Gdy gromy grzmią w oddali, o „Błyskawicach” Teodora Jeske-Choińskiego słów kilka

Wydaje się, że każdy katolik poznając świadomie wiarę i pogłębiając swoją wiedzę o niej jak i o zagrażających jej doktrynach, prędzej czy później zacznie zgłębiać temat rewolucji francuskiej. Sama rewolucja nie jest wydarzeniem ukrytym, które trzeba wydobywać z kazamatów zapomnienia i zapleśniałych książek poukrywanych w archiwach. Edukacja publiczna najczęściej przedstawia rewolucję jako wydarzenie pozytywne. Niewiele bądź wcale nie mówi się o oporze i męczeństwie Wandejczyków, albo niewiele miejsca poświęca się na krytykę filozofii Oświecenia. Z kolei obalonej koronie nie przyznaje się adwokata, choćby z urzędu. Powieść Teodora Jeske-Choińskiego Błyskawice jest próbą zgłębienia tych czasów, przedstawienia ich nieco inaczej, patrząc z perspektywy dzisiejszej – niepoprawnie politycznie.
Czym są błyskawice?
Na tak postawione pytanie można odpowiedzieć w dwójnasób. Szukając przyziemnej odpowiedzi na pytanie o niebieski fenomen, można nazwać piorun wyładowaniem elektrostatycznym naturalnie towarzyszącym burzom. Inne spojrzenie, sięgające ponad materialne widzenie świata, widzi w błyskawicy znak boskiej mocy, niebiański ogień, karzący grzesznego człowieka. Widok rozpalonego zygzaka na niebie w tej perspektywie jest znakiem ostrzegawczym, nakazującym człowiekowi przemyśleć swoje dalsze kroki. Pioruny towarzyszą burzom, ale najpierw je poprzedzają. Błyskawice Choińskiego wpisują się w taką metaforykę ogni niebieskich. Są preludium trylogii opowiadającej dzieje rewolucji francuskiej, na którą składają się także powieści Jakobini i Terror. Pioruny nawiedzające tę książkę są złowróżbnym omenem. Przecinają niebo, w chwilach, gdy losy Francji Burbonów ważą się, a ancien régime chwieje się w posadach. Szczególnie wybrzmiewa to w scenie, gdy wiejska arystokracja zbiera się by uradzić wspólne stanowisko na czas Zgromadzenia Stanów Generalnych. Wówczas to prababka głównego bohatera wygłasza ponure proroctwo. Słowom starowinki, wieszczącej nadchodzący terror i rozlew bratniej krwi, towarzyszy łomot wichru dobijającego się do Siedliszcza rodu. Nawałnica zawodzi na zewnątrz i grozi błyśnięciami, tak jakby natura potwierdzała prorocze słowa. Bo o tym właśnie jest ta powieść, jest opisem świata czekającym na burzę, spoglądającym na rozbłyski na horyzoncie zastanawiając się, czy żywioł uderzy czy też przejdzie bokiem.
Bohaterowie dramatu
W zasadzie można powiedzieć, że bohaterami Błyskawic są przedrewolucyjni Francuzi w ogóle. Bowiem autor daje nam wgląd w motywacje i działania tych, którzy rewolucji sprzyjali, oraz pokazuje nam „reakcjonistów”; „czarnych” znajdujących się po drugiej stronie barykady. W tym miejscu trzeba wyrazić po raz pierwszy uznanie dla pracy jaką wykonał Jeske-Choiński. Błyskawice są powieścią historyczną nie tylko z nazwy, jak to się zdarza u pośledniejszych pisarzy, one żyją i wyrastają z tamtej epoki. Postaci historyczne poruszają się na jej kartach, głosząc tezy, które znane są nam w opracowaniach epoki. Możemy sobie tylko wyobrażać, ile godzin poświęcił pisarz ślęcząc nad książkami i wyłuskując z nich te fakty i charaktery aktorów dramatu.
Niemniej, powieść ma też tego jednego bohatera, którego można określić mianem głównego. Jest nim Gaston de Clarac, wiejski arystokrata a przede wszystkim żołnierz, który przybywa do przedrewolucyjnego Paryża złożyć w imieniu swego rodu hołd królowi. Przez oczy Gastona oglądamy typowy salon paryski XVIII wieku. Tworzący go ludzie bawią się w filozofię, powtarzając na wpół zrozumiane nauki „boskiego” Rousseau i kpiąc z wszystkiego naśladując jad Woltera. Ich postawa jest jednak wyraźnie pozerska, płytka – fascynacja współczesną filozofią to dla nich nic więcej niż kolejna rozrywka w próżniaczym życiu. Nie znaczy to, że w książce nie znajdziemy „wierzących” (w rewolucję) oświeceniowców – o nich będzie dalej. Gaston kilka razy próbował przemówić do rozsądku swym ziomkom ze stanu szlacheckiego. Jest autorem kilku mów, w których bądź to zbija argumenty postępowych arystokratów bądź nawołuje do opamiętania, przestrzegając przed namiętnością wyzwolonego ludu. Warto zaznaczyć, że deklamacje postaci – zarówno Gastona jak i historycznych przywódców i prowodyrów rewolucji – są naprawdę dobrze skonstruowane. Poruszają serca słuchaczy i tego kto je czyta, ale nie opuszczają argumentacji. Choć ponownie, gdy dekadencka arystokracja odpowiada Gastonowi łatwo spostrzec, że po prostu powtarzają bezmyślnie wyuczone frazesy, które mówi się, bo tak wypada w tym towarzystwie. Inaczej wypadają wystąpienia pomysłodawców idei wywrotowych, ci wiedzą co mówią i mocno w to wierzą.
Drugą postacią, będącą niejako w kontraście do Gastona jest hrabianka Zofia de Laval. Ona z kolei wierzy w idee Rousseau, wierzy encyklopedystom i całemu temu ruchowi filozoficznemu. Opis książki umieszczony od wydawcy zdradza czytelnikowi, że pomiędzy tą dwójką zakwitnie miłość. Rzeczywiście, młoda Zofia wpada w zauroczenie rycerzem a i on nie pozostaje obojętny na jej piękno. Różne stanowiska ideologiczne na jakich stoją nadają tym uczuciom romantycznej dramaturgii, przeszkody jaką zakochani muszą pokonać, jeśli chcą być razem. Jednak romans ten nie jest centralną osią akcji powieści. Owszem, nietrudno go dostrzec, czytamy o tym jak Zofia durzy się w Gastonie z jej fantazji i gorszy „czarnym” Gastonem – rzekomym przeciwnikiem wolności, nieomal wrogiem ludu. Mimo to można jasno stwierdzić, że autor nie miał zamiaru pisać romansu. Jeżeli ktoś poszukuje przede wszystkim czegoś takiego, nie znajdzie na kartach Błyskawic podobnej historii. W zasadzie ciężko powiedzieć, czemu autor go umieścił, gdyż w pewnym momencie wydaje się, jakby sam stracił nim zainteresowanie. Wiele więcej miejsca poświęcone zostało intrygom politycznym i psychologii tłumu. Romans ów służy nadaniu być może tamtym wydarzeniom rysu bardziej intymnego – oto mamy młodego mężczyznę, o konserwatywnych poglądach i pannę będącą zafascynowaną „postępem”, która prędko na własnej skórze przekona się o utopijności wyznawanych poglądów. Ostatecznie jednak z tej mikro perspektywy autor chętniej przeskakuje na skalę makro, gdzie wyraźnie wykazał więcej pasji.
Burza nadchodzi
Fabuła książki skupia się przede wszystkim na ciemnych chmurach sunących ku Francji, mających uderzyć w Paryżu. Choiński nie romantyzuje przeszłości ani przedrewolucyjnego porządku. Nie można zarzucić mu pochwały Oświecenia i jego głównych idei, jednak nie waha się przed punktowaniem stanu Francji. To zblazowanie arystokracji, rozleniwionej bezczynnością, sparaliżowanej idyllicznymi bajkami Rousseau umożliwiło ideom rewolucji przeniknąć arystokrację.
Kawaler Gaston de Clarac w kilku miejscach powieści wprost diagnozuje chorobę toczącą Francję. Wskazuje na anachroniczność systemu feudalnego, na potrzebę głębokich reform, ale przy zachowaniu tego co w wielowiekowym dębie Burbonów pozostało zdrowe. Jako żołnierz, weteran pól bitew w tym walk z Indianami w Ameryce, jest świadom chwiejności tez Rousseau o szlachetnym dzikusie. Mamy zresztą okazję przekonać się o tym na własne oczy, gdy autor przytacza zamieszki w Paryżu albo stwarza zagrożenia, w których Gaston może wykazać się swoją rycerskością. Ratuje on pannę de Laval z opresji, gdy atakują ją banda rabusiów albo chłopi podchodzą pod włości jej wuja, u którego przebywa. To co dla rycerza jest potwierdzeniem swojego doświadczenia dla kobiety staje się ciosem w jej „ja”. Jest zdruzgotana widząc prostych ludzi, których miała za uosobienie rousseowskiej cnoty, z gwałtem i przemocą w sercu. Autor pokazuje w swojej powieści, że zrzucenie gorsetu kultury i cywilizacji nie prowadzi do żadnej upragnionej wolności ani szlachetności pierwotnego dzikusa. Gdy projektantom rewolucji udało się zdjąć ze społeczeństwa francuskiego ramy wytyczone przez Boga, tradycję i porządek społeczny na ich miejsce przyszła fala namiętności, dzikiej i bakchicznej w swym szale. Choiński opisał skromny ułamek zbrodni jakie miały miejsce w tamtych dniach, gdy rewolucja z krzykiem i krwią przyszła na świat. Ich opisy nie są szczęśliwie dla wrażliwości czytelniczej dosadne i częste, ale bez wątpienia przemawiają do wyobraźni. Wydaje mi się jednak, że bardziej niż sceny zdobycia Bastylii przemawiają sylwetki psychologiczne ludzi. Tak jak napisałem wyżej, Choiński nie usprawiedliwia dawnego porządku i dostarcza wyjaśnień, dlaczego do rewolucji w ogóle doszło. Gdy kreśli przed nami charakterystyki części z prowodyrów tych wydarzeń – Mirabeau, Dantona czy Desmoulinsa wchodzi także w ich psychikę. Z jednej strony ukazuje ich rozczarowanie systemem, który niejako uwiązał ich na nizinach drabiny społecznej, z drugiej strony nie wybiela ich w myśl popularnej dziś logiki „moja krzywda usprawiedliwia mój występek”. Ci trzej panowie nosili w swoich sercach wady moralne, takie jak: lenistwo, gniewliwość czy chorobliwa ambicja, pragnąca wiele przy niewielkim wysiłku. Widoczne u nich niedostatki w cnocie zamierzali nadrobić zmianą świata, zamiast przemianą siebie. To bardziej te wady niż rzeczywiste oburzenie na niesprawiedliwość Francji monarchistycznej podburzyły ich do działania.
Wnioski końcowe
Choć Jeske Choiński w swojej prozie porusza sprawy ważkie, rangi cywilizacyjnej, robi to z wyczuciem i wrażliwością. Nie łapie czytelnika w sieć ciężkiego, barokowego, języka. Wręcz przeciwnie, stosuje prostą - acz nie prostacką - polszczyznę, zachęcającą czytelnika do obcowania z tekstem. Nie znaczy to, że miłośnicy języka polskiego i jego piękna obejdą się ze smakiem. Gdy postaci dają popisy oratorskie są one zbudowane zgodnie ze sztuką retoryczną. Narracja nie boi się sięgać ku metaforom i ślicznym formułom, wydobywając z polszczyzny oszczędną elegancję. Jest to, jak myślę, dobra cecha prozy, zwłaszcza takiej, która stawia sobie za cel przedstawienie dawnych epok albo – jak w tym przypadku – omówienia zawiłych problemów społecznych. Dzięki temu czytelnik nie musi siłować się z tekstem, ani też znowu nie głupieje.
Nie da się nie zauważyć negatywnego stosunku autora do rewolucji i stojących za nią idei czy tajnych organizacji. Interesującym było ukazanie przez niego jak wiele czynników doprowadziło do tych wydarzeń, które wcale nie zaczęły się w roku 1789 czy parę miesięcy wcześniej. Jasno wyprowadza linię pomiędzy nimi, a wcześniejszą działalnością encyklopedystów z Wolterem na czele. Nie bagatelizuje też znaczenia trudnego położenia francuskich niższych stanów, ciśniętych przez wysokie podatki i głód. Wyższe stany, przede wszystkim arystokracja, zgnuśniały i bawiły się bezmyślnie w filozofię, bo tak nakazywała moda, samej ledwie rozumiejąc konsekwencje wyznawanych idei. Król Ludwik XVI był i ofiarą swoich czasów i charakteru. Dobroduszny i spolegliwy, również ogłuszony wpływem ówczesnych prądów myślowych, nie był w stanie szybko przeciąć sieci spisków. W zasadzie, ledwie ją dostrzegał. Kochający lud, został przez niego upokorzony jak ojciec, który przychylał wyrodnemu potomstwu nieba i nie był w stanie skarcić go gdy było trzeba.
Czy zatem Błyskawice ukazują rewolucję antyfrancuską jako nieuchronną konieczność? Czy burza musiała wyważyć dąb wielowiekowych tradycji i spalić go ogniem z nieba? Nie wydaje mi się, by Choiński tak to przedstawiał. Jako że napisał powieść historyczną a nie alternatywną wersję wydarzeń, musiał pozostać wierny faktom. A jednak zaproponował plan reform dla Francji, włożywszy go w usta Gastona de Claraca, przedstawił postaci historyczne mające inny pomysł na uzdrowienie kraju niż rewolucyjny ogień. Czytając tę powieść pytałem sam siebie jak potoczyłyby się losy cywilizacji łacińskiej, gdyby w porę powstrzymano ten kryzys. I chociaż, jak napisałem, Choiński nie bawi się w tworzenie alternatywnego świata, jego proza pobudza do pytań, udziela kontrargumentów wobec zarzutów przeciwko dawnemu porządkowi. A być może przede wszystkim przestrzega przed słabością kryjącą się w ludzkiej naturze i gorszymi od choroby terapiami.
Piotr Góral
Katolik, absolwent filologii klasycznej i polskiej na UKSW. Autor tekstów na portalu „Nowe Kształty”. Miłośnik literatury i natury, zapalony ogrodnik.






