Kto zabił Charliego Kirka? Pytanie, które zmieni Amerykę

Morderstwo Charliego Kirka może rzeczywiście okazać się „momentem zwrotnym” w historii Ameryki. I nie chodzi tylko o temperaturę sporu politycznego, naznaczonego językiem nienawiści i kolejnymi tragediami. Sprawa zabójstwa prawicowego działacza odbija się czkawką amerykańskim syjonistom, grzebiąc resztki poparcia dla polityki państwa Izrael.
„Charlie James Kirk został brutalnie zamordowany przez zradykalizowanego, bezlitosnego potwora” – grzmiał Donald Trump podczas uroczystego pożegnania prawicowego aktywisty. Problem w tym, że w taką wersję wierzy coraz mniej Amerykanów. I bynajmniej nie chodzi o rozsiewane przez lewicę fake newsy, jakoby Tyler Robinson – domniemany zamachowiec, był członkiem ruchu MAGA lub wyborcą Republikanów.
Infosferę w Stanach Zjednoczonych zalewa narracja kwestionująca oficjalne ustalenia FBI. Liczone w dziesiątkach milionów wyświetleń materiały podważają m.in. autentyczność sms-ów pomiędzy domniemanym sprawcą a kochankiem, komunikaty patologa sądowego, czy samo miejsce oddania strzału. Amerykanie czują, że w tej sprawie rząd nie mówi całej prawdy. Najpopularniejsza teza głosi, że za zabójstwem Charliego Kirka może stać Izrael, a nawet sam premier Benjamin Netanjahu. Wokół morderstwa gęstnieje atmosfera sensacji i tajemnicy, podobnie jak w przypadku innych przełomowych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych - zabójstwa J.F. Kennedy’ego czy zamachu na World Trade Center.
Jednak odróżnieniu od wydarzeń 1963 r. czy 2001 r., dzisiaj dysponujemy nowoczesnymi technologiami, umożliwiającymi błyskawiczny przekaz informacji, szczegółową analizę materiału wideo, a nawet wykorzystanie sztucznej inteligencji. W efekcie, sprawa Charliego Kirka rozgrzewa amerykańskie społeczeństwo na niespotykaną wcześniej skalę.
A trzeba przyznać, również za sprawą samej polityki informacyjnej Izraela.
Wszystkie małe kłamstwa
W mniej niż 24 godziny od ataku, premier Benjamin Netanjahu zdążył pożegnać wielkiego „sojusznika sprawy izraelskiej”, praktycznie sugerując, że Charlie Kirk zginął m.in. w imię państwa położonego w Palestynie. Podobne materiały publikowały media po drugiej stronie Atlantyku, m.in. Fox News, zapewniające o bezwzględnym poparciu zamordowanego dla sojuszu amerykańsko-żydowskiego.
Jednak w tym przypadku mieliśmy do czynienia z daleko posuniętą manipulacją, jeżeli nie zwykłym kłamstwem. Owszem, Kirk jako charyzmatyczny ewangelik, uosabiał nurt tzw. chrześcijańskiego syjonizmu, czyli bezwzględnego przekonania o konieczności zarówno duchowego jak materialnego wspierania państwa Izrael. Niemniej jego perspektywa zaczynała się zmieniać.
Kirk w ostatnich miesiącach wyraźnie krytykował bezwzględność syjonistów w wywieraniu presji na opinię publiczną w USA. Wprost nazywał takich ludzi „paranoikami” oraz podkreślał niezgodę na stosowanie wobec niego szantażu moralnego. – Walczy się nie z moimi tezami czy przekonaniami, ale kwestionuje się moją moralność. Jeżeli powiem cokolwiek złego na Izrael, w ich przekonaniu jestem złym człowiekiem – podkreślał w jednym z wywiadów. Uważał, że stemplowanie każdej krytyki polityki Netanjahu mianem „antysemityzmu” nie różni się niczym od metody neomarksistów, zastępujących racjonalną argumentację wykluczaniem i dyskryminacją.
Po drugie, aktywista miał zdać sobie sprawę ze stopnia uzależnienia Waszyngtonu w momencie ataku na Iran. Jako jeden z nielicznych odradzał Trumpowi eskalację konfliktu. To wtedy zagorzały zwolennik idei „America First” (Ameryka na Pierwszym Miejscu) miał się zorientować, że zasada ta nie obowiązuje w relacjach z państwem położonym w Palestynie. Kwestia Iranu mocno podzieliła również sam ruch MAGA. Po tych zdarzeniach, Kirk mierzył się z rosnącą presją ze strony syjonistów: darczyńcy grozili zatrzymaniem wpłat, w sprawie osobiście interweniował żydowski miliarder Bill Ackman (nazywany głosem Netanjahu w USA), a nawet sam premier Izraela. Netanjahu przyznał, że kontaktował się z Kirkiem telefonicznie trzy tygodnie przed zamachem.
Próba „wrogiego przejęcia” dziedzictwa Kirka dla sprawy izraelskiej wywołała wściekłość u części konserwatywnych środowisk. Wpływowi dziennikarze jak Candace Owens, Tucker Carlson czy Magyn Kelly ujawnili rzeczywisty stan relacji Charliego z syjonistami, oraz własne świadectwa zmagań z izraelskim lobby. W odpowiedzi, Netanjahu poczuł się zobligowany aż DWUKROTNIE zaprzeczyć udziałowi w spisku, utyskując na „goebbelsowską propagandę” oraz „rosnący antysemityzm”. Biorąc pod uwagę powszechną nieufność wobec izraelskiego polityka, swoimi oświadczeniami lider Likudu tylko dolał oliwy do ognia.
„Mowa nienawiści” i upadek żydowskiego lobby
Niezależnie od tego, czy w śmierć Charliego Kirka faktycznie był zaangażowany Mosad, cała sprawa potężnie uderza w izraelski interes w Ameryce. Sytuacja w Strefie Gazy, atak na Iran, czy w końcu zapowiedzi anektowania kolejnych terytoriów, wzbudza powszechny sprzeciw opinii publicznej, podważając dekady amerykańsko-żydowskiego sojuszu. Krytyka polityki Izraela przestaje być wyłączną domeną lewicy, przełamując dotychczasowe linie podziału.
Poparcie dla państwa położonego w Palestynie spadło w USA do rekordowo niskiego poziomu. Według badań Pew Research Center z lipca b.r., politykę Tel-Awiwu popiera zaledwie co trzeci Amerykanin, a w grupie wiekowej 18-29 ten odsetek wynosi tylko 24 proc. Komentatorzy zwracają uwagę na możliwość znacznego zawyżenia danych, podając przykład młodych ludzi, wśród których znalezienie osoby popierającej czystkę etniczną Palestyńczyków (zarówno na prawicy jak i lewicy) graniczy z cudem. Izraelskie lobby w Kongresie i Białym Domu staje przed nie lada wyzwaniem: kierunek ich polityki coraz bardziej odbiega od oczekiwań amerykańskiego, a co ważniejsze – republikańskiego wyborcy.
W ocenie prof. Johna Mearsheimera, napięcie będzie tylko eskalować. Wykładowca Uniwersytetu w Chicago obawia się, że syjoniści będą chcieli rozwiązać problem naciskając na wprowadzenie serii polityk, mających na celu pacyfikowanie nastrojów antyizraelskich. Już we wrześniu Trump pozbawił czołowe uczelnie w kraju – Colombia, Harvard czy Cornell - znacznych pieniędzy. Chodzi o organizację na kampusach antyizraelskich protestów, w których uczestniczy głównie lewicowa młodzież. Z kolei diabelska radość, jaką na wieść o śmierci Kirka ujawniła zradykalizowana młodzież, dostarcza pretekstu do wprowadzenia tzw. ustawy o „mowie nienawiści”. Rozwiązanie wyjęte wprost z lewicowego wokabularza poparła m.in. prokurator generalna Pam Bondi.
– Jest wolność słowa, ale jest też mowa nienawiści. I nie ma na nią miejsca, zwłaszcza teraz, zwłaszcza po tym, co stało się z Charliem, w naszym społeczeństwie. Zdecydowanie was zaatakujemy, będziemy was ścigać, jeśli będziecie atakować kogokolwiek mową nienawiści – oświadczyła w wywiadzie z 15 września.
Pod paragraf „mowy nienawiści” oczywiście będzie można wpisać również zjawisko antysemityzmu, obejmującego już nie tylko przejawy nienawiści wobec Żydów, ale przede wszystkim krytykę państwa Izrael. Sprzyjając interesowi Tel-Awiwu, administracja Trumpa nie tylko porywa się na gwarantowaną konstytucyjnie wolność słowa, ale sprzeniewierza się własnym ideałom. Trump szedł do wyborów z hasłami obrony wolności słowa przed lewicowym totalitaryzmem. J.D. Vance ganił europejskich przywódców za zamykanie w więzieniach za poglądy, wpisy internetowe i ekspresję religijną. Elon Musk przejmował Twittera chcąc zakończyć dominację światowej lewicy w przekazie informacyjnym. W końcu sam Charlie Kirk zbudował swoją „markę” i największą organizację studencką świata poprzez popularyzację debaty i swobodnej wymiany poglądów. Jego hasło, wyrażające sposób w jaki odbijał młodzież z łap radykalnej lewicy brzmiało: Prove me wrong! (Udowodnij, że się mylę!).
Nic dziwnego, że wyborcy, którzy uwierzyli hasłu „America First” czują się rozczarowani. Uległość jaką wobec Izraela wykazuje Donald Trump może w przyszłości słono kosztować nie tylko ruch MAGA czy Republikanów, ale postępy „kontrrewolucji” (przynajmniej tej dokonującej się w kwestiach wokeizmu, zrównoważonego rozwoju czy aborcji) na całym świecie. To również kolejny powód, dla którego sprawa morderstwa Charliego Kirka powinna nas interesować również nad Wisłą.
Piotr Relich







