Krystian Kratiuk: Królowa Polski i atak na „pobożność gietrzwałdzką”

Są takie prawdy w historii narodu, których nie trzeba ogłaszać dekretami, gdyż istnieją niezależnie od tego, czy ktoś chce je uznać. Są też takie, które można próbować przemilczeć, rozmyć, sprowadzić do folkloru, wyśmiać – ale one i tak wracają i będą wracać, bo polską pobożność doprawdy trudno jest pokonać – próbowali zaborcy, próbowali okupanci, komuniści. Wszyscy polegli. Nie uda się to też lewicowym liberałom. Jedną z tych prawd wynikających z owej pobożności i pięknych, długich dziejów narodu, jest to, że Maryja jest Królową Polski.
Właśnie – jest. Nie „była” Królową, nie „została ogłoszona” Królową. Nie „uważana jest za” Królową. Po prostu – jest Królową Polski. I nie jest to kwestia poetyckiej metafory ani religijnego sentymentu. To jest historia, konkretna, udokumentowana, rozciągnięta na wieki. W książkach o polskiej religijności przez wieki opisywano tę historię i przez kolejne wieki będzie się ją wspominać – oto na początku XVII wieku włoski jezuita Juliusz Mancinelli usłyszał od Maryi słowa, które do dziś powinny brzmieć w niektórych polskich uszach jak wyrzut sumienia: „Dlaczego nie nazywasz Mnie Królową Polski?”.
Zwróćmy uwagę – ta historia nie rozpoczyna się od aktu nadania tytułu przez człowieka, ale od przypomnienia tego doniosłego aktu, w dodatku od przypomnienia nie-Polakowi, a przedstawicielowi innej nacji. Maryja sama wskazała na swoją królewską godność wobec tego narodu. A skoro tak, to Śluby Lwowskie Jana Kazimierza z 1656 roku nie były początkiem wspólnej historii, lecz jej oczywistym potwierdzeniem. Król tylko uznał to, co wcześniej zostało objawione – przecież nie tylko Mancinellemu, ale i setkom tysięcy Polaków, w ich wielowiekowych modlitwach, gdy Matka Boża trwała przy nich w rozlicznych prywatnych ale i narodowych zawieruchach. Objawiła to również chociażby każdemu z osobna spośród rycerzy spod Grunwaldu, gdy wzywali Jej imienia upraszając o błogosławieństwo gdy szli walczyć ze zdeprawowanym zakonem.
Dla naszych przodków tytuł „Królowa Polski” nie stanowił uhonorowania Maryi, bo cóż to niby dla za honor Matki Boga, że może królować jakiemuś narodowi. Przyjęcie Jej za Królową stanowiło raczej zobowiązanie, realne odniesienie, polityczne i duchowe. Oznaczało, że Polska – jeśli chce istnieć – musi pozostać wierna Temu, kto stoi ponad nią – Jej Najświętszemu Synowi, Jezusowi Chrystusowi. To dlatego wspomniani grunwaldzcy rycerze prosili: „U twego Syna Gospodzina, Matko zwolena, Maryja! Zyszczy nam, spuści nam. Kyrie eleison”, co oznacza mniej więcej: „U Twojego Syna, Pana Naszego, wybrana Matko, Maryjo, wyjednaj nam łaski, ześlij nam je. Panie, zmiłuj się nad nami”.
Moglibyśmy w tym tekście wymienić teraz wszystkie przykłady z naszej wspólnotowej historii, gdy Maryja towarzyszyła Polakom – od obrony Jasnej Góry w czasie potopu szwedzkiego, gdy modlitwa przed wizerunkiem Czarnej Madonny stała się duchową tarczą narodu, przez śluby lwowskie króla Jana Kazimierza, w których pokłoniliśmy się Jej jako Królowej, aż po dramat rozbiorów, kiedy mimo zniknięcia państwa z mapy to właśnie trwanie przy Kościele Jej Syna pozostawało fundamentem polskiej tożsamości, podtrzymując wiarę, język i kulturę. Moglibyśmy przypomnieć wiek XIX i czasy prześladowań, gdy w obliczu rusyfikacji i germanizacji to maryjna pobożność była jednym z ostatnich bastionów polskości, aż wreszcie dojść do Gietrzwałdu, gdzie w 1877 roku przyszła do nas osobiście jako Niepokalanie Poczęta i Królowa, umacniając swój lud w godzinie próby i przypominając, że nawet wtedy, gdy świat odmawia Polsce prawa do istnienia, Ona z niego nie rezygnuje. Wspomnielibyśmy też rzecz jasna Bitwę Warszawską z powodu Maryi nazywaną Cudem nad Wisłą, napisalibyśmy też o niezwykłym widoku Stoczni Gdańskiej w sierpniu roku 1980 gdy brama tego słynnego zakładu ozdobiona została Jej wizerunkiem. Wspomnielibyśmy o maryjnym prymasie i jego ślubach na Jasnej Górze a także o maryjnym papieżu rodem z naszego kraju. Warto to wspomnieć, bo coraz mniej z nas o tym pamięta, choć żywię głębokie przeświadczenie, że ta pamięć wcale nie ginie. Że trwa w pobożnych polskich katolikach, choć daleko od spektakularnych imprez, wielkich struktur medialnych czy nawet social-medialnych.
Dziś, wspominając Królową Polski na rok przed okrągłą, sto pięćdziesiątą rocznicą objawień Gietrzwałdzkich, warto na chwilę zatrzymać się właśnie przy wydarzeniach z 1877 roku. Wszyscy, którzy interesują się objawieniami maryjnymi pamiętają, że we współczesności objawiała się wielokrotnie, zwykle jako postać przepiękna, podkreślając swe Niepokalane Poczęcie, przemawiając głównie do prostych ludzi. Tak samo było na Warmii pod zaborem pruskim. Ale jest jedna zasadnicza różnica między objawieniem gietrzwałdzkim a wydarzeniami z Lourdes, Fatimy, La Salette czy Guadelupe.
Jaka?
Otóż to Polakom Maryja objawiła się jako królowa. Widzące zobaczyły Ją zasiadającą na wspaniałym tronie „mieniącym się jak złoto, sadzonym perłami”, z wyraźnymi poręczami i wysokim oparciem, co już samo w sobie stanowiło znak panowania, a nie jedynie obecności. Maryja przybyła w asyście aniołów, którzy najpierw Ją prowadzili, a następnie oddali Jej cześć, kłaniając się głęboko i stając po obu stronach tronu. Ten królewski wymiar objawienia został jeszcze mocniej podkreślony w kolejnych scenach. Aniołowie przynieśli Dzieciątko Jezus i złożyli Je na kolanach Maryi – a Ono trzymało w ręku kulę z krzyżem, znak panowania nad światem. Następnie pojawiła się korona, niesiona przez aniołów i unoszona nad głową Dzieciątka, a nad nią ukazało się berło.
Wydaje się, że nie może być jaśniejszego znaku – oto na tronie siedzi Królowa, matka Króla. To niezwykle symboliczny obraz, głęboki również pod względem teologicznym. Dotykający także głębokich pokładów naszej narodowej tożsamości. Dlaczego w taki sposób Maryja nie ukazała się w Fatimie, dlaczego w Lourdes czy Guadelupe nie siedziała na tronie, nie było insygniów królewskiej władzy?
Odpowiedzi oczywiście nie poznamy, ale nikt nie zabroni nam się jej domyślać – nikt nie zabroni nam pozostać wiernymi intuicji, że oto Matka Najświętsza zechciała odpowiedzieć na polską pobożność czczącą Ją od wieków jako naszą Królową. Królową Świata, Królową Kościoła, Królową Męczenników, Królową Apostołów, Królową Wyznawców, ale także Królową Polski.
Gdy myślimy o Królowej Polski, natychmiast przed oczyma staje nam wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej, do którego jesteśmy głęboko przywiązani, i bardzo dobrze, niech tak pozostanie. Ale przecież Matka Boża Częstochowska to ta sama Matka Boża, co Matka Boża Łaskawa ze Lwowa i ta sama Maryja, która objawiła się w Gietrzwałdzie. I mówiła do nas o konieczności trwania w wierze i w moralności – bo to tego przecież sprowadza się tamtejsze orędzie.
Dziś, w czasach w których Matka Boża i Jej Syn, Jezus Chrystus, mają wśród Polaków więcej wrogów niż kiedykolwiek, gdy narasta antykatolicki hejt, Gietrzwałd na nowo jest odkrywany przez dziesiątki tysięcy pielgrzymów podróżujących tam każdego miesiąca. Nie może zatem dziwić, że w momencie dziejowym, w których polscy katolicy coraz częściej nawiedzają tamtejsze sanktuarium pochylając się nad treścią maryjnego orędzia, ówczesne wydarzenia – oraz stosunek Polaków do nich – zaczynają być atakowane.
Na taki atak pozwoliła sobie stacja TVN24. W materiale zatytułowanym „W imię Brauna” atakowanym jest oczywiście przede wszystkim Grzegorz Braun, prezes Konfederacji Korony Polskiej, ale rykoszetem dostaje się również sanktuarium i polskiej pobożności. Grzegorz Braun ma rzecz jasna prawo opowiadać o Gietrzwałdzie (nakręcił film dokumentalny o historii, w którym tamtejsze objawienia odgrywają istotną rolę) jak każdy inny katolik. Sam fakt, że pozostaje przy tym politykiem nie powinno w żaden sposób być okolicznością obciążającą. W Polsce bowiem politycy starają się o głosy katolików – wbrew pozorom, nie robią tego wyłącznie przedstawiciele partii prawicowych. Jedni bywają na Jasnej Górze i mają pełne prawo by mówić, że Matka Boża jest Królową Polski – w tych słowach bowiem skrywa się również program społeczny, moralny i polityczny, duch „Ślubów Jasnogórskich” prymasa Wyszyńskiego doskonale to pokazuje. Inni mogą bywać w Gietrzwałdzie i mówić o tym ludziom. Inni, jak minister Sikorski, mogą wydawać książki ramię w ramię z dominikaninem, ojcem Wojciechem Giertychem (tak, tak, taka publikacja na dniach ukazuje się w Polsce). Jeszcze inni, jak wicepremier Kosiniak-Kamysz mogą pokazywać się na rozmaitych kościelnych wydarzeniach a nawet spotykać się z biskupami by negocjować kwestię religii w szkołach i w ten sposób próbować pokazywać swoim wyborcom, że nie są tak źli jak Lewica. Kolejni politycy PO mogą ogłaszać jakiś dziwaczny i całkowicie nieprawdziwy podział na katolicyzm toruński i łagiewnicki. Z jakiegoś powodu jednak za nawiązywanie do wiary i pobożności Polaków obrywa się głównie prawicy – tylko im zarzuca się niechęć do mitycznego „rozdziału Kościoła od państwa”.
W materiale TVN objawienia z Gietrzwałdu nieco deprecjonują katolicy z tzw. „Kościoła otwartego” – Tomasz Terlikowski i Monika Białkowska. Nie znam kontekstu ich wypowiedzi, wiem jednak w jaki sposób zostały zmontowane i wykorzystane – otóż pan Tomasz zdaje się twierdzić, że są to objawienia jakich wiele, że to samo dokładnie Maryja mówiła do innych ludzi w innych częściach świata, a pani Monika przedstawiona jest jako śmiejąca się z nawiązywania przez Brauna do tego, że w Gietrzwałdzie Matka Boża mówiła po polsku. No więc warto jeszcze raz powtórzyć: Maryja wybrała Polaków na pewnym etapie dziejowym do tego, by się u nich zjawić. Zjawiła się w majestacie Królowej w miejscu w którym od wieków czczona jest właśnie jako Królowa. Polacy – w tym politycy – mają pełne prawo wyciągać z tego rozmaite wnioski, dotyczące pobożności, wiary, moralności, a także życia społecznego i politycznego.
Sama pobożność maryjna coraz częściej jest deprecjonowana przez „oświeconych”. Oto kolejny dziennikarz TVN, Patryk Michalski, w mediach społecznościowych napisał: „PSL pod rękę z PiS i Konfederacją proponuje, by Sejm ustanowił 2027 rok Rokiem Objawień Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Sejm miałby uznać, że rzekome objawienie i przemówienie Maryi w języku polskim to fakt i zachęcać, by szkoły i instytucje państwowe urządzały obchody objawień. Związki partnerskie i prawa kobiet mogą poczekać i przez część ludowców są określane jako sprawy światopoglądowe, których nie należy narzucać, ale rzekome objawienia to fakt”. Tak oto człowiek, który najwyraźniej nie ma pojęcia co wydarzyło się w Gietrzwałdzie, kpi z objawień nazywając je rzekomymi, i jeszcze zestawia je ze związkami partnerskimi. Jeszcze kilka tygodni wcześniej, inny dziennikarz tej stacji, Piotr Marciniak, z kpiarską miną pyta ważnego polskiego hierarchę co sądzi o tym, że niektórzy Polacy uważają, iż w jakiś sposób Maryja ich sobie wybrała. Ot, przypadkowe zapewne natężenie zainteresowania tematem.
Tymczasem my, wierni Królowej Polski i Jej Synowi, musimy trwać w naszej maryjnej pobożności. Ataki na nią są tylko jednym, najmniej ważnym z powodów dla którego nie możemy się poddać. Te ataki pokazują jednak, jak bardzo nasza pobożność cały czas przeszkadza. Dokładnie tak samo jak 150 lat temu w Gietrzwałdzie, czego dowiedziałem się do profesora Grzegorza Kucharczyka, gdy udzielał nam wypowiedzi do wciąż powstającego filmu o tych objawieniach. Ów wybitny historyk udowadniał, że pruska prasa wyśmiewała ówczesną pobożność maryjną wokół Gietrzwałdu używając kpiąco, z największą pogardą, figury… starszej, ciemnej polskiej kobiety modlącej się za wstawiennictwem Maryi na różańcu. Jak zatem widać „moherowe berety” nie zostały wymyślone w naszych czasach.
W czasach Kulturkampfu było przecież jednak znacznie trudniej, niż dziś, mimo iż intuicja podpowiada, że procentowo, pobożnych Polaków było więcej niż dziś. Jestem jednak przekonany, szczególnie po wizytach w wielu polskich sanktuariach maryjnych, tych już wyśmiewanych i tych których dziennikarze lewicowo-liberalnych mediów nie zdążyli jeszcze zaatakować, że jako Polacy nie porzucimy naszej pobożności, a jeśli będzie trzeba, będziemy jej bronić – jako słudzy Jej Królewskiej Mości, Matki Jedynego Zbawiciela Jezusa Chrystusa, Królowej Polski.
Modlimy się zatem za Jej wstawiennictwem, w intencji Polski, w naszych intencjach, w intencji Kościoła a także w intencji wszystkich tych, którzy nie rozumieją, zwalczają lub wyśmiewają pobożność maryjną.
Ociemniałym podaj rękę,
Niewytrwałym skracaj mękę,
Twe Królestwo
Weź w porękę, Maryjo!
Krystian Kratiuk








