Paweł Chmielewski: Leon i migranci. „Młodszy brat” Franciszka

Chmielewski-1024x1024 (1).jpg
Autor:
Paweł Chmielewski
forum-1114376057.jpg
Fot.: AA/ABACA / Abaca Press / Forum

Wizyta Leona XIV na Lampedusie to kolejny dowód na głęboki rozdźwięk pomiędzy przekonaniami milionów katolików w krajach Zachodu a polityką Stolicy Apostolskiej. Nie pomoże to ani Watykanowi, ani politycznej sprawie, o którą walczy.

Leon jak młodszy brat Franciszka

Odwiedziny Leona XIV na Lampedusie w dniu 5 lipca 2026 roku nie mają tej samej siły symbolicznej, co odwiedziny jego poprzednika. Franciszek wybrał tę małą wyspę na pierwszy cel swojej oficjalnej podróży apostolskiej poza Rzym. W ten sposób dał światu wyraźny sygnał: Kościół katolicki opowiada się za przyjmowaniem imigrantów. Czas też był szczególny. Latem 2013 roku, kiedy na Lampedusę przyleciał papież z Argentyny, rodził się już wielki kryzys migracyjny, wkrótce mający spowodować jeden z największych kataklizmów politycznych Europy ostatnich dekad. Papież Franciszek był w tej sprawie konsekwentny przez cały swój pontyfikat: zawsze popierał przyjmowanie migrantów, nawet w momentach największego przesilenia nastrojów społecznych. Kiedy wszyscy w Europie widzieli, że zaklęcia Angeli Merkel („Damy radę!”, „Wir schaffen das!”) po prostu nie działają, Jorge Mario Bergoglio stał cały czas na tym samej pozycji.

Dwie narracje. Nadzieja kontra zagrożenie

Można byłoby w tym widzieć niezłomną postawę proroka i wielu właśnie tak postrzegało Franciszka. Wskazywano na cierpienie migrantów: ludzie uciekający przed biedą i wojną, udają się w trudną podróż lądową i morską, często giną, chcąc dotrzeć do bram nadziei w Europie. Młodzi ludzie i rodziny szukające lepszego życia, łakną sprawiedliwości, a nader często spotykają się z wyzyskiem, obojętnością, złem…

Zróbmy to razem!

Narracja, która prezentuje imigranta jako figurę cierpiącego Chrystusa, ma zakotwiczenie w rzeczywistości. Problem tylko w tym, że to nie jest cała opowieść o problemie, bo można jej przedstawić coś zupełnie przeciwnego.

W 2021 Kościół katolicki wspominał 450. rocznicę bitwy pod Lepanto. Zjednoczone siły katolickie pokonały islamską flotę turecką. Papież Pius V obawiał się, że jeżeliby nie doszło do tej wiktorii, siły muzułmańskie mogłyby rozpocząć triumfalny marsz, niszcząc europejskie chrześcijaństwo. Zwycięstwo w bitwie morskiej przypisywano powszechnie wstawiennictwu Matki Bożej, która nie dopuściła do tego, by półksiężyc rozdarł swoimi rogami krzyż Chrystusa. Wtedy, pod koniec XVI stulecia, nikt nie miał wątpliwości: islam to śmierć, okrucieństwo, niewola i bluźnierstwo. Muzułmanie mordowali chrześcijan na najbardziej okrutne sposoby, gwałcili i niewolili chrześcijańskie kobiety, niszczyli kościoły, deptali świętości. Byli wrogiem, nawet jeżeli z tym wrogiem niektórzy zawierali taktyczne pakty, jak czyniła choćby Republika Wenecka.

Czy dziś jest inaczej? To pytanie stawiało wielu, kiedy Franciszek pojechał na Lampedusę, by wzywać do przyjmowania migrantów. Przecież ta niewielka wyspa jest położona bliżej muzułmańskiej Tunezji, niż katolickiej Sycylii. Do Europy przybywają przede wszystkim wyznawcy islamu: mieszkańcy państw Afryki Północnej albo Bliskiego Wschodu. Szukają lepszego życia, to prawda; ale niosą przy tym wiarę Mahometa, która jest chrześcijaństwu wroga. W kolejnych latach Europa doświadczyła wielu brutalnych zamachów terrorystycznych. Z imieniem Allaha na ustach, muzułmanie zabijali nożem i maczetą, wysadzali się w powietrze, strzelali i rozjeżdżali samochodami. Kradli, napadli, gwałcili kobiety, dając wyraz swojej pogardy dla europejskiej kultury. Była to mniejszość? Tak, ale w sieci krążyły filmy obrazujące radość wielu „zwykłych muzułmańskich” uczniów siedzących w europejskich klasach szkolnych: cieszyli się, kiedy jakiś zamachowiec z Państwa Islamskiego obcinał Europejczykowi głowę…

W tej sytuacji przesłanie papieża Franciszka musiało antagonizować. Kiedy Ojciec Święty mówił o miłosiernym Samarytaninie, jedni ze łzami w oczach klaskali, a inni przypominali, że człowiek, którego Samarytanin uratował, nie był bynajmniej wyznawcą dżihadu, którzy marzył o podboju i krwi. Kiedy papież Franciszek zwracał uwagę na dramat rodzin uchodźców szukających bezpieczeństwa, jedni wyciągali z kieszeni pieniądze, by wesprzeć pracę organizacji NGO ratujących migrantów na morzu – a inni przypominali, że dzieci z tych rodzin będą wkrótce głosić szariat i stawiać nowe meczety.

Leon i opowieść o cierpieniu

Wizyta na Lampedusie Leona XIV nie rozwiązuje w żaden sposób tego napięcia. Owszem, z perspektywy prawicowej dałoby się wyjąć z całego wydarzenia kilka istotnych elementów. Papież mówił na przykład o korupcji w miejscach, z których imigranci wyruszają; o zbrodniczych kalkulacjach tych, którzy zarabiają na cudzym dramacie. To oczywista krytyka przemytników ludzi: tych, którzy obiecują świetlaną przyszłość i pobierają sowite opłaty za zorganizowanie niebezpiecznej i nielegalnej przeprawy do Europy. Mówił, że Europa posiada odpowiedni potencjał, by działać na rzecz rozwoju krajów uboższych, tak, aby ich mieszkańcy nie byli zmuszani do migracji. Wskazywał dwukrotnie na konieczność integrowania migrantów, przypominając w ten sposób, że samo przyjęcie ludzi nie wystarczy, bo muszą stać się jeszcze faktyczną częścią nowego społeczeństwa. Wędrując po Lampedusie, papież dał się też sfotografować przy grobach z krzyżami, co dowodnie świadczy o chrześcijaństwie części przybyszów.

Jednak całość papieskiej wizyty na wyspie stanowi wodę na młyn polityki promigracyjnej. Gestów i słów było tu tak dużo, że nie sposób ich nawet wymienić. Przejście przez symboliczną bramę nadziei na skalistych brzegach wyspy, w towarzystwie rodziny migrantów; słowa, które zestawiają przyjmowanie uchodźców z przyjmowaniem aniołów (sic); wzywanie do naśladowania miłosiernego Samarytanina; zdecydowana krytyka tych, którzy są obojętni na los migrantów; odrzucenie dzielenia przybyszów podług klucza wyznawanej religii… To wszystko stanowiło absolutną dominantę wyprawy na Lampedusę. Ci, którzy głoszą, że „z nauczania Kościoła wypływa konieczność przyjmowania migrantów”, mogą triumfalnie wskazać na Ojca Świętego.

Mam wobec narracji papieża bardzo poważną wątpliwość. Otóż na pierwszy rzut oka i ucha wydaje się, że papież ma rację. Miłosierdzie, pomoc bliźniemu, pochylenie się nad ludzkim cierpieniem – to wszystko są rzeczy absolutnie chrześcijańskie. Tyle, że kiedy słyszymy o dobrym Samarytaninie jako wzorcu naszego postępowania, możemy to przyjąć na płaszczyźnie osobistej: tak właśnie powinniśmy czynić. Czy można jednak ten przykład traktować jako jakąś twardą wytyczną polityki całego kontynentu? Wydaje się, że to wielkie nadużycie. Gdyby w wypowiedziach Leona XIV historia Samarytanina była w pewnym sensie moralnym wskaźnikiem dla indywidualnych decyzji, ale zarazem zrównoważona odniesieniem do poważnego i strategicznego wymiaru polityki państwowej – można byłoby rzecz wtedy łatwo przyjąć. Tak, jak jest nam to przedstawiane, rzecz jawi się jednak jako zachwiana. Ma się wrażenie, że ci, którzy mówią „stop” masowej migracji do Europy, są zrównywani ze złymi ludźmi – nawet, gdyby postawieni w faktycznej egzystencjalnej sytuacji dobrego Samarytanina zachowaliby się podobnie, jak on. Trudno uznać to za sprawiedliwe.

To nikomu nie pomoże

Nie jestem sędzią papieża; Ojciec Święty sam dobiera środki wyrazu dla przedstawiania nakazów moralnych chrześcijaństwa wobec aktualnych wyzwań politycznych. Mogę jednak z całą pewnością stwierdzić, że to, co czyni, ma bardzo nikłe szanse na strategiczne wsparcie kierunku politycznego, na którym mu zależy. Opinia społeczna w krajach zachodnich jest coraz bardziej wroga promigracyjnej narracji, którą trwale skojarzono ze skrajnie lewicową i nieodpowiedzialną polityką. W Stanach Zjednoczonych większość chrześcijan popiera Republikanów przeciwko Demokratom. W krajach europejskich rosną w siłę takie partie, jak Alternatywa dla Niemiec, Zjednoczenie Narodowe we Francji, Konfederacja w Polsce czy Reform UK w Wielkiej Brytanii. Europejczycy mają dość – i nie traktują głosu Kościoła katolickiego jako głosu poważnego. To, co czynią dwaj ostatni papieże, jest niejako z automatu wypychane ze świadomości przez wielu chrześcijan, jako bezkrytyczne przyjmowanie skompromitowanej lewackiej narracji. Gdyby Ojciec Święty zaczął konkretnie różnicować; gdyby wziął pod uwagę autentyczne obawy wielu mieszkańców Europy przed masową migracją – kto wie, być może zacząłby być rzeczywiście słuchany. Czyni jednak inaczej, stając się głosem światowej lewicy, ignorowanym przez prawicowców.

Strategicznie powoduje to, że Kościół katolicki coraz bardziej traci swój autorytet. Przecież lewica nie traktuje go poważnie: Kościół jest jej potrzebny tylko taktycznie, ostatecznie to dla lewicy fundamentalny wróg. Prawica chętnie oparłaby się na Kościele, ale nie może, bo dochodzi do totalnego rozjazdu pomiędzy emocją prawicowej bazy wyborczej a tym, co głoszą papieże. Co z tego wszystkiego zostaje? Pięknie brzmiące hasła o miłosierdziu, które z wymiaru indywidualnego zostaje przeniesione na wymiar polityki państwowej; nic więcej. Rzecz w tym, że stanowisko Stolicy Apostolskiej nie zmieni emocji wyborców, bo na tę mogłaby wpłynąć tylko rzeczywista zmiana polityczna, ograniczająca skalę masowej migracji albo zaostrzająca politykę wobec imigrantów-przestępców.

Gdyby Watykan postawił na „ochrzczenie” bardziej restrykcyjnej polityki migracyjnej, dbając, by nie zamieniła się w faktyczną, quasi-pogańską ksenofobię – mógłby mieć jakieś widoki na sukces. Stając się rzecznikiem lewicy, tylko powiększa rozmiar klęski, którą poniesie sprawa, do jakiej się przyłączył.

Paweł Chmielewski

 

 

Chmielewski-1024x1024 (1).jpg
Autor:
Paweł Chmielewski
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: