Na Zachodzie bez zmian

51215.jpg
Fot. PHOTOPQR / OUEST FRANCE / MAXPPP / Forum

Wygląda na to, że „Operacja Macron” udała się. Jej wykonawcy działali równocześnie na kilku płaszczyznach. Polityka, który do niedawna był ministrem gospodarki w socjalistycznym rządzie, zdołali wykreować na „człowieka spoza systemu” i „centrystę”. Jednocześnie zbijali – skutecznie jak się okazało – poparcie dla Francois Fillona, który, jak wszystko na to wskazuje, miałby realną szansę pokonania w drugiej turze wyborów prezydenckich obecnego faworyta establishmentu.


 

Zróbmy to razem!

Wywleczenie Fillonowi sprawy opłacania zatrudnienia małżonki z funduszy przeznaczonych na prowadzenie biura poselskiego (praktyka powszechna nie tylko wśród francuskich polityków) sprawiło, że zabrakło mu kluczowych dwóch-trzech procent, by znaleźć się w drugiej turze. Choć po wygłoszonej zaraz po ogłoszeniu wyników tury szybkiej deklaracji kandydata, że w drugiej będzie głosować na Macrona – rzecz jasna w imię walki z „ekstremizmem politycznym”, prezentowanym rzekomo przez Marine Le Pen – można domniemywać, że może chodzić nie tylko o sprawę pieniędzy poselskich. Zgłoszone rychło w czas zapewnienie o lojalności może jednak zapobiec najgorszemu.


Nad Sekwaną będzie więc jak było, czyli zwyciężą „wartości republikańskie”, do których Francuzi wychowywani są od ponad dwustu lat. Republika, jak uczył już Saint-Just, to coś więcej niż ustrój polityczny pozbawiony monarchy. To „żarliwa wspólnota” obywateli, „wychowanych do cnoty”. A cnotą Republiki od początku jej istnienia jest walka z chrześcijańską tożsamością Francji, czy to za pomocą gilotyny (I Republika), czy poprzez ustawodawstwo laicyzacyjne na czele z tzw. rozdziałem Kościoła od państwa (III Republika). Kośćcem organizacyjnym i zarazem strażnikiem tak rozumianych republikańskich wartości jest natomiast wolnomularska „diecezja bez granic”.


Nota bene, warto przypomnieć, że w czerwcu 2016 roku Emmanuel Macron, jeszcze jako minister gospodarki gabinetu socjalistów, wygłosił w paryskiej siedzibie Wielkiego Wschodu referat zatytułowany: „Czy globalizacja jest równoznaczna z postępem?”. Wiedział w końcu, o czym mówi, jako dawny pracownik francuskiej gałęzi banku Rotszyldów – prawdziwy człowiek „spoza systemu”. Dwa miesiące po referacie Macron złożył swoje funkcje rządowe i stał się „centrystą”. Operacja „Nowy człowiek w polityce” rozpoczęła się.


Zauważmy, że jeśli by podliczyć wszystkie głosy oddane w pierwszej turze wyborów prezydenckich, to na kandydatów lewicy – od „centrysty” Macrona po komunistę Malenchona czy kandydata socjalistów Hamona – oddano blisko połowę głosów. Kontrkandydatka Macrona w drugiej turze, Marine Le Pen w zasadniczych sprawach dla ludzi wierzących (np. obrona prawa naturalnego, zwłaszcza w kontekście praw rodziny) w niczym się nie różni od swojego „centrowego” konkurenta. Również ona nie wyobraża sobie – rzecz jasna w imię walki o „centrowy” elektorat – zakwestionowania „wartości republikańskich”, które w ostatnim czasie przybrały formę promowania tzw. małżeństw jednopłciowych. Cała różnica między dwoma kandydatami polega zatem na tempie gnicia, w jakim chcą utrzymać swój kraj – szybszym Macron, wolniejszym Le Pen. Nic ponadto.


Czy to wszystko oznacza, że nie ma już Francji katolickiej, pamiętającej o swoim chrzcie (por. Jan Paweł II)? Oczywiście, że jest. Setki tysięcy ludzi, którzy parę lat temu wyszli na ulice francuskich miast w obronie rodziny zagrożonej przez wymierzoną w instytucję małżeństwa politykę rządu socjalistycznego (którego członkiem był „centrowy człowiek spoza układu” Macron) są dowodem na to, że Francja wierząca w Boga i Jego prawo jeszcze nie umarła. Opinia katolicka nad Sekwaną istnieje, ale nie ma przywództwa politycznego. Do tego dochodzi całkowicie spacyfikowany Kościół francuski (w rozumieniu Kościoła hierarchicznego). Ruch „La Manif pour Tous” był przecież całkowicie oddolny, właściwie pozbawiony konkretnego wsparcia ze strony biskupów.


Patrząc czysto po ludzku, droga do wyłonienia katolickiej elity politycznej we Francji jest bardzo długa. Może gdzieś zaczyna swoje istnienie współczesne Cluny czy Citeaux, które odnowi francuski Kościół. Dopiero ten odnowiony, tj. wierzący na serio, będzie dopiero w stanie inspirować świat polityki zdolny wydać pokolenie polityków z prawdziwego zdarzenia. Per analogiam: od momentu utworzenia oryginalnego Cluny do wykształcenia się rozwiniętego etosu rycerstwa we Francji, minęło mniej więcej dwieście lat.


Na razie czekają nas rządy „narcyza bez doświadczenia”, jak nazwał zaraz po pierwszej turze wyborów prezydenckich Emmanuela Macrona filozof Alain Finkelkraut, którego raczej trudno podejrzewać o szczególnie prawicowe poglądy. Żadna z ostatnich „zdobyczy” socjalistycznego rządu z pewnością nie zostanie zakwestionowana. Będzie, jak było, czyli nudno i straszno.


Słuchając bowiem powtarzanych w naszych mediach określeń typu „centrysta Macron” przypomniałem sobie słowa siedemnastowiecznego poety niemieckiego Friedricha von Logaua: In Gefahr und grosser Noth/Bringt der Mittel-Weg den Tod. W wolnym tłumaczeniu znaczy to: „W niebezpieczeństwie i potrzebie, droga środkiem wiedzie ku śmierci”.

 


Grzegorz Kucharczyk

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: