Filip Obara: Nie czytam alertów RCB. Zablokowałem nadawcę!

Alerty RCB zablokowałem w czasach covidowych. Od tej pory tylko o nich słyszę od znajomych albo w mediach. I nie zamierzam ich odblokować. Nie dlatego, że reaguję lękowo, ale dlatego, że reaguję złością, gdy ktoś próbuje wzbudzać we mnie lęk i robi ze mnie idiotę. Po prostu nie potrzebuję dodatkowych emocji.
Kolega wyznał kiedyś, że lubi spotykać listonosza, ponieważ Poczta Polska to jedyna instytucja, dzięki której państwo polskie codziennie komunikuje się z obywatelem i to bez balastu złych emocji, ale z uprzejmym dzień dobry i szerokim uśmiechem.
Alerty RCB zrobiły się popularne w czasie, gdy po ulicach jeździły szczekaczki policyjne, oznajmiające, iż mamy stan pandemii i nie powinniśmy wychodzi z domu. Dzięki nim – nie odpalając wiadomości – dowiadywaliśmy się o kolejnych legendarnych „wariantach” słynnego wirusa. Gdy zaś minęła psychoza, rząd uznał, że narzędzia powszechnej komunikacji z obywatelem należy używać w roli upiornej, SMS-owej pogodynki.
Straszą nas zimnem, straszą deszczem, straszą wiatrem, a teraz – upałem. Nasze nerwy muszą być utrzymywane w stanie ciągłego napięcia, a jednocześnie mamy mieć przekonanie, że nad wszystkim czuwa opiekuńcza władza, dzięki której nie musimy nawet myśleć, jak ubierzemy się jutro rano...
No, nad prawie wszystkim. Bo chwilę przed tym, jak Polacy otrzymali alert o tym, żeby uważać z używaniem piecyków gazowych, zdarzyło się akurat, że z Ukrainy wleciała sobie rakieta i zostawiła w ziemi lej, jak na filmie wojennym albo jak... na wojnie. Cudem, akurat tym razem rakieta nikogo nie zabiła, tak więc – Polacy, nic się nie stało. Ale uważajcie na wysokie temperatury.
Dostając tego typu wiadomości, czułem się, jakby do sterów państwa polskiego dorwała jakaś grupa przypadkowych szczyli z sianem w głowie, którzy widząc, że mają do dyspozycji nieograniczone środki i nieograniczoną tolerancję niezdolnego walnięcia pięścią w stół społeczeństwa, mówili sobie: Ty, patrz, Seba, klikam i idzie SMS do wszystkich, he he he.
Ale czy naprawdę chodzi o alerty? Nie, chodzi o powagę państwa polskiego. Podczas gdy my dostajemy bezsensowne alerty, tragedia w Przewodowie (gdzie akurat rakiety nie trafiły w puste pole, ale w Polaków, pozbawiając ich życia) pozostaje nierozliczona, nie wspominając o tragedii wołyńskiej i obecnych wrogich działaniach naszego „wschodniego sojusznika”.
W tym samym czasie dowiadujemy się, że w ukraińskim słowniku politycznym jednak istnieje słowo „przepraszam”. Gdy Irańczycy zagrozili nalotami odwetowymi za „incydentalne” (podobnie jak w Przewodowie?) zaatakowanie statku na Morzu Kaspijskim, Ukraińcy nagle spokornieli i złożyli formalne przeprosiny na ręce rządu w Teheranie.
Przychodzi do głowy myśl, nad którą chce się płakać gorzkimi łzami, gdyż należy do gatunku political fiction, nawet jeżeli w swojej istocie jest prawdziwa. Otóż, i nas by Ukraińcy przeprosili, gdybyśmy mieli po swojej stronie argument siły, a u sterów – mężczyzn, którzy nie pozwalają by pluto w twarz narodowi, któremu mają służyć.
Ta myśl towarzyszy mi, gdy ostrze YouTubowej satyry uderza w absurd alertów RCB. Spocznę więc z piwem na hamaku, nie myśląc o upierdliwych alertach, a wiejskie życie wokół mnie potoczy się zwyczajnym biegiem, w większości oderwanym od spraw polityki.
Szkoda tylko, że marzenie o poważnym państwie polskim, które ma odwagę odpowiadać atakami odwetowymi, jest równie nieuchwytne, jak rudzik, który przysiądzie czasem na gałęzi mojej magnolii... Ale, co tam – Polacy, nic się nie stało i, Kochani, uważajmy na upały. To ważne. Naprawdę.
Filip Obara







