Makabryczne wystawy, czyli jak niepobożnie oswajać ludzką śmierć

Działające w Polsce domy pogrzebowe udostępniły szerokiej publiczności własne podwoje, by każdy chętny mógł zapoznać się z każdym aspektem ziemskiego pożegnania odchodzącego człowieka. Wykłady i prezentacje przyciągnęły – już nie po raz pierwszy – tłumy chętnych. W tym samym czasie trwa tournée po polskich miastach znanej już od lat międzynarodowej wystawy wypreparowanych części ludzkiego ciała, sprowadzonego do roli eksponatu, czyli przedmiotu ciekawości. Pytanie: zdrowej, czy też swego rodzaju „pornografii śmierci” – odarcia tego doniosłego momentu z godności i właściwego znaczenia?
Jest po stronie inicjatorów tego rodzaju pokazów chęć zainteresowania ludzi anatomią czy też wręcz fizjologią śmierci. Widać jednak także, że pokaźne grono widzów to nie tylko osoby zajmujące się tą sferą z powodów profesji, tak jak studenci medycyny albo pracownicy prosektoriów bądź specjaliści zajmujący się kryminalistyką.
W katoliku te pokazy jednak budzą raczej niesmak i poczucie zgorszenia. Chrześcijaństwo wykształciło w nas bowiem szacunek do ciała ludzkiego. Śmierć będącą przejściem do wiecznego życia, otacza swego rodzaju sacrum. Jest to bowiem niezwykły moment, w którym rozstrzyga się nasze życie wieczne. Powinny więc osłaniać ciało zmarłego człowieka dyskrecja i powaga.
Tymczasem świat pcha nas z jednej strony w „oswajanie śmierci” poprzez jej ośmieszanie, czy sprowadzanie do ponurej groteski, bądź też, z innej strony – wywlekanie na światło dzienne wraz ze wszystkimi szczegółami.
Pęd do takich widowisk obrazuje, jak mocno odchodzimy w cywilizacyjnym wymiarze od zgodnego z prawdą i Bożym porządkiem obrazu życia i stworzenia.
„Ciało jest dla Pana”
W swym Katechizmie Kościół katolicki przypomina nam, że zapowiedź wskrzeszenia każdego z nas „w dniu ostatecznym” oznacza, że poprzez chrześcijańskie życie już uczestniczymy w Chrystusowej Śmierci i Zmartwychwstaniu (KKK 1002). „Razem z Nim pogrzebani w chrzcie... razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił... Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga” – pisze święty Paweł (Kol 2, 12; 3, 1). Przyjmując godnie Komunię świętą już należymy do Ciała Chrystusa, a gdy w dniu ostatecznym zmartwychwstaniemy, „razem z Nim ukażemy się w chwale” (Kol 3, 4).
Godność należenia do Pana Jezusa nakłada na nas powinność „szacunku dla własnego ciała, a także dla ciała drugiego człowieka, szczególnie gdy cierpi” (KKK 1004). W Pierwszym Liście do Koryntian święty Paweł wzywa: „Ciało... jest... dla Pana, a Pan dla ciała. Bóg zaś i Pana wskrzesił, i nas również swą mocą wskrzesi z martwych. Czyż nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusa?... Nie należycie do samych siebie... Chwalcie więc Boga w waszym ciele” (1 Kor 6,13-15. 19-20).
W obliczu śmierci ujawnia się najpełniej tajemnica losu ludzkiego. Zgon cielesny jest naturalny, a wiara mówi nam, że stanowi on „zapłatę za grzech” (Rz 6, 23). „(…) pamięć o naszej śmiertelności służy także jako przypomnienie, że mamy tylko ograniczony czas, by zrealizować nasze życie” (KKK 1006 – 1007).
Pan Jezus poprzez swoją Ofiarę przemienił śmierć. Tak jak każdy człowiek – choć jest zarazem Bogiem – przeszedł przez cierpienie i śmiertelną trwogę. Przyjął je w dobrowolnym poddaniu się woli Ojca. „Posłuszeństwo Jezusa przemieniło przekleństwo śmierci w błogosławieństwo” (KKK 1008 – 1009). Jesteśmy wezwani do naśladowania tej postawy.
Brat Życie, siostra Śmierć
„Pochwalony bądź, Panie mój, przez siostrę naszą śmierć cielesną, której żaden człowiek żywy uniknąć nie może. Biada tym, którzy umierają w grzechach śmiertelnych; Błogosławieni ci, których śmierć zastanie w Twej najświętszej woli…” – pisze święty Franciszek.
Jak wyjaśnia brat Dariusz Kasprzak OFMCap w „Głosie Ojca Pio” (6/12/2001), nazwał on śmierć „siostrą” dlatego, że wcielenie Syna Bożego wprowadziło ludzkie życie doczesne – pełne trudu, bólu, cierpienia, upokorzeń, w końcu bolesnego kresu – w wymiar zbawienia, będącego wyrazem miłości Boga do człowieka.
Franciszek przestrzega, że nie możemy zaniedbywać myślenia o nieuchronności śmierci. Ludzie pokładający jednak nadzieję w „nicościach tego świata” oszukują tylko samych siebie. W końcu bowiem przyjdzie do nich niespodziewanie. Będzie oznaczać zgubę dla tych, którzy nie trwają w pokucie, nie przyjmują Ciała i Krwi Pańskiej, za to w swojej ślepocie służą światu, pogrążeni w grzechach.
W swym tekście o założycielu zgromadzenia franciszkanów (Francesco attraverso i swoi scritti) Lucciano Sangermano wskazuje na to ostrzeżenie – by wystrzegać się „pułapek i knowań demona, który pragnie, by z ludzkich umysłów zniknęła perspektywa zbawienia, i w ten sposób pozbawia ważności śmierć – jako coś nieistotnego. Na szczęście w człowieku istnieje wola i siła do przezwyciężania pokus. Każdy z nas ma możliwość wyboru: życia wiecznego czy też śmierci wiecznej (w znaczeniu potępienia). Każdy z nas może zatem wybierać w swoim życiu doczesnym pomiędzy zbawieniem a potępieniem. Jest to prawdziwa synteza apostolatu św. Franciszka” – czytamy.
Trzeba więc myśleć i pamiętać o śmierci, ale w Bożym duchu. Powinniśmy więc – przypomina ten wielki święty – starać się o miłość i pokorę, udzielając potrzebującym jałmużny, która oczyszcza nasze dusze z grzechu. „Sąd bowiem bez miłosierdzia będzie nad tymi, którzy miłosierdzia nie okażą” – pisał święty Franciszek.
Z kolei jego duchowy syn, nasz rodak święty Maksymilian, zwracając się do współbraci przywołał wspomnienie o jednym z zakonników, któremu „ze szczególnym trudem przychodziło kształcenie cnót”. Z tego powodu przełożeni mieli obawy o jego duszę, gdy w obliczu nieodległego pożegnania się z tym światem okazywał widoczną radość. Zapytany o jej powód, odpowiedział, że Pan Jezus obiecał tym, którzy nie wydają wyroków o innych to, że sami nie będą sądzeni. „A ja nie pamiętam, żebym kogoś osądzał” – powiedział ów zakonnik. Maksymilian przyznał mu rację.
„Jedyna śmierć, jakiej należy się zatem po chrześcijańsku bać, to tak zwana druga śmierć, czyli śmierć duszy spowodowana przez uporczywe trwanie w grzechu, w ostateczności prowadząca do wiecznego potępienia” – przypomina za św. Franciszkiem brat Dariusz Kasprzak.
Skoro żyjemy w nadziei na zbawienie i wieczną radość, nie powinniśmy poddawać się smutkowi i lękowi. Święty Franciszek Salezy, chociaż zwraca uwagę by rozmyślać o śmierci często, to jednak spokojnie, bez trwogi i przygnębienia. „Wyobrażaj sobie, że odchodzisz z tego świata pojednana z Bogiem, w pokoju i ufności. (...) Niech pamięć o śmierci nie odbiera ci odwagi do życia, ale niech cię uczy używać dobrze czasu” – radzi w swojej „Filotei”. Dodaje tam, że wszelki zamęt nie wywodzi się od naszego Ojca („Duch Boży jest łagodny, spokojny i pełen pokoju; duch zamętu i gwałtownego lęku nie pochodzi od Boga”).
Chociaż wielka mistyczka, święta Teresa z Avili, wiele miejsca w swoich pismach poświęcała „nocy duszy” jako istotnej części życia duchowego, bogatego przecież między innymi w bardzo trudne doświadczenia, zwracała też uwagę na ćwiczenie pogodnego usposobienia, które przecież jest zakorzenione w naszym oczekiwaniu wiecznej nagrody. „Od nabożeństw ponurych i świętych kwaśnych niech nas Bóg zachowa” – modliła się w swoich listach.
„Żyjcie w łasce Bożej i bądźcie spokojni. Jeśli jesteście przyjaciółmi Boga, czego macie się bać?” – powtarzał swoim wychowankom założyciel zgromadzenia salezjanów święty Jan Bosko. „Diabeł chce smutku i rozpaczy; Bóg daje pokój” – wskazywał.
Śmiertelna tragifarsa, czyli w stronę rozpaczy
Skoro Komunia Święta jest zadatkiem życia wiecznego („Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” – J 6, 54), to nie przyjmując jej w godny sposób, siłą rzeczy zwracamy się ku wiecznej śmierci i potępieniu.
Klasyk teorii mediów Marshall McLuhan lubił posługiwać się tyleż efektowną, co trafną metaforą wpływu masowych środków komunikacji. „W jaki sposób łowi się dzisiaj ludzkie dusze? Wędką czy siecią?” – pytał swoich słuchaczy. W tej zagadce właściwa odpowiedź brzmiała: wędką łowiono w czasach Apostołów, siecią – od czasów Gutenberga. Dzisiaj wymienia się wodę.
Jak łatwo się zorientować choćby pobieżnie spoglądając na świat popkultury, nie jest to „woda życia”. Ta sfera metodycznie wypierana jest z prawdziwych odniesień do chrześcijaństwa. Ukazuje się je szyderczo, karykaturalnie, z odrazą, która z kolei dla katolika stanowi często powracającą reakcję na wytwory „sztuki nowoczesnej”, reklamy czy tego, co narzucane jest nam pod szeroko rozumianym pojęciem muzyki.
By pozostać w tym świecie, niejako podpisać listę obecności z ograniczoną datą ważności, należy co jakiś czas głośno zadeklarować swoją nienawiść bądź choćby dystans do Kościoła i wartości konserwatywnych. Tego typu wyznania są wprost niezliczone. W pewien sposób trafnie streściła ich sens zmarła niedawno przedwcześnie przedstawicielka polskiej sceny punk-rockowej Martyna Załoga („Nie chcę żadnych przebierańców, świątobliwych pomazańców, my nie chcemy krwi Jezusa, Jezus by się za was wstydził, my kochamy swoje życie, dajcie nam żyć tak jak chcemy”).
Nie dziwi zatem powszechność motywów śmierci i niepobożny pociąg ku niej, obecne w ekspresji malarza Zdzisława Beksińskiego i jego syna Tomasza, prezentera muzycznego i tłumacza, a także zbuntowanych muzyków: Piotra Marka czy też całej plejady reprezentantów rockowej sceny gotyckiej czy metalowej. Wątkom śmierci towarzyszą nieodłącznie w ich produkcjach bluźnierstwa. To jasne wskazanie, skąd wychodzi ich inspiracja. Jak memento dla żyjących – w tym zwłaszcza licznych naśladowców i fascynatów tego rodzaju twórców – powinny brzmieć tragiczne losy wielu spośród tych ludzi. Pamiętajmy przy tym, że ich ostatnie chwile i ostateczne wybory w obliczu śmierci zna jedynie Pan Bóg.
Big Tech, Big Pharm, Big Food i… Big Death
Wilson Bryan Key, przyjaciel i współpracownik wspomnianego teoretyka mediów Marshalla McLuhana, opisywał metody stosowane przez speców od reklamy dla przyciągnięcia uwagi konsumentów. Poświęcił wiele swoich analiz podprogowemu oddziaływaniu na podświadomość. Zebrał między innymi setki przykładów na dyskretne umieszczanie przez producentów alkoholi motywów będących odniesieniami do śmierci – na przykład motywów czaszek pomiędzy kostkami lodu. Czyż to nie cyniczne wykorzystanie swego rodzaju „genu autodestrukcji” ludzi, którzy z dala od Boga, na ścieżce rozpaczy regularnie oddają się swym nałogom, niszcząc własne życie i dążąc ku śmierci? Tezy Keya zostały sprowadzone przez krytyków do kategorii ówczesnych teorii spiskowych, a on sam – uznany za obsesjonata. Jak tu jednak uznać za normalnego kogoś, kto psuje tak bujnie rozkwitające biznesy?
Roman Motoła







