Batalia o TK i NBP a globalny zwrot „na prawo”

Kryzys, jaki zgotowała nam ekipa rządząca, siłowo interweniując w Trybunale Konstytucyjnym i próbując stłamsić opozycję, między innymi lansując drugi projekt ustawy dotyczący blokowania „nielegalnych treści”, jednocześnie przeprowadzając atak na Narodowy Bank Polski, może potrwać długo i mieć dramatyczne konsekwencje dla każdego z nas.
Powyższy stan wpisuje się nie tylko w strategiczną rywalizację UE i jej ambicje związane z budową „autonomii strategicznej”, ale także szeroko zakrojoną rywalizację globalną między „prawicą” a „lewicą”. Batalia ta przybiera coraz ostrzejszy charakter, obracając się przeciwko całym narodom i każdemu z nas.
Jesteśmy świadkami postępującej polaryzacji szeroko rozumianej „lewicy” i „prawicy” po obu stronach Atlantyku. Dokonuje się swoisty podział regionalny, zmieniający globalną politykę.
Globalny zwrot „na prawo” i walka o „powrót globalnego progresywizmu”
Ameryka Północna i Południowa przesuwa się na prawo, mimo że ostatnio niewielką przewagą głosów kandydat brazylijskiej Partii Pracy Luiz Inacio Lula da Silva zdołał po zaciętej rywalizacji pokonać w II turze wyborów Flavia Bolsonaro, syna prezydenta Jaira.
Poruszony tym zwycięstwem skorumpowany lewicowy premier Hiszpanii, Pedro Sanchez, który ogłosił przedterminowe wybory, oznajmił: – To, co wydarzyło się w Brazylii, wydarzy się w Hiszpanii. Dodał, że „powrót globalnego progresywizmu właśnie się rozpoczął”.
Czy na pewno?
24 października 2026 roku w kanadyjskiej prowincji Kolumbii Brytyjskiej Partia Konserwatywna odniosła zwycięstwo, zdobywając 64 z 93 mandatów w parlamencie. Nowa Partia Demokratyczna (NDP) rządząca od 9 lat uzyskała zaledwie 27 mandatów, osiągając najgorszy wynik od ćwierćwiecza.
Mówi się, że „to zwycięstwo przywróciło kluczowe ośrodki miejskie i podmiejskie, w tym obszar Wielkiego Vancouver, na prawicową mapę wyborczą”.
W Stanach Zjednoczonych obecnie toczy się zacięta walka o zachowanie przewagi prawicy w kongresie i poszczególnych stanach.
Prawicowe rządy utrzymują się między innymi w Argentynie Javiera Milei, Chile José Antonio Kasty, w Kolumbii Abelardo de la Esprielli i Peru Keiko Fujimori. Z centroprawicowymi gabinetami mamy do czynienia w Ekwadorze i Salvadorze.
„Różowa Fala”, która ogarnęła Amerykę Łacińską na początku XXI wieku, uległa gwałtownemu przeobrażeniu. Prawicowy przechył obserwuje się także w Azji. Od początku roku wyraźnie zyskały rządy konserwatywne i nacjonalistyczne. Na przykład w Japonii na początku lutego rządząca Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP), która kojarzona jest z prawicą, zdobyła samodzielną większość w parlamencie (dwie trzecie mandatów). Na czele rządu stoi Sanae Takaichi – pierwsza kobieta-premier w historii kraju. Reprezentuje „jastrzębi” – silnie nacjonalistyczne i konserwatywne skrzydło partii, stawiając na wzmacnianie polityki obronnej, rewizję pacyfistycznej konstytucji oraz asertywność wobec Chin i Korei Północnej. W parlamencie znalazła się także anty-imigracyjna partia Sanseitō, która buduje poparcie wznosząc hasło: „Najpierw Japonia!”.
W Indiach od 2014 roku rządzi premier Narendra Modi i jego „prawicowa” Indyjska Partia Ludowa (BJP), opierająca program na nacjonalizmie hinduistycznym. Łączy liberalne reformy rynkowe z silną polityką tożsamościową religijno-kulturowej większości hinduistycznej.
W Tajlandii przedterminowe wybory w lutym tego roku przyniosły zwycięstwo siłom konserwatywnym. Głównym wygranym okazała się partia Bhumjaithai, silnie powiązana z tamtejszą monarchią oraz establishmentem wojskowym. Sprzeciwia się ona radykalnym zmianom ustrojowym, których domaga się młodzież.
W Bangladeszu w wyniku tegorocznych przedterminowych wyborów, po burzliwych protestach społecznych i obaleniu dotychczasowej premier Sheikh Hasiny w 2024 roku, zwycięstwo odniosła prawicowa Nacjonalistyczna Partia Bangladeszu (BNP). Na czele nowego rządu stanął Tarique Rahman.
Chociaż pojęcie prawicy jest szeroko definiowane i każdy kontynent ma swoją specyfikę, niewątpliwe szybki zwrot na prawo jest obserwowany w wielu krajach, wywołując strach wśród lewicy. Ta zaś desperacko podejmuje działania „obrony demokracji” przed odradzającym się „autorytaryzmem”, „faszyzmem” i nacjonalizmem”.
Również ten zwrot jest wyraźny na kontynencie europejskim, chociaż specyficzna kontynentalna struktura polityczna sprawia, że prawicy jest trudniej przekształcić mocno zakorzenione progresywne instytucje, wskutek czego przy władzy pozostaje lewicowy establishment.
A ten ucieka się do coraz bardziej brutalnych form walki z majaczącą na arenie międzynarodowej „prawicową” agendą, kwestionującą ugruntowane normy polityczne państw europejskich.
Europa jest specyficzna. Silne wpływy socjaldemokracji, ruchów socjalistycznych i związków zawodowych pozwoliły na głębokie zapuszczenie korzeni przez lewicę w strukturach państw. Bruksela od lat prowadzi działania, które mają uniemożliwić demontaż lewicowego dziedzictwa, propagując cenzurę i „kordon sanitarny”, blokując współpracę „skrajnie prawicowych” partii z ugrupowaniami establishmentowymi. Chociaż jest to coraz bardziej trudne nawet w Parlamencie Europejskim, gdzie ostatnio zyskały na znaczeniu partie nacjonalistyczne.
Siły progresywne chcą utrzymać swój wpływ na sprawy światowe dotyczące globalizacji, regulacji handlowych, protekcjonizmu przemysłowego, transformacji energetycznej, zarządzania przepływami migracyjnymi czy reformy instytucji międzynarodowych w związku ze zmieniającym się nieubłaganie układem sił na świecie.
Grupa Bergen przeciwstawia się jedności UE?
Już jesteśmy świadkami konfrontowania się europejskiej „lewicy” z amerykańską „prawicą”. Znajduje to odzwierciedlenie w budowaniu silnego sojuszu Amerykanów z wybraną grupą państw Europy północno-wschodniej.
Grupa Bergen, obejmująca USA, Polskę, Norwegię, Finlandię, Szwecję, Niemcy i Holandię, w zeszłym roku rozpoczęła nieformalne szczyty, by omówić zdolność kluczowych państw NATO do obrony i przyszłość sojuszu.
Przeciwnicy spotkań grupy Bergen podnoszą, że dokonuje się podział sojuszników NATO na kategorie „dobrych Europejczyków i złych Europejczyków”. Postępuje także wzmocnienie wpływów politycznych Waszyngtonu w całym sojuszu.
Administracja Trumpa ma rzekomo celowo sabotować jedność Europy, ponieważ Waszyngton nie chce jedności europejskiej na gruncie obronności i uderza w pomysł budowania „autonomii strategicznej” w oparciu o oś francusko-niemiecką.
Zresztą inicjator tego przedsięwzięcia, szef polityki Pentagonu Elbridge Colby, „geopolityczny realista” traktuje UE nie jako „sojusznika”, lecz „narzędzie” realizacji interesów Waszyngtonu. Przeciwstawia się jej hegemonicznej kontroli nad całą Europą, co uniemożliwiłoby Stanom Zjednoczonym swobodny dostęp do europejskich rynków i baz wojskowych.
Colby miał pisać w swojej książce z 2021 roku „The Strategy of Denial”, że UE nie może mieć kontroli nad całą Europą; że nie można dopuścić do silnej integracji obronnej (zbudowania europejskiego filaru obrony) ze wspólnymi zamówieniami, strukturami dowodzenia i strategiczną autonomią, ponieważ szkodziłoby to Ameryce.
W opinii także innych Amerykanów, Europa sprzeniewierzyła się pierwotnemu celowi zjednoczenia a Waszyngton inaczej wyobrażał sobie współpracę transatlantycką.
Dobór partnerów grupy Bergen – poza praktycznym wymiarem dotyczącym budowania i przejęcia ciężaru obrony w razie ataku Rosji – ma uniemożliwić budowę europejskiej spójności strategicznej sugeruje „European Perspective” [Bergen Group: How Washington is keeping Europe armed but apart].
Zarzuca się ekipie Trumpa, że w przeciwieństwie do poprzednich administracji, niezależnie od ich poglądów, dąży do kształtowania i zarządzania systemem międzynarodowym w sposób korzystny dla interesów USA w krótkiej, a nie dłuższej perspektywie. To „transakcyjne” podejście jest nastawione na natychmiastowe korzyści i tego przykładem jest grupa Bergen.
Wspomniane państwa łączy nie tylko uległość wobec USA, ale przede wszystkim duże dwustronne zamówienia obronne dotyczące zakupu sprzętu wojskowego, takiego jak myśliwce F-35, systemy rakietowe HIMARS czy czołgi Abrams. Są one negocjowane indywidualnie dla każdego kraju. Te zamówienia mają „marginalizować wspólne programy europejskie, takie jak francusko-niemiecki Future Combat Air System”.
Kolejna rzecz, która je łączy, to polityka przemysłowa. Ulgi podatkowe wynikające z ustawy o redukcji inflacji, przewidziane jedynie dla produktów wytworzonych w USA sprawiają, że europejskie firmy rozważają ucieczkę z rynku Starego Kontynentu i przeniesienie inwestycji za Atlantyk. Wywołuje to wewnątrzunijne spory dotyczące stosowania subsydiów wobec towarów amerykańskich.
Wreszcie „selektywna presja dyplomatyczna” Ameryki nagradza posłuszne rządy, wyraża sympatię dla eurosceptyków i pomija Brukselę, faworyzując umowy dwustronne. Wszystko to utrudnia koordynację działań UE.
Można powiedzieć, że po raz kolejny jesteśmy świadkami podjętych przez Amerykanów prób dyscyplinowania sojuszników europejskich. Nie należy to do rzadkości, jeśli weźmie się pod uwagę wiele dekad współpracy transatlantyckiej, zainicjowanej po II wojnie światowej. Jak dotąd, to Amerykanie zawsze wychodzili z tej batalii zwycięsko.
Nie znaczy to, że Bruksela rezygnuje z realizacji swojego ambitnego planu „autonomii strategicznej”. Chodzi o stały sztab planowania wojskowego, wspólne dowództwo operacyjne i wspólny budżet obronny. By to zrealizować, konieczna jest jednomyślna zgoda państw członkowskich oraz zmiany traktatowe.
Polski spór o Trybunał Konstytucyjny i NBP ma ogromne znaczenie w batalii europejskich progresistów. Bruksela potrzebuje sukcesów.
Tak jak premier Hiszpanii cieszył się ze zwycięstwa Luli w Brazylii, także były premier Francji Dominique de Villepin mówił, że jest ono „ważnym sygnałem nadziei” nawet nad Sekwaną, gdzie tak zwana skrajna prawica wydaje się być faworytem w wyścigu prezydenckim. „Demokraci wygrali pierwszą rundę wielkiego globalnego referendum w sprawie demokracji” – obwieścił w poście na X 72-letni polityk. Były premier i minister spraw zagranicznych Francji, lider ugrupowania La France Humaniste, próbuje przedstawiać się jako stojącego ponad podziałem na prawicę i lewicę.
Węgry, Polska i inne kraje odgrywają istotną rolę w batalii o utrzymanie dominacji progresistów i realizację ich globalnej agendy. Dlatego podjęto tak zdecydowane działania cenzuralne, by zwalczać „mowę nienawiści i „bronić demokracji”.
Cenzura i obrona demokracji
Koalicja rządząca Donalda Tuska przyjęła projekt ustawy nowelizujący kodeks karny, by skazywać na wieloletnie kary pozbawienia wolności osoby podejrzane o „nawoływanie do nienawiści” ze względu na „niepełnosprawność, wiek, płeć i orientację seksualną”.
Podjęła walkę w celu zachowania „integralności informacji” i radzenia sobie z „zagraniczną manipulacją informacjami i ingerencją” (FIMI) oraz „obrony demokracji”.
Rząd Donalda Tuska zintensyfikował działania zmierzające do zmiany prawa tuż po objęciu rządów. Prokurator generalny Adam Bodnar zapowiadał nowe wytyczne i powołał zespół doradców ds. przeciwdziałania „mowie nienawiści” oraz przestępstwom motywowanym uprzedzeniami.
Stworzono definicję roboczą „przestępstw z nienawiści”, by „ułatwić ich ściganie i zwiększyć wskaźnik skazań”. Zaczęto wdrażać unijną tarczę obrony demokracji i FIMI nierozerwalnie związanych z promocją – zgodnie z wytycznymi Parlamentu Europejskiego z 2024 roku – nowej koncepcji na arenie międzynarodowej, jaką jest „integralność informacji”.
PE zaznaczył, że „cyfrowa sfera informacji stała się publiczną przestrzenią debaty: miejscem, gdzie ludzie uzyskują dostęp do informacji oraz formułują i wyrażają opinie” i „w ciągu ostatnich 10 lat globalne ekosystemy informacji stały się również coraz częściej geostrategicznymi polami bitew”. Uznano, iż państwa muszą ograniczyć „manipulacje opinią publiczną” przez „autorytarnych aktorów”, którzy „testują i dopracowują techniki manipulacji, by podsycać podziały i napięcia, aby podważyć demokratyczne społeczeństwa i otwarte systemy demokratyczne”.
Rywalizacja geostrategiczna ma się przekładać na geopolitykę korporacyjną. „Sfera informacji cyfrowej stała się terytorium spornym dla dużych korporacji, które zaciekle konkurują o przywództwo w rozwoju i wdrażaniu nowych technologii – przy czym sztuczna inteligencja (AI) jest czynnikiem zmieniającym zasady gry w tym dążeniu. Te innowacje wiążą się z ryzykiem: kampanie manipulacji informacją ułatwione przez generatywną AI potęgują zagrożenia dla demokratycznych ekosystemów informacyjnych” – czytamy.
Unijne instytucje łączą więc – podobnie jak robi to ONZ – kwestię walki o „integralność informacji” ze zwalczaniem „informacji MDM” (to jest mis-, mal- i dezinformacji) i tak zwanej mowy nienawiści oraz obroną wartości demokratycznych, w tym „integralności wyborów” (ochrona przed zewnętrzną ingerencją).
Czytamy w briefingu PE, że „W UE szerokie pojęcie integralności informacji mieści się w zakresie rozwijającej się europejskiej idei tarczy demokracji. Po raz pierwszy ogłoszona w lipcu 2024 roku inicjatywa tarczy demokracji łączy istniejące prace mające na celu przeciwdziałanie zagranicznej manipulacji informacjami i ingerencji (FIMI) z wdrażaniem kluczowych przepisów i inicjatyw mających na celu poprawę zdrowia sfery informacji. Obejmuje to regulację platform internetowych i wyszukiwarek w Akcie o usługach cyfrowych (DSA), w tym wzmocniony kodeks postępowania z 2022 roku, aby platformy internetowe zrobiły więcej, by ograniczyć manipulację informacjami i mowę nienawiści, a także pracę Europejskiego Obserwatorium Mediów Cyfrowych (EDMO) i jego regionalnych centrów. Obejmuje również Akt o sztucznej inteligencji z jego opartym na ryzyku podejściem do regulacji sztucznej inteligencji, w tym generatywnej manipulacji informacjami ułatwionej przez sztuczną inteligencję, takiej jak deepfakes, europejskim Aktem o wolności mediów i rozporządzeniem w sprawie przejrzystości i ukierunkowania reklam politycznych”.
Wszystkie te i nowo tworzone regulacje związane z „integralnością informacji” w UE są kluczowe dla uzasadnienia daleko idącej ingerencji władz unijnych w debatę publiczną oraz w ogóle ingerencji w procesy wyborcze w innych państwach. Potwierdzono to w tym wyjaśnieniu, opisując szczegółowo inicjatywy podjęte i prowadzone m.in. przez Europejską Służbę Działań Zewnętrznych (ESDZ), która to służba wymyśliła termin „zagraniczne manipulacje informacjami i ingerencje” (FIMI – Foreign Information Manipulation and Interference). W 2021 roku zdefiniowano go jako zachowanie, „które zagraża lub może negatywnie wpłynąć na wartości, procedury i procesy polityczne”, ma „charakter manipulacyjny” i jest „prowadzone w sposób celowy i skoordynowany”, obejmując „podmioty państwowe lub niepaństwowe, w tym ich pełnomocników wewnątrz i na zewnątrz ich własnego terytorium”. W oparciu o tę definicję KE ingerowała w wybory prezydenckie w Rumunii.
To państwa europejskie promują koncepcję „integralności informacji” na forum ONZ. Udało im się m.in. doprowadzić do przyjęcia jej w dokumentach końcowych ze Szczytu Przyszłości: w Pakcie na rzecz Przyszłości, Globalnym Pakcie Cyfrowym i Deklaracji w sprawie przyszłych pokoleń. Podkreślono tam kwestię „współpracy w celu promowania integralności informacji, tolerancji i szacunku w przestrzeni cyfrowej, a także ochronę integralności procesów demokratycznych”.
Obecnie państwa, które niegdyś przyjęły Deklarację Praw Człowieka, chroniącą wolność słowa jako fundament dla innych praw człowieka, zmierzają do ograniczenia tego prawa, licząc, że państwa w różnych aktach międzynarodowych zgodzą się na daleko idącą ingerencję w imię „wyższego dobra”, jakim miałaby być ochrona demokracji.
Służba dyplomatyczna UE rozszerza swoją działalność w związku z przeciwdziałaniem FIMI (EUvsDIsinfo, system szybkiego ostrzegania RAS, StratCom; Bruksela zintensyfikowała współpracę z NATO, G7, budowane są centra wymiany informacji i analiz – FIMI ISAC itp.).
W ramach tworzonej „Europejskiej tarczy demokracji” prowadzone są szeroko zakrojone działania komisarza ds. demokracji, sprawiedliwości, praworządności i ochrony konsumentów, irlandzkiego księgowego Michaela McGratha. Poparł on wymierzone w TK siłowe rozwiązania rządu Tuska, Hołowni, Kosiniaka-Kamysza i Czarzastego.
20 stycznia 2025 roku KE poinformowała o zmianie Kodeksu postępowania w sprawie zwalczania nielegalnej mowy nienawiści w Internecie +. Dokument został włączony do ram regulacyjnych Aktu o usługach cyfrowych (DSA)
Walka o zachowanie politycznej kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym w Polsce – co powszechnie wiadomo – ma uniemożliwić naszemu krajowi wyswobodzenie się z unijnej i globalnej agendy progresywnej.
Polska burzy nie tylko kontynentalne, ale także globalne plany Brukseli.
Kryzys wokół NBP
Na dniach okaże się, czy nasz kraj nie pogrąży się w szerszym kryzysie monetarnym i czy zachowamy kontrolę operacyjną nad rekordowymi rezerwami złota zgromadzonymi przez NBP.
Jak sugeruje analityk Izabella Kamińska, wariant wenezuelski czy libijski w kwestii uznawania decyzji NBP, jest jak najbardziej realny.
Spór o Trybunał Konstytucyjny dotyczy bowiem także Narodowego Banku Polskiego (NBP), gdzie rządząca koalicja próbuje postawić przed Trybunałem Stanu prezesa Adama Glapińskiego, sojusznika byłego rządu PiS.
16 października, a więc jeszcze przed tragicznymi wydarzeniami z 30 października była dziennikarka „Financial Times” prowadząca newsletter „The Peg”, pisała, że w najgorszym przypadku Polska może skończyć jak Libia – z dwoma rywalizującymi bankami centralnymi i chaosem uderzającym w stabilność krajowej waluty.
Ekipa Donalda Tuska stara się odsunąć od władzy prezesa Glapińskiego, oskarżając go o wprowadzanie w błąd Ministerstwa Finansów w sprawie zysku NBP za 2023 rok oraz o pośrednie finansowanie deficytu budżetowego poprzez zakup obligacji pandemicznych. Tusk zabiegał o proces od 2024 roku, ale wycofał się z niego w lutym z powodu obaw inwestorów i wznowił w październiku tego roku, gdy komisja sejmowa zarekomendowała jego przeprowadzenie.
Tymczasem Trybunał Konstytucyjny orzekł w 2024 roku, że wniosek o wszczęcie postępowania wymaga poparcia większości trzech piątych głosów w Sejmie, czyli 276 posłów, a nie bezwzględnej większości 231. TK odrzucił także możliwość automatycznego zawieszenia prezesa. Między 5 a 6 listopada zaplanowano głosowanie w tej sprawie. Przejęcie TK przez sędziów Tuska pozwoliłoby m.in. na zmianę orzeczenia niekorzystnego dla koalicji rządzącej.
Na domiar złego 4 listopada wygasa także kadencja wiceprezesa NBP Adama Lipińskiego, a premier celowo nie zgadza się na nowe nominacje, traktując to jako kartę przetargową w walce o przejęcie TK. Wakat sprawi, że liczba członków zarządu NBP spadnie z siedmiu do sześciu, poniżej minimum określonego w art. 17 ustawy o NBP.
Powstaje pytanie, kto będzie miał uprawnienia do zwoływania Rady Polityki Pieniężnej, autoryzowania operacji, przesuwania rezerw, czyje instrukcje powinny przyjmować zagraniczne instytucje finansowe? Jednym słowem grozi nam poważny kryzys monetarny spowodowany paraliżem zarządczym.
Sami zachęcamy „złośliwców”, którzy będą chcieli osłabić złotówkę do ataku na polską walutę, gdyż będzie jeśli nie niemożliwa, to przynajmniej utrudniona duża interwencja walutowa. Istnieje poważne ryzyko wzrostu kosztów obsługi zadłużenia z powodu pojawienia się dodatkowych ryzyk.
„Konsekwencje takiego stanu rzeczy mogą być poważne także dla międzynarodowej stabilności monetarnej i porządku geopolitycznego” - uważa analityczka. Chodzi m.in. o rozliczenia międzybankowe.
Kamińska snuje pięć możliwych scenariuszy i ten najkorzystniejszy związany z opanowaniem sporu wydaje się być najmniej prawdopodobny. Jeden ze scenariuszy zakłada powstanie dwóch rywalizujących wersji banku centralnego, co pogłębi chaos prawny i spowoduje ucieczkę inwestorów. Inny przewiduje arbitraż EBC, ale Europejski Bank Centralny musiałby wesprzeć Glapińskiego, przeciwstawiając się unijnym instytucjom, z kolei akceptacja zawieszenia prezesa NBP podważyłaby niezależność, na której opiera się legitymacja EBC. Opowiedzenie się po stronie Brukseli, potwierdzałoby twierdzenia znacznej część polskiej klasy politycznej dot. zapędów centralistycznych Brukseli pragnącej narzucić nam euro. Inny scenariusz zakłada, że dostęp do euro zostaje przerwany, dostęp do dolara – utrzymany. NBP pod przewodnictwem Glapińskiego mogłoby zachować władzę, instytucje europejskie mogłoby uznać kogoś innego, a niektóre kanały rozliczeniowe lub płynnościowe w euro zostałyby ograniczone. Byłoby to równoznaczne z wypowiedzeniem Polsce wojny – uważa Kamińska. Ponadto, gdyby kanały euro zostały zablokowane, a dolarowe pozostały otwarte, polskie instytucje mogłyby przekierować przepływy przez dolarowe banki korespondencyjne, czyniąc nasz kraj zależnym od dolara i otwierając drogę dla stablecoinów.
Powstaje także problem dotyczący tego, kto zachowa operacyjną kontrolę nad polskimi zasobami złota (rekordowe 632 tony).
Mówi się o scenariuszu libijskim, w ktorym zagraniczni powiernicy decydowaliby, czyje instrukcje są dla nich ważne. Libia to wzorcowe upadłe państwo z dwoma rywalizującymi ośrodkami władzy, które walczą o legitymizację swoich instytucji i pieniędzy na arenie międzynarodowej.
Gdyby wygrał wariant wenezuelski, wówczas Polacy mogą stracić kontrolę operacyjną nad rezerwami złota znajdującymi się np. w Banku Anglii, który odmówił wydania ich upadłemu już rządowi Nicolasa Maduro.
Mogłaby rozgorzeć batalia prawna odnośnie do właściwej reprezentacji banku, w którą mogłyby włączyć się inne instytucje finansowe od Frankfurtu przez Paryż po Waszyngton. Chociaż „polskie pieniądze są osadzone w instytucjach europejskich, to jednak ich powiązanie w zakresie bezpieczeństwa sięga Waszyngtonu, gdzie Karol Nawrocki ma bliskie relacje z Trumpem, a Warszawa negocjuje utworzenie stałej bazy amerykańskiej, więc starcie między polskimi i europejskimi instytucjami mogłoby postawić USA i UE po przeciwnych stronach” – czytamy w analizie zamieszczonej na stronie intellinews.com: „COMMENT: Poland's court war could split its central bank in two – The Peg”.
Sytuacja w naszym kraju jest niebezpieczna, a kryzys wielowymiarowy.
Z punktu widzenia polskiego obywatela, to co się stało przed TK jest po prostu atakiem lewicowej, tchórzliwej władzy na naród, na każdego z nas. Co do tego nie można mieć wątpliwości. Jest jaskrawą manifestacją „miękkiego totalitaryzmu”, któremu należy bezwzględnie się przeciwstawić. I znowu, trzeba powiedzieć, że sami sobie zgotowaliśmy ten los, wybierając ludzi, którzy przecież już wcześniej pokazali, do czego są zdolni.
Agnieszka Stelmach








