Kapłaństwo kobiet? Romantyzacja powołania, dekonstrukcja Kościoła

Stolica Apostolska podjęła kolejną decyzję, która wywołała skandal. Chodzi o nominację dla siostry Marii Teresy Barron z Irlandii, która otrzymała wysokie stanowisko w Dykasterii ds. Ewangelizacji oraz została przewodniczącą Papieskich Dzieł Misyjnych.
Skandal nie polega na tym, że Barron jest kobietą. To już rzecz „rozstrzygnięta” przez ostatnich papieży. Franciszek w 2022 roku zreformował Kurię Rzymską i pozwolił, by osoby bez święceń obejmowały kierownicze funkcje i stawały się przełożonymi biskupów czy nawet kardynałów. Kobietom powierza się dziś w Kościele całe mnóstwo funkcji – nie tylko decyzyjnych, ale także liturgicznych. W archidiecezji Brukseli funkcjonuje świecka doktor teologii, która pełni urząd de facto wikariusza biskupiego i jej imię jest wymieniane na mszy świętej w modlitwie eucharystycznej, zaraz po imieniu biskupa. Kościół katolicki po 2013 roku pogodził się z egalitarystyczną narracją feminizmu niemal we wszystkim, co nie dotyczy święceń.
Kapłaństwo kobiet?...
Tu właśnie leży skandal. Siostra Barron wydaje się uważać, że kobiety mogą zostać dopuszczone do kapłaństwa. Amerykańska sekcja EWTN cytuje jej wypowiedzi dotyczące tego tematu. Przy okazji Synodu o Synodalności w 2024 roku mówiła, że na kwestię wyświęcania kobiet należy spojrzeć z perspektywy Ducha Świętego. – Czy Duch powołuje kobiety? Bo niektóre kobiety czują powołanie do kapłaństwa albo diakonatu – przekonywała. – Współczesne kobiety mogą słyszeć powołanie do kapłaństwa. Niektóre wielkie święte kobiety też słyszały to wezwanie – wskazywała. – Kim jestem, by stwierdzać, czy te drzwi są otwarte czy zamknięte? – pytała wreszcie retorycznie.
Czy jest właściwe, by Stolica Apostolska powierzała ważne urzędy osobie, która sugeruje możliwość wyświęcania kobiet – wbrew Tradycji czy orzeczeniom papieży, jak Jana Pawła II z „Ordinatio sacerdotalis”? Można byłoby powiedzieć, że nie, ale… w ostatnich latach stało się to normalne. Papież Franciszek otworzył dyskusję o diakonacie i kapłaństwie kobiet. Postulowanie zgody na wyświęcanie kobiet zostało uznane za dopuszczalne i jest dziś częścią kościelnej codzienności. Dlatego nawet jeżeli w kategoriach formalnych należałoby skrytykować decyzję Watykanu o nominacji dla siostry Barron, to de facto chodzi o kontynuację już przyjętej linii postępowania.
„Czucie” powołania przez kobiety
Moją uwagę zwróciło w tej sprawie coś innego, a mianowicie sposób, w jaki argumentuje siostra Barron. Mówi o „czuciu” albo „słyszeniu” powołania. Często dokładnie w ten sam sposób przedstawiają tę sprawę w mediach kobiety niemieckojęzyczne, które optują za kapłaństwem kobiet. Mówią, że czują w sobie powołanie do bycia księżmi, a Kościół zamykając im drzwi, zamyka je w istocie Duchowi Świętemu.
Otóż uważam, że zasadniczym problemem jest w tym przypadku romantyzacja „powołania”. W obiegowym sensie „powołanie kapłańskie” uważa się za jakiś silny wewnętrzny „pociąg” do kapłaństwa, emocję czy wypracowywane wśród emocji przekonanie o tym, że powinno się wejść właśnie na taką drogę.
W 2024 roku kardynał Gerhard Müller krytykował postulaty na rzecz kapłaństwa kobiet, mówiąc, że panie, które „czują powołanie”, muszą z konieczności po prostu „trwać w błędzie” kierując się „subiektywizmem”. Nie zwrócił jednak uwagi na zasadniczy problem z romantycznym rozumieniem powołania. To chciałbym tu zrobić.
Powołuje Kościół – a nie „czucie”
W 1912 roku Sekretariat Stanu pod kierunkiem kardynała Merry’ego del Val zajmował się francuską książką kanonika Josepha Lahittona pt. „La vocation sacerdotale” czyli „Powołanie kapłańskie”.
Lahitton argumentował, że powołanie w sensie ścisłym przychodzi do człowieka poprzez biskupa – wiąże się z decyzją biskupa, by „powołać” danego kandydata do kapłaństwa.
Wcześniej kandydat ma wolę, dyspozycję, zdatność – ale nie ma „powołania” w jakimś metafizycznym sensie. Powołania udziela zatem biskup.
To proste odzwierciedlenie tego, co pisze tradycyjny Katechizm Rzymski: „Vocari autem a Deo dicuntur qui a legitimis Ecclesiae ministris vocantur”, co się wykłada, że powołaniem przez Boga nazywa się powołanie przez uprawnionych w Kościele, czyli zasadniczo właśnie przez biskupa. Dlatego Sekretariat Stanu, oceniając książkę Lahittona, wyraził się pozytywnie, pisząc:
„To, co nazywa się powołaniem kapłańskim i co należy oceniać u kandydata, nie polega koniecznie i w zwykłym porządku na jakimś wewnętrznym pociągu osoby ani na zaproszeniach Ducha Świętego do przyjęcia kapłaństwa”.
Oraz dalej:
„Aby ktoś mógł być prawidłowo powołany przez biskupa, wystarczy prawa intencja połączona ze zdatnością (odpowiednie dary naturalne i łaski, potwierdzone uczciwością życia i wystarczającą wiedzą), która daje uzasadnioną nadzieję, że będzie dobrze pełnić obowiązki kapłańskie”.
Sekretariat Stanu nie wyklucza zatem Bożej interwencji i zaproszeniu Ducha Świętego, ale wskazuje, że nie jest wcale zwykły porządek rzeczy. Zwykły porządek jest taki, że kandydat do kapłaństwa ma w sobie wolę i jest zdatny do tego, by stać się kapłanem. Tak czy inaczej, faktycznie powołuje go władza Kościoła.
W świetle tradycyjnej teologii, problem powołania kobiet nie jest zatem „błędem” albo „subiektywizmem” – on w ogóle nie istnieje, bo powołanie jest ściśle związane z formalną i publiczną decyzją Kościoła.
Trochę tak, jak w wojsku przed epoką feminizmu. Kobieta mogła „czuć się powołana” do służby w armii. Niemniej jednak powołanie otrzymywali tylko mężczyźni, bo tylko oni byli uznawani przez suwerena za zdatnych do służby. Uczucia danej kobiety nie miały tu znaczenia.
Dziś jest nieco inaczej, bo panie służą w wojsku. W Kościele kobiety nie pełnią jednak funkcji kapłańskich – i władza kościelna powołuje do kapłaństwa tylko mężczyzn. Dlatego uczucia nie grają tu kluczowej roli.
Innymi słowy, skoro Kościół decyduje, że kobiet nie można wyświęcać na księży, to nie może też istnieć ich powołanie, bo po prostu nie da się ich powołać.
Można zatem powiedzieć, że panie, które mówią o swoim „czuciu powołania”, są w pewnym sensie ofiarami romantycznego języka, który rozpowszechnił się w codziennym kościelnym ususie.
Nota bene, może to też źle wpływać na mężczyzn: młody chłopak myśli, że musi coś „poczuć”, żeby zostać księdzem. Cóż, gdyby znał tradycyjną teologię, wiedziałby, że niczego nie musi „poczuwać”. Musi mieć po prostu wolę i zdatność. Skąd miałby jednak o tym wiedzieć, skoro nikt tego nie uczy?
Modernistyczna dekonstrukcja Kościoła
Na tym jednak nie koniec problemu. Postulaty dotyczące kapłaństwa mogą poradzić sobie również w sytuacji, w której nie byłoby wcale romantycznej narracji o „czuciu” powołania.
Mówiąc krótko, część wyrafinowanych intelektualnie modernistów wie, jak wygląda rzetelna katolicka teologia – ale postuluje kapłaństwo kobiet na gruncie zasady historycznej dekonstrukcji katolicyzmu.
Otóż niektórzy moderniści uważają, że Marcin Luter miał rację, kiedy wskazywał na czysto „funkcjonalne” rozumienie kapłaństwa – to znaczy, że jest to swoista „delegacja” wspólnoty chrześcijańskiej, zależna wyłącznie od zdolności do wykonywania danej funkcji. Moderniści mogą nawet przyznawać, że jest coś takiego, jak „sakrament kapłaństwa” – wbrew Lutrowi; ale zgodzą się z tym heretykiem w kwestii absolutyzacji tekstu Pisma Świętego.
Otóż kto przeczyta Nowy Testament, ten zobaczy, że nie ma tam jednego, prostego momentu, w którym Pan Jezus ustanowiłby kapłaństwo w całej jego złożoności – z celibatem, listą sakramentów, jakich kapłan może udzielać i tak dalej. Jest jasne, że Pan Jezus ustanowił kapłaństwo podczas Ostatniej Wieczerzy – ale razem z tym ustanowieniem nie wszystko staje się dla nas jasne. Określony kształt kapłaństwa jest owocem procesu historycznego oraz refleksji Kościoła nad Ewangelią.
Modernista o nastawieniu protestanckim stwierdzi, że w takim razie kapłaństwo to plastyczny konstrukt i można je przebudować „po uważaniu”. Jeżeli zatem Pan Jezus wyraźnie nie powiedział, że kapłanem może zostać tylko mężczyzna żyjący w celibacie, to według modernistów teoretycznie może nim zostać także mężczyzna żonaty – albo kobieta, zakonnica albo świecka, w tym zamężna. Lub, oczywiście, świecka „żonata”, bo w świecie modernistów LGBT przyjęło się już dawno.
Wszystko miałoby zależeć od decyzji, która jest uwarunkowania kontekstem kulturowym. Modernista powie, że w Kościele pierwszych wieków nie wyświęcano kobiet, bo taki był społeczny klimat – a dziś społeczny klimat jest inny, bo mamy feminizm; dlatego można wyświęcać kobiety.
Ta wizja może być całkowicie wolna od błędu romantyzacji powołania, ale jest za to skażona konstruktywizmem i skrypturyzmem. Zapomina, że Kościół katolicki jest rzeczywistością historyczną, a Duch Święty mówi nie tylko przez karty Pisma Świętego, ale również przez uroczyste decyzje papieży i soborów, albo najogólniej – poprzez Tradycję. Skoro w Tradycji Kościoła nie wyświęcano kobiet, to należy się zastanowić, czy w tym ścisłym rozdzielaniu płci nie ma jednak jakiejś mądrości, której nasza feministyczna codzienność po prostu nie dostrzega.
Rzetelna teologia, tylko skąd?...
W sprawie kapłaństwa kobiet mamy do czynienia z funkcjonalnym sojuszem emocjonalnego romantyzmu oraz modernistycznej racjonalizacji. Obie postawy mogą się łączyć w jednej osobie. Jak jest w przypadku siostry Barron? Jej publiczne wypowiedzi świadczą jedynie o hołdowaniu romantycznej koncepcji powołania, bez znajomości klasycznej teologii. Co uważa na temat modernistycznego konstruktywizmu, tego nie wiadomo.
Tak czy inaczej warto pamiętać, że najwłaściwszą drogą do powstrzymywania różnych herezji, także w zarzewiu, jest po prostu znajomość faktów. Z tym w Kościele katolickim po II Soborze Watykańskim mamy problem, bo solidną naukę i teologię zastąpiły różne „prądy”, „nurty” i „narracje”. Efekty są takie, jak widać.
Paweł Chmielewski







