Bóg tak, Kościół nie. Dlaczego to droga donikąd

Bog-tak-Kosciol-nie.jpg
Oprac. PCh24.pl

„Wierzę w Boga, ale Kościół nie jest mi potrzebny” — to sposób myślenia, który coraz mocniej przenika współczesną duchowość. Wielu ludzi odchodzi dziś od Kościoła zranionych zgorszeniami, hipokryzją i grzechami jego członków. Problemem staje się sytuacja, w której wraz z ludzką słabością odrzucamy również miejsce, które Chrystus pozostawił jako przestrzeń realnego spotkania z Nim.

Kościół, który rozczarował

Nadużycia, hipokryzja, zgorszenia, polityczne uwikłania, pycha duchownych — wszystko to sprawia, że część wiernych odwraca się od wspólnoty. Upadki ludzi Kościoła mają szczególnie niszczącą siłę, bo prowadzą wielu wiernych do zwątpienia i duchowego zniechęcenia. I trudno się temu dziwić. Chrystus sam powiedział: „Biada światu z powodu zgorszeń” (Mt 18,7).

Nie wolno lekceważyć bólu ludzi zgorszonych przez grzechy duchownych. Dla wielu był to autentyczny duchowy wstrząs i utrata zaufania. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy odrzucając grzech ludzi Kościoła, odrzucamy również sam Kościół.

Zróbmy to razem!

Wiele osób wybiera dziś duchowość przeżywaną „po swojemu”: modlitwę bez wspólnoty, Boga bez sakramentów, wiarę bez Kościoła. Rezygnują ze spowiedzi i Eucharystii, bo udzielają ich „grzeszni księża”. W rezultacie cudzy grzech staje się początkiem naszego własnego oddalenia od Boga.

Zdania, które dziś często padają w dyskusji na temat Kościoła brzmią: „Nie potrzebuję instytucji, żeby mieć relację z Bogiem”, „Wierzę, ale po swojemu”, „Bóg jest wszędzie”.

Problem często nie polega jednak wyłącznie na zgorszeniu. Zgorszenie bywa początkiem, ale bardzo szybko pojawia się coś więcej: niechęć wobec wymagań Ewangelii. Człowiek akceptuje Boga, dopóki Bóg nie zaczyna stawiać granic. Kościół przypomina o grzechu, nawróceniu, moralności, odpowiedzialności i krzyżu. Właśnie dlatego wielu woli duchowość prywatną — bo prywatny Bóg nie stawia wymagań większych niż te, które sami jesteśmy gotowi zaakceptować.

Chrześcijaństwo nigdy nie było prywatnym projektem duchowym. Chrystus nie powiedział: „Każdy niech wierzy po swojemu”. Powiedział:

„Ty jesteś Piotr i na tej opoce zbuduję mój Kościół” (Mt 16,18).

I jeszcze:

„Kto was słucha, Mnie słucha” (Łk 10,16).

Kościół to nie tylko pojedynczy księża czy konkretni biskupi, których dziś obserwujemy. To również dwa tysiące lat nauczania, świadectwa świętych, męczenników, Ojców Kościoła i ludzi, którzy przez wieki wiernie przekazywali Ewangelię kolejnym pokoleniom. Odrzucając Kościół, człowiek nie odcina się jedynie od instytucji czy konkretnego duchownego. Odcina się od całego duchowego dziedzictwa chrześcijaństwa.

Św. Cyprian z Kartaginy pisał:

„Nie może mieć Boga za Ojca ten, kto nie ma Kościoła za Matkę.”

To zdanie dziś brzmi radykalnie, ale dotyka istoty problemu. Nie da się oddzielić Chrystusa od wspólnoty, którą nam pozostawił. Nie da się kochać Chrystusa i jednocześnie odrzucać Jego Oblubienicy.

Kościół od początku był wspólnotą słabych ludzi

Często słyszymy: „Kościół jest pełen grzeszników”. Ale chrześcijaństwo nigdy tego nie ukrywało. Piotr się zaparł. Tomasz zwątpił. Uczniowie uciekli spod krzyża. A jednak właśnie im Chrystus powierzył swój Kościół.

Św. Paweł pisał: „Mamy zaś ten skarb w naczyniach glinianych” (2 Kor 4,7).

Kościół od początku był wspólnotą ludzi słabych, którzy potrzebują miłosierdzia. Nie wspólnotą doskonałych.

Św. Jan Chryzostom twierdził, że Kościół jest „duchowym szpitalem”. Odejście od Kościoła z powodu grzeszników przypomina rezygnację z leczenia, bo inni chorzy także są słabi. „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają.” (Mk 2,17)

Kościół jest święty nie świętością swoich członków, ale obecnością Boga.

Co tracimy, odchodząc?

Odsuwając się od Kościoła, wielu ludzi rezygnuje z jego największego skarbca: sakramentów. A przecież Eucharystia i spowiedź nie są jedynie religijnymi symbolami ani elementami tradycji. To realne działanie Boga.

Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina: „Eucharystia jest źródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego” (KKK 1324).

Jeżeli naprawdę wierzę, że Chrystus jest obecny w Eucharystii, że przychodzi do człowieka żywy i prawdziwy — jak mogę twierdzić, że mi tego nie potrzeba?

Chrześcijaństwo od początku nie było łatwą i wygodną drogą. Gdy Chrystus zaczął mówić o konieczności spożywania Jego Ciała, wielu uczniów odpowiedziało: „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?” (J 6,60). A Ewangelia dodaje: „Odtąd wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło” (J 6,66).

Chrystus nie złagodził wtedy swojej nauki, by zatrzymać tłumy. Nie próbował dopasować prawdy do oczekiwań ludzi. Pozwolił im odejść. Bo prawda nie przestaje być prawdą tylko dlatego, że staje się wymagająca.

Wyobraźmy sobie człowieka, który mówi bliskiej osobie: „Chcę mieć z tobą relację, ale nie będę się z tobą spotykał. Nie chcę przychodzić do twojego domu. Wystarczy mi kontakt na odległość.” Czy taka więź ma szansę naprawdę się rozwinąć? Czy może pozostać żywa, głęboka i bliska bez realnej obecności, czasu i spotkania?

Chrystus nieustannie czeka na każdego z nas. W ciszy tabernakulum. W Eucharystii. W sakramencie pojednania.

Bez względu na to, jak bardzo pogubieni bywają ludzie Kościoła.

Wiara „po swojemu”

Dzisiejsza kultura promuje indywidualizm i autonomię. Człowiek chce sam ustalać granice dobra i zła, wybierać wygodne fragmenty Ewangelii i odrzucać te trudniejsze.

W efekcie bardzo łatwo tworzymy Boga na własny obraz. Bez Kościoła wiara szybko staje się duchowością podporządkowaną własnym emocjom i przekonaniom. Jeśli coś nie zgadza się z moim osobistym osądem, uznaję, że „Kościół jest zbyt radykalny”.

Współczesny człowiek często deklaruje: „kocham Jezusa, ale nie Kościół”. Problem w tym, że bardzo często chodzi o Jezusa wyobrażonego — Jezusa, który nigdy nie mówi o grzechu, nie stawia wymagań i niczego nie osądza.

Wiara „po swojemu” bardzo często kończy się tym, że ostatnim autorytetem pozostaje własne „ja”. To człowiek decyduje wtedy, które słowa Ewangelii są aktualne, które przykazania go obowiązują i jaki właściwie ma być Bóg. Nie oddaje już czci Bogu prawdziwemu, lecz własnym wyobrażeniom o Nim.

Często chcemy: pocieszenia bez nawrócenia, duchowości bez posłuszeństwa, Boga bez krzyża.

U podstaw wielu współczesnych odejść od Kościoła leży nie tylko zranienie, ale również pycha. Człowiek chce sam decydować, czym jest dobro, grzech i prawda. Nie chce być prowadzony. Nie chce słuchać. Chce duchowości bez posłuszeństwa.

Benedykt XVI pisał: „Chrześcijanin nigdy nie może uważać, że wiara jest sprawą prywatną”.

Powolne oddalanie

Bardzo rzadko kończy się na samym odejściu od instytucji. Najpierw znika regularna spowiedź. Potem Eucharystia. Później modlitwa staje się okazjonalna. W końcu Bóg pozostaje już tylko mglistym „kimś ponad nami”, dodatkiem do dobrego samopoczucia albo źródłem emocjonalnego komfortu.

Człowiek odrzucający Kościół w imię „wolności duchowej” bardzo często nie przestaje wierzyć. Zaczyna po prostu wierzyć wyłącznie sobie.

Chrześcijaństwo nie polega jednak na tworzeniu własnej prawdy. Nie opiera się wyłącznie na emocjach, prywatnych przekonaniach czy chwilowym „poczuciu Boga”.

Chrystus nadal pozostaje w swoim Kościele

Kościół tworzą ludzie posiadający wolną wolę. Czasami wybierają zło. Ale ich wybór nie może decydować o mojej odpowiedzi na Boga. Bo jeśli naprawdę wierzę w Chrystusa, potrzebuję Jego obecności. Potrzebuję oczyszczenia serca. Potrzebuję Eucharystii. Potrzebuję łaski.

Jak mogę mówić: „wierzę w Ciebie” i jednocześnie nie podejmować trudu, by być bliżej?

Św. Augustyn pisał: „Dla was jestem biskupem, z wami jestem chrześcijaninem.”

To przypomnienie, że również ludzie Kościoła potrzebują zbawienia. Nie są wolni od słabości. A jednak Chrystus mimo wszystko pozostał w swoim Kościele. Nie wycofał Eucharystii. Nie odebrał sakramentów. Nie przestał działać przez słabych ludzi.

Droga donikąd

„Bóg tak, Kościół nie” często brzmi jak próba ocalenia wiary. W rzeczywistości bardzo często staje się początkiem powolnego oddalania się także od Boga.

Chrystus nie zostawił nam jedynie zbioru idei ani inspirującej filozofii życia. Zostawił Eucharystię. Sakramenty. Wspólnotę. Kościół. Wiedział, komu go powierza — Piotrowi, który się zaprze, Apostołom, którzy uciekną, ludziom słabym i grzesznym. A mimo to nie wycofał swojej obecności.

Dlatego pytanie nie brzmi dziś tylko: „Czy Kościół mnie rozczarował?”. Pytanie brzmi również: czy przez grzech człowieka jestem gotów zrezygnować z bliskości Chrystusa, który wciąż czeka na mnie w ciszy tabernakulum?

Anna Dubaniowska

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: