Krystian Kratiuk: Krakowscy arcybiskupi i grzechy języka. Jak nie dyskutować z hierarchami

Media społecznościowe, w których jakąś część życia spędza dziś wielu katolików, mają to do siebie, że promują najbardziej radykalne postawy, język i pozostałe środki wyrazu. Ostatnimi laty katolicy mogą się o tym przekonać m.in. po publicznych wystąpieniach kardynała Rysia – bywa on krytykowany, co w naszych czasach pozostaje czymś jak najbardziej dopuszczalnym, ale pada też ofiarą wyzwisk, oszczerstw i innych środków przekazywania nienawiści. Na to nie może być zgody, z wielu powodów. Ciekawe jednak, że ofiarą dokładnie takich samych zabiegów padał jego poprzednik na tronie świętego Stanisława, arcybiskup Marek Jędraszewski, choć wtedy, inaczej niż teraz, wpływowe środowiska nie podnosiły larum.
Kardynał Grzegorz Ryś jako metropolita krakowski dość często występuje w mediach, choć można odnieść wrażenie, że za tym akurat aspektem swej publicznej działalności, niekoniecznie przepada. Takie wrażenie odnieść można obserwując wywiady hierarchy, bez względu na to jakiej proweniencji dziennikarz go przepytuje. Po najnowszym z tych wystąpień, wiele osób zwróciło uwagę na odpowiedź kardynała na pytanie o wątpliwości w wierze w istnienie Boga – niejeden internauta dzielił się zaskoczeniem i brakiem zrozumienia tej wypowiedzi. Została ona udzielona w coraz lepiej znanym nam już stylu księdza kardynała, który im częściej udziela wywiadów tym częściej zaczyna przypominać swego nauczyciela, a więc papieża Franciszka. Jego wypowiedzi również nie były precyzyjne, artykułowane językiem pełnym skrótów myślowych, przez co wzbudzały liczne kontrowersje, nieporozumienia, niejednokrotnie nawet zmuszały biuro prasowe Stolicy Apostolskiej do wyjaśniania a czasem i prostowania wypowiedzi Ojca Świętego.
Żyjemy w takich a nie innych czasach – biskupi czasami wypowiadają się w mediach, czasami media relacjonują ich homilie itp., a świeccy odbiorcy tych mediów mają prawo do reakcji na słowa biskupów. Taka jest logika tych czasów, że wielu wydaje się, że powinni mieć prawo do skomentowania wszystkiego, a social-media dają taką sposobność i liczni internauci, w tym katolicy, z niej korzystają.
Nic nowego w Krakowie
Nie ma jednak co ukrywać – gdyby odpowiedzi na pytanie Bogdana Rymanowskiego w takim stylu jak kardynał Ryś udzielił inny biskup, rwetes byłby mniejszy. Były metropolita łódzki bowiem od dłuższego czasu uchodzi za lidera progresywnego skrzydła Kościoła w Polsce – przynajmniej tak widzą i opisują go media. Jest również współautorem słynnego listu Konferencji Episkopatu Polski o stosunkach katolików z żydami, dokumentu który wywołał ogromny odzew wśród wiernych. Do tego dochodzi jeszcze miejsce obecnej posługi Grzegorza Rysia, a więc Kraków, który od dziesiątek lat pozostaje w centrum zainteresowania mediów oraz katolików w Polsce – tak było przecież również, z różnych powodów, za arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, czy kardynałów Dziwisza i Macharskiego. Głos metropolity krakowskiego jest bardzo uważnie słuchany i być może dlatego kardynał, mimo iż udzielając wywiadów nie wygląda na najszczęśliwszego, tak często zgadza się na goszczenie w mediach.
Jednak to, w jaki sposób komentowane są wypowiedzi kardynała Rysia, coraz częściej przypomina to, w jaki sposób komentowano wypowiedzi arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, ale oczywiście à rebours. Arcybiskupa krytykowali oczywiście zwolennicy umownej frakcji progresywnej, kardynała dziś zaś krytykuje niejeden konserwatysta czy tradycjonalista. Ale nie o krytykę chodzi w tym tekście, a o coś znacznie głębszego. O nienawiść, o zniewagę, o kłamstwo, obelgi i inne grzechy języka, przy użyciu których część internautów używała i nadal używa atakując arcybiskupa Jędraszewskiego, a inna część kardynała Rysia.
Poprzedni metropolita krakowski dał się poznać jako konserwatysta, co wzbudzało wściekłość licznych środowisk w Kościele i poza nim. Wspomnę tylko kilka wyzwisk, którymi go obrzucano – wypisuję je po sięgnięciu do jednego tylko portalu, do sekcji komentarzy. Faszysta, oszołom, homofob, hejter w sutannie, debil, pisowski propagandysta, Arcybiskup Słońce, pustak. To oczywiście tylko garść przykładów, których każdy do dziś możne odnaleźć w sieci setki czy tysiące.
Ale anonimowe komentarze w mediach społecznościowych to jedno, czymś trochę innym są treści publikowane na łamach mediów przez dziennikarzy i publicystów – również tych wydawanych przez katolików, nawet cieszących się przydomkiem katolickich. To takie media zarzucały biskupowi Jędraszewskiemu głoszenie „kazań przeciwnych nauce Jezusa”, „sojusz z pisowską władzą”, „autorytaryzm w którym jest jak Król Słońce”, bycie „biskupem, który nikomu już nie jest potrzebny”, „pisowskim ideologiem”, „sądzącym, że prawo go nie obowiązuje”, „głoszącym antychrześcijańskie tezy”, „nierozumiejącym pedagogiki Ewangelii” itp. Jego słowa nazywano „głupim objawem nieumiejętności rozróżniania”, okrzykami zgrozy, strachu i desperacji, wyimaginowanymi strachami oraz „hejtem”. Wszystko to spod piór czy klawiatur katolików, zaakceptowane przez katolickich redaktorów, pod adresem katolickiego arcybiskupa.
Dziś czytam u jednego z dziennikarzy katolickich, że gdy słowa ostrej krytyki, a niestety także wyzwiska i groźby padają pod adresem kardynała, kuria powinna rozważyć wynajęcie dlań ochrony. Nie czytałem jednak takich słów, gdy jakiś drag-queen przy słowach piosenki „zabiłam go” podrzynał gardło dmuchanej lalce z podobizną arcybiskupa Jędraszewskiego umocowaną na głowie, ani gdy sąd oddalał wniosek o ukaranie drag-queena za ten ohydny postępek. No, ale tamto to przecież reakcja na słowa nielubianego biskupa, prawda?
Przypominam to wszystko nie po to, by napisać: widzicie, hejtowali Jędraszewskiego to teraz wolno hejtować Rysia, nie, nic bardziej mylnego. Piszę to po to, by przypomnieć katolikom, że mimo, iż żyjemy w dobie kryzysu Kościoła, mimo iż widzimy, jak wiele, jak prędko i jak bardzo na niekorzyść się zmienia, my nie powinniśmy zmieniać swoich przyzwyczajeń na modłę tego świata, żywiącego się nienawiścią. Przyklejanie kardynałowi pejsów, wyzywanie go od rysiów w owczej skórze, i używanie wobec niego innych obraźliwych, szczególnie przez ludzi deklarujących wiarę w Chrystusa i przywiązanie do Tradycji czy ortodoksji, naprawdę niczemu dobremu nie służy, do niczego nie prowadzi i z pewnością nie pochodzi od Chrystusa.
„Mocne słowa” a grzeszne słowa
Owszem, nie trzeba mnie przekonywać, że katolik czasami może, czasem wręcz musi użyć mocniejszych słów, czasami musi wziąć udział w przepędzeniu kupców ze świątyni, a czasami musi wprowadzić ewangeliczny miecz nawet między członków swej rodziny. Na PCh24.pl codziennie przypominamy o tym światu. Ale nie musi, moim zdaniem wręcz nie może, robić tego w taki sposób, w jaki część katolików traktowała arcybiskupa Jędraszewskiego a inna część traktuje kardynała Rysia. Pierwszemu dostawało się za wszystko, bo bliżej mu było do PiS niż do PO, drugiemu dostaje się za wszystko, bo wziął na siebie odpowiedzialność za stosunki polskich katolików z żydami.
Prowadzę portal PCh24.pl, doprawdy ciężko byłoby oskarżyć nas o sprzyjanie temu dialogowi w postaci pod którą robi to kardynał Grzegorz Ryś. Protokół rozbieżności w poglądach na wiele, a może i na bardzo wiele spraw, możemy z kardynałem jako świeccy podpisać od zaraz – wystarczy wpisać nazwisko metropolity do naszej wyszukiwarki. Ale istnieją pewne zasady, których łamać się nie powinno i pewne granice, których katolik przekraczać nie powinien. I nie chodzi tylko o granice kultury osobistej. Chodzi o granicę grzechu, osobistego i publicznego.
Tak, istnieje bowiem kategoria grzechów, o której wielu z nas zdało się zapomnieć, a przecież właśnie w XXI wieku, właśnie w dobie internetu i wszechobecnych zachęt do komentowania wszystkiego, należy o tej kategorii grzechów przypominać. Chodzi o grzechy języka – grzeszymy nimi często, oczywiście nie tylko w internecie i oczywiście nie wyłącznie przeciwko hierarchom, ale i przeciwko sobie nawzajem.
Pozwolę sobie przypomnieć to, co Katechizm i tradycja Kościoła uznają za takie grzechy. Otóż należą do nich:
Kłamstwo, czyli mówienie nieprawdy z intencją oszukania.
Fałszywe świadectwo i krzywoprzysięstwo, szczególnie ciężkie, gdy wypowiadane publicznie, w sądzie, pod przysięgą, wobec przełożonych albo w sprawach, od których zależy czyjaś cześć, wolność, praca, dobre imię czy zbawienie.
Pochopny sąd, gdy człowiek bez dostatecznej podstawy uznaje w sercu, że bliźni popełnił moralne zło.
Pochopne podejrzenie, jeszcze wcześniejsza choroba duszy: człowiek nie wie, ale już „czuje”, „widzi po oczach”, „zna takich ludzi”, „wie, co tam naprawdę było”.
Obmowa, czyli ujawnianie prawdziwych wad, grzechów lub upadków bliźniego osobom, które nie mają potrzeby ich znać.
Oszczerstwo, czyli przypisywanie komuś zła nieprawdziwego albo zniekształcanie faktów tak, aby człowiek został fałszywie osądzony.
Plotka, czyli obiegowa mowa o cudzych sprawach, najczęściej niepotrzebna, ciekawska, przesadna, pozbawiona odpowiedzialności i miłości.
Szemranie, czyli narzekanie podszyte buntem, jadem, podważaniem autorytetu, odbieraniem ludziom zaufania do przełożonych, rodziny, kapłanów, wspólnoty, Kościoła.
Obelga, czyli słowne znieważenie człowieka, najczęściej wprost, w twarz albo publicznie.
Szyderstwo, czyli ośmieszanie człowieka, jego słabości, pochodzenia, wyglądu, pobożności, nieporadności, biedy, choroby albo upadku.
Złorzeczenie, czyli życzenie komuś zła: „żeby cię…”, „obyś…”, „niech go spotka…”. To jest przeciwieństwo błogosławieństwa.
Przekleństwo i mowa plugawa, gdy usta ochrzczonego człowieka, stworzone do modlitwy i Komunii świętej, stają się narzędziem brudu, pogardy, bezwstydu albo agresji.
Bluźnierstwo, najcięższe wśród grzechów mowy, gdy słowo zwraca się przeciw samemu Bogu, rzeczom świętym, Matce Bożej, świętym, sakramentom.
Pochlebstwo i służalczość, gdy człowiek chwali drugiego fałszywie albo tchórzliwie, aby go utwierdzić w złu, zdobyć korzyść, wkupić się w łaski albo uniknąć konfliktu.
Przechwalanie się, samochwalstwo, próżna mowa, gdy człowiek używa języka nie dla prawdy, lecz dla własnej chwały.
Ironia poniżająca, czyli taka, która nie służy prawdzie ani napomnieniu, ale wbija szpilę, upokarza, robi z bliźniego pośmiewisko.
Zdrada tajemnicy, zwłaszcza rodzinnej, zawodowej, duszpasterskiej, przyjacielskiej; a w wypadku kapłana absolutnie i bez wyjątku — tajemnicy spowiedzi.
Gadulstwo, czyli nieopanowana mowa. Ono nie zawsze od razu jest grzechem ciężkim, ale bardzo często jest bramą do grzechów cięższych: kto nie umie milczeć, prędzej czy później zacznie mówić to, czego mówić nie wolno.
Hierarchia, prawda i dobro wspólne
Na portalu PCh24.pl od lat piszemy o kryzysie Kościoła – doskonale znamy tę tematykę i rozumiemy, że emocje towarzyszące czytaniu wiadomości ze świata i Kościoła mogą być naprawdę duże. Ale zawsze staramy się, unaoczniając skalę kryzysu, oceniać zjawiska i postawy. Analizować nowe dokumenty oraz nauczanie biskupów z tradycyjnym nauczaniem Kościoła – pokazywać na przykład, że taka czy inna nowinka stoi w radykalnej sprzeczności z dotychczasowym nauczaniem itp. Żyjemy w czasach Kościoła synodalnego, chcącego wsłuchać się również w głos wiernych, zatem wielokrotnie polemizujemy z niektórymi tezami współczesnych hierarchów – opierając swoją polemikę na dotychczasowej nauce Kościoła i na jego Tradycji. Gdy trzeba, a niestety nierzadko trzeba, używamy krzykliwych sloganów, piszemy o szoku, skandalu, albo o herezji, choć tego ostatniego zarzutu używamy raczej jako cytatu z innych kardynałów, biskupów czy teologów, odnoszących się do drugich. Tak było wielokrotnie podczas pontyfikatu papieża Franciszka, gdy niektórzy kardynałowie nazywali herezją poglądy innych kardynałów – trudno byśmy o tym nie pisali.
Donosimy wreszcie o swym zaskoczeniu, zasmuceniu albo zaniepokojeniu czy nawet zgorszeniu niektórymi tezami polskich kapłanów, w tym biskupów. To nasze łamy otwarte były na szeroką polemikę z treścią listu w sprawie stosunków katolików z żydami. Czym innym jednak jest polemika, czym innym jest zdumienie, brak zgody, sprzeciw, a czym innym kłamstwa, wyzwiska i inne grzechy, w tym rzeczone grzechy języka.
Po pierwsze, taki poziom debaty, w którym ludzie wyzywają się nawzajem, zwykle przynosi w opinii publicznej skutek zupełnie odmienny od zamierzonego. I tak reakcje na słynny list KEP dzieliły się na merytoryczną krytykę i polemikę, utrzymaną w zależności od przebojowości autora na różnym poziomie. Mimo to dopuszczalną. Ale fala wyzwisk i innych wykwitów internetowej kreatywności sprawiła, że do opinii publicznej przedostało się znacznie mniej argumentów naszej strony, a znacznie więcej przeświadczenia, że kardynał Ryś jest atakowany przez antysemitów i w sumie to pokazuje, że list był niezwykle powszechny, skoro wywołał tyle antysemityzmu. A owe reakcje niekoniecznie pochodziły przecież z kont internautów jakkolwiek związanych z Kościołem, ale czasem po prostu od ludzi nielubiących Żydów. Tu pojawia się znów analogia z arcybiskupem Jędraszewskim – cyklicznie wyzywało go również wielu ludzi spoza Kościoła, po każdej cytowanej przez media wypowiedzi, tylko dlatego, że nie lubili kleru czy prawicy.
Po drugie, nie słyszałem jeszcze, żeby ktoś zmienił zdanie na temat na który się wypowiedział, ponieważ w internecie ktoś wyzwał go w Internecie od głupków, debili, żydów, faszystów czy kogokolwiek innego. Argumentowanie więc, że czasem trzeba podnieść głos albo użyć mocniejszego słowa, ma sens o tyle, o ile za tym słowem coś idzie. Za wyzwiskami nie idzie nic, może prócz pary z ust kogoś, kto sobie ulżył.
Po trzecie Świeccy muszą szanować biskupów nie dlatego, że każdy biskup jest nieomylny, doskonały albo zawsze podejmuje słuszne decyzje, ale dlatego, że urząd biskupi należy do samej konstytucji Kościoła ustanowionej przez Chrystusa: biskupi są następcami Apostołów, przez sakrę uczestniczą w misji głoszenia wiary, strzeżenia jej czystości i rządzenia Kościołem, a Kościół katolicki nie jest luźną wspólnotą wierzących bez widzialnej hierarchii, lecz Ciałem Chrystusa mającym strukturę duchowo-społeczną. O. Jan Strumiłowski podkreśla na naszych łamach, że można i należy mieć wymagania wobec biskupów, a nawet odczuwać uzasadniony sprzeciw, gdy zaniedbują obronę wiary; jednak pogarda, lekceważenie albo odrzucenie biskupów uderzałoby już nie tylko w konkretną osobę, ale w samą hierarchiczną naturę Kościoła, bez której Kościół nie może się w pełni urzeczywistniać.
Po czwarte i najważniejsze – powtarzam, to jest grzech. Siedzący w nas, głęboko, penetrujący duszę, dokonujący ramię w ramię z ojcem grzechu wrogiego przejęcia tej duszy. Psujący również przestrzeń publiczną, zaraźliwy, siejący zgorszenie.
Kościół walczący a nie synod wyzwisk
Ktoś może powiedzieć, że to taka „posoborowa gadka-szmatka”, takie gadanie o miłym języku, żeby nikogo nie zranić, to jakieś miękkie chrześcijaństwo. Dawniej księża walili z ambony prosto, święci byli ostrzy, Kościół walczył, a nie przepraszał za każde słowo. Wydaje mi się jednak, że to nauczanie nie jest owocem jakieś sentymentalizmu czy „dobroludzizmu”, bo jest bardzo stare. Jest owocem Dekalogu, Ewangelii, Ojców Kościoła, scholastyki, ascetyki i klasycznej teologii moralnej.
Św. Jan Chryzostom w homilii o paralityku mówi, że Bóg pociesza tych, o których źle mówią, ale tych, którzy źle mówią, napawa bojaźnią słowami Chrystusa o rozliczeniu z każdego złego słowa. Św. Franciszek Salezy, biskup i doktor Kościoła, w „Filotei” uczył walki z pochopnym sądem i radził ludziom sumiennym, aby zamiast mieszać się w „mgły cudzych spraw”, wracali do pracy nad własnym sumieniem. Św. Alfons Maria Liguori przestrzegał przed obmową; w tradycyjnych wydaniach jego kazań znajdujemy napomnienie, że ten, kto obmawia bliźniego, staje się nienawistny Bogu i ludziom, choć ludzie nieraz chętnie słuchają obmowy. Św. Jan Maria Vianney, proboszcz z Ars, w swoich kazaniach wielokrotnie nawiązywał do oszczerstwa, szemrania i złej mowy jako do objawów religijności pozornej, która trwa tylko wtedy, gdy wszystko idzie po naszej myśli. Pisali o tym również święty Tomasz z Akwinu czy święty Augustyn. A sam św. Paweł podarował nam zasadę, która powinna wisieć nad każdym biurkiem, amboną, telefonem i klawiaturą: „Niech nie wychodzi z waszych ust żadna mowa szkodliwa, lecz tylko budująca, zależnie od potrzeby, by wyświadczała dobro słuchającym”. Przykłady z dwu-tysiącletniej historii Kościoła można by mnożyć godzinami.
Oczywiście, musimy być Kościołem walczącym. Istnieje fałszywa łagodność, która jest tylko tchórzostwem. Istnieje „uprzejmość”, która pozwala wilkom pożerać owce. Istnieje milczenie, które staje się współudziałem. Ojciec rodziny musi czasem powiedzieć twardo: „nie wolno”. Kapłan musi nazwać grzech grzechem. Publicysta katolicki musi demaskować błąd. Przełożony musi czasem skarcić. Biskup gdy trzeba musi grzmieć o herezji. Chrześcijanin ma obowiązek bronić czci Boga, niewinnych, wiary, dzieci, rodziny, Kościoła, również mocnym słowem. Ale doprawdy – różne są słowa. Czym innym jest wskazywanie błędów na przykład w dokumentach synodu a czym innym urządzanie sobie synodu wyzwisk.
Sam Pan Jezus mówił ostro. Nazywał faryzeuszów obłudnikami. Św. Paweł potrafił napominać publicznie. Prorocy nie mówili językiem salonowym. Ks. Skarga nie głaskał słuchaczy po głowie. Ale mocne słowo jest moralnie dopuszczalne wtedy, gdy służy prawdzie, sprawiedliwości, obronie dobra i nawróceniu — a nie pysze, zemście, pogardzie, rozrywce ani niszczeniu kogokolwiek. A zatem wolno nazwać herezję herezją, ale nie wolno fałszywie przypisać komuś herezji – a będzie to fałszywe zawsze wtedy, kiedy nie mamy pewności czy coś herezją rzeczywiście jest. Czym innym jest też zestawianie czyichś błędnych poglądów z ortodoksyjną nauką Kościoła i pokazywanie „widzisz, tu są różnice, tu się mylisz”, a czym innym chłostanie słowami typu „głupek”, „zdrajca” czy „heretyk”.
Wolno powiedzieć, że czyiś czyn jest głupi, zły, skandaliczny, niemoralny, ale trzeba bardzo uważać, zanim nazwie się człowieka głupcem, łajdakiem, zdrajcą, złodziejem czy agentem.
Wolno ujawnić czyjeś zło, jeśli wymaga tego dobro wspólne, ochrona niewinnych, sprawiedliwość, bezpieczeństwo, proces kościelny lub cywilny, roztropne ostrzeżenie. Nie wolno ujawniać zła tylko dlatego, że to ciekawe, kompromitujące albo „przecież prawdziwe”.
Wolno napominać ostro, ale nie wolno szydzić z ludzkiej nędzy, również nędzy jaką są błędne poglądy, zapatrywania, niemądre pomysły.
Wolno prowadzić polemikę, ale nie wolno manipulować cytatem z przeciwnika ideowego.
Wolno, trzeba bronić Kościoła, ale nie wolno używać metod diabła w imię obrony Boga.
Naiwność czy chrześcijaństwo?
Do tych grzechów trzeba dodać jeszcze jedną rzecz, która chyba nie stanowi osobnej kategorii grzechu, ale pozostaje generalną zasadą chroniącą przed wieloma grzechami, a także irytacjami: katolik powinien, o ile to możliwe, zakładać u bliźniego dobrą wolę, dobrą intencję. Nie jest roztropnym automatyczne przypisywanie komuś złej woli, podstępu, przewrotności czy nienawiści, jeśli rzecz da się rozsądnie wytłumaczyć niewiedzą, niezręcznością, zmęczeniem, emocją, błędnym sformułowaniem albo zwykłą ludzką słabością. A ofiarami tego padał tak często arcybiskup Jędraszewski ze strony ludzi nienawidzących Kościoła, prawicy, konserwatyzmu czy jego samego, a kardynał Ryś bywa tak traktowany przez inną grupę ludzi.
Wiem, że to wszystko brzmi naiwnie, wiem, że zaraz odezwą się komentarze, że druga strona tak nie postępuje, że jak będziemy postępować moralnie to przegramy z tymi niemoralnymi, i tym podobne. Ale od długiego czasu, wraz z dynamicznym rozwojem mediów społecznościowych oraz stopniowym przechwyceniem przez nie świadomości katolickich internautów, dochodzę do wniosku, że i o tym aspekcie naszego katolickiego funkcjonowania w sieci trzeba mówić bardzo głośno.
A święci, którzy postępowali w taki sposób, nawet pozostając w mniejszości, choć czasem skazywano ich na śmierć albo męczarnie, niczego przecież ostatecznie nie przegrali.
Krystian Kratiuk







