się wściekła, dowiedziawszy się, że mam tylko „aktualny”.
W szkole nieustannie traciliśmy czas na bzdury bądź to zupełnie niezwiązane, bądź tylko luźno związane z nauką. Nierzadko uczono nas rzeczy kompletnie nieprzydatnych, rozpaczliwie zaniedbując to, co mogłoby się przydać. Na matematyce poznaliśmy szereg różnych funkcji i sposoby rozwiązywania zadań – ale większość ludzi z mojego pokolenia nie rozumie, czym różni się procent od punktu procentowego. Zadyma z kredytami frankowymi pokazała indolencję społeczeństwa – brak zrozumienia liczb na poziomie podstaw arytmetyki. Podobnie mało kto orientuje się, o co chodzi ze średnią i medianą zarobków.
Szkoła przykrości
W końcu lat osiemdziesiątych w większości szkół nadal gnębiono osoby leworęczne. Mańkuci mieli wymrzeć jak dinozaury. Generalnie nie bardzo rozumiałem, dlaczego wysłano mnie do psychologa i wymuszono na mnie pisanie ręką prawą. Czułem się głęboko skrzywdzony, a nikt mi nie wyjaśnił, że powód był – i to prozaiczny – wszystkie obrabiarki fabryczne były dostosowane do obsługi ręką prawą. Po prostu zadekretowano praworęczność. Tymczasem lata osiemdziesiąte były ostatnim akordem rozsypywania się systemu socjalistycznego opartego na produkcji przemysłowej. Tego, że większość z nas jednak nie będzie pracowała przy obrabiarkach, nikt jakoś nie przewidział. Nikt nie wpadł też na rozwiązanie o wiele prostsze: wystarczyło przecież do szkół dla ślusarzy przyjmować wyłącznie praworęcznych. W efekcie w siódmej klasie bazgrałem prawą ręką do tego stopnia, że nie byłem w stanie sam siebie odczytać.
Szkoła – choć umiała dokręcić śrubę normalnym dzieciakom – dramatycznie nie radziła sobie z łobuzami. Był to okres, gdy jeszcze można było ucznia ze szkoły wyrzucić lub karnie przenieść do innej klasy. Nie korzystano z tego jednak praktycznie nigdy. Wychowawczyni, która trafiła mi się w szóstej klasie, wymyśliła, że wszystkich pousadza wedle swego własnego pomysłu. Spokojne dziewczyny miały siedzieć z łobuzami, mnie i mojego kumpla rozsadziła na dwa końce klasy. Co więcej, kobieta owa potrafiła wpadać na lekcje swoich koleżanek i kolegów, by kontrolować, czy siedzimy tak, jak nam kazała. Sensu nie miało to żadnego, naraziło tylko dziewczyny na zaczepki ze strony klasowych troglodytów.
Ergo: jeśli szkoła miała nas nauczyć jakiegoś „drylu” – ten pomysł nie wypalił, bo nauczyciele nie potrafili ustalić między sobą jednego wzorca działań. Co gorsza, ich próby zdyscyplinowania nas prowadzone były niekonsekwentnie, na ślepo, na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej i wedle widzimisię poszczególnych belfrów. To rodziło poczucie głębokiej niesprawiedliwości i skutecznie zniechęcało do szkoły nawet kujonów.
Wielu z nas przechodziło okres negacji – wszystko, co było dla nas ważne, działo się poza szkołą. Wszystko, co proponowała szkoła – harcerstwo, kółka zainteresowań i tym podobne – było automatycznie odrzucane. W mojej klasie była tylko jedna para. Cała reszta szukała sobie dziewczyn lub chłopaków poza murami szkoły.
Szkoła wreszcie normalna…?
Współczesna szkoła powiela liczne wzorce przeszłości. Tymczasem alternatywę zupełnie niespodziewanie pokazał czas COVIDA-19. Okres ten był wielkim testem nauczania zdalnego. Nikt nie był na to przygotowany, więc mogło się wydawać, że po takim doświadczeniu wyniki szkolne polecą w dół – okazało się jednak, że kilka miesięcy niechodzenia do szkoły w żaden sposób nie odbiło się na dzieciach – ani negatywnie, ani pozytywnie. To doświadczenie mocno nas zmieniło.
Po pierwsze, zaczęliśmy sobie zadawać pytania bardzo niewygodne dla systemu. Na przykład, czy na pewno konieczne jest zatrudnianie tysięcy nauczycieli, skoro jeden może wygłosić „przez ekran” lekcję dla setek dzieci jednocześnie…
Po drugie, okazało się, że w necie można znaleźć mnóstwo videoblogów rozmaitych pasjonatów, z których wykładów wynosi się o wiele więcej wiedzy niż ze szkoły.
Po trzecie, zwolennicy nauczania domowego i „szkół w chmurze” podnieśli głowy.
Czwartą kwestią są sympatie polityczne kadry nauczycielskiej oraz jej kondycja moralna, psychologiczna i intelektualna – ale to temat na oddzielne, bardzo ponure opracowanie…
Pytanie, co dalej. Im dłużej o tym wszystkim myślę, tym częściej dochodzę do wniosku, że wszelkie reformy obecnej szkoły to pudrowanie trupa. Z tym programem i tą kadrą nie da się uzyskać żadnych trwałych zmian na lepsze. Należałoby raczej stworzyć równoległą sieć zupełnie nowych szkół. Nowy program, nowa filozofia działania, nowi, starannie wyselekcjonowani i dobrze opłacani ludzie. Nowe cele. I stopniowo rozwijać ten projekt, a szkoły dotychczas istniejące wygaszać. Po dekadzie albo dwu mielibyśmy zupełnie nowe szkolnictwo. Ufam, że byłoby lepsze; że nie powieliłoby błędów i zaniedbań obecnego.
Andrzej Pilipiuk – pisarz i publicysta, z wykształcenia archeolog, laureat nagrody literackiej im. Janusza A. Zajdla.
Tekst pochodzi z magazynu "Polonia Christiana" (numer 110, maj-czerwiec 2026)
Kliknij TUTAJ i sprawdź jak zamówić







