Porywy serca i zamknięte okno. Koniec relacji polsko-ukraińskich?

Gedlek_1024x1024.jpg
Autor:
Krzysztof Gędłek
Zelenski-Nawrocki-Ukraina.jpg
Oprac. PCh24.pl

Relacje polsko-ukraińskie dawno nie były tak napięte jak obecnie. Czy faktycznie stajemy przed wyborem: albo zaakceptujemy Ukrainę taką, jaką ona jest, albo oddamy ją w rosyjskie ręce?

Zapowiedź odebrania Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu rozpaliła serca opinii publicznej, ale też stawia nas przed trudnym pytanie: jak możemy realizować obecnie nasze interesy w relacjach ze wschodnim sąsiadem? I czy jeszcze istnieje szansa na utemperowanie nieprzyjaznej nam ukraińskiej propagandy?

O co gramy?

Zacznijmy od tego, co jest naszym głównym interesem w relacjach polsko-ukraińskich. To oczywiście gaszenie imperialnych ambicji Rosji rękami i nogami ukraińskich żołnierzy. W polskiej historii od dawna nie mieliśmy sytuacji, kiedy mogliśmy – na wzór Anglosasów – płacić czyjąś krwią za nasz względny spokój na granicach. Musimy zdawać sobie sprawę – wszak Moskwa tego nie ukrywa – że ewentualna porażka Ukrainy i „przejęcie” jej przez Rosję stanowi dla nas poważne niebezpieczeństwo. Jakiego rodzaju? Zapewne nie egzystencjalne, przynajmniej w dającej przewidzieć się przyszłości. Ale próbkę tego, w jaki sposób możemy być poddawani rosyjskiej presji mieliśmy jeszcze całkiem niedawno na granicy polsko-białoruskiej. Krótko mówiąc, jeśli na niemal całej wschodniej granicy Polski staną rosyjskie wojska, nasze bezpieczeństwo będzie poważnie zagrożone. Dlatego powinniśmy robić wszystko, by tę perspektywę odsuwać możliwie niskim kosztem i temu służy właśnie wspieranie Ukrainy w walce z Rosjanami.

Zróbmy to razem!

Temu celowi powinno służyć także utrzymywanie dobrych relacji z Kijowem, wszak nie chodzi jedynie o jednostronne wsparcie. Ukraina prowadzi wojnę od ponad czterech lat, jest zatem państwem posiadającym niezbędne bojowe „know how”. Jeśli zatem chcemy skutecznie wzmacniać swoją armię, powinniśmy korzystać z wiedzy i doświadczenia armii ukraińskiej. Bez współpracy wojskowej nasze próby reagowania na rosyjskie zagrożenie są w ogromnej mierze działaniem na oślep.

Ale to nie wszystko. Obok tego celu, jeśli poważnie traktujemy nasze państwo i cywilizację chrześcijańską, które je ukształtowało, jest też troska o wspólnotę, czyli nie tylko o obecne, ale i o minione pokolenia. I oczywiście w trosce tej mieści się zabieganie o godne upamiętnienie ofiar zbrodni ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu oraz w Galicji Wschodniej, co napotyka na poważną kontrę ze strony liderów politycznych w Kijowie. Co więcej – kult UPA jest częścią ukraińskiej polityki historycznej, szczególnie mocno eksponowanej przez wojenną propagandę.

Czy możemy w jakiś sposób te interesy pogodzić?

Porywy serca zamiast polityki

Polska nie jest mocarstwem, nie posiadamy zbyt wielu cenionych współcześnie narzędzi miękkiej siły, jak choćby kapitał. Musimy zatem korzystać z „okienek”, dających nam możliwość skutecznego oddziaływania dyplomatycznego na państwa. Takie „okienko” wykorzystywaliśmy chociażby u zarania III RP, kiedy udało nam się zrealizować kilka istotnych celów. Wymogliśmy na Niemcach oficjalne uznanie granicy wschodniej, co było kluczowe jeśli wziąć pod uwagę, że wówczas nasz silny zachodni sąsiad definiował się na nowo, określając także swoje stanowisko wobec nowego geopolitycznego tworu, jakim po upadku ZSRR stała się Europa Środkowo-Wschodnia. Uznaliśmy też niepodległość Ukrainy, oddalając od siebie granicę rosyjską, i to pomimo niezbyt przychylnego wobec Kijowa stanowiska Zachodu, w tym USA, na które przecież wówczas orientowaliśmy się w całym procesie transformacji. A zatem udało nam się ugrać pewne sprawy pomimo nie do końca sprzyjających nam okoliczności.

Nieco podobnie było w przypadku naszych relacji z Ukrainą. Najlepszym czasem do spakietowania i załatwienia najważniejszych spraw w naszych relacjach były pierwsze miesiące po wybuchu pełnoskalowej wojny w lutym 2022 roku. To wówczas – szczególnie w pierwszych tygodniach, ale także i później – kiedy zaangażowanie Polski odgrywało naprawdę kluczową rolę, należało przedstawić Kijowowi sprawy, które mieliśmy do załatwienia. Owszem, pomoc Ukrainie nam się po prostu opłacała, ale to jednak nie my byliśmy w sytuacji gardłowej, lecz nasz wschodni sąsiad. Nie ma lepszej sytuacji, by wymóc pewne sprawy na sojuszniku, niż wówczas gdy sytuacja zmusza go do płacenia wyższej ceny za niezbędne mu zasoby. To brutalne, ale na tym w istocie polega polityka: to ostatecznie sztuka negocjowanie interesów i uzyskiwania dla siebie korzyści.

Oczywiście cele należało stawiać sobie realne. Zapewne nie wpłynęlibyśmy na zmianę polityki historycznej Ukrainy, ale z pewnością byłaby wówczas szansa na odblokowanie ekshumacji ofiar zbrodni UPA. A o to przecież nam w istocie chodzi, to jest naszym twardym interesem – godne upamiętnienie tych Polaków, którzy w okrutny sposób stracili życie na terenie Wołynia i Galicji Wschodniej.

Dlaczego tego nie zrobiliśmy? Powodem jest nasz mental. W Polsce zasadniczo nie patrzymy na politykę jako na targ, w którym dobijamy interesu walcząc o swoje, lecz jako zajęcie godnościowe. Każdy polityk, który się targuje postrzegany jest jak bezduszny egoista lub człowiek małostkowy. Liczą się imponujące dokonania, wzniosłe przemówienia, ambitne projekt. Podobały nam się słowa prezydenta Andrzej Dudy, który zapewniał, że pomagając Ukrainie, pomaga sąsiadowi, któremu pali się dom. Jak sam przy tym argumentował, w takiej sytuacji nie rozmawiamy o tym, co nas różni, tylko gasimy pożar. Wtórował mu ówczesny wiceminister spraw zagranicznych, Paweł Jabłoński krzywiąc się z niesmakiem na myśl o tym, że Polska mogłaby prowadzić politykę transakcyjną.  

Politykę zastąpiliśmy po prostu porywem serca. Nie postrzegaliśmy udzielanej Ukraińcom pomocy jako czegoś co „nam się opłaca”. Wspieraliśmy przyjaciół, ludzi pokrzywdzonych, dotkniętych tragedią. I o ile taka postawa jest słuszna na poziomie relacji międzyludzkich, o tyle musiała skończyć się fiaskiem w relacjach między państwami. Ukraińscy politycy uznali po prostu, że cena naszego wsparcia jest na tyle niska, iż nie warto o nie zabiegać. Wspieramy, bo nam się to opłaca, zatem nie ma mowy o żadnej transakcji.

Sytuacja zaczęła się jednak stopniowo zmieniać, gdy wojenna pożoga nieco przygasła. Wówczas okazało się, że polityka wraca na swoje tory – Ukraińcy wzmocnieni wsparciem Polski i innych krajów Zachodu, zaczynali grać o kolejne stawki, jak transport zboża, chcąc w ten sposób realizować swoje interesy. Nas zaś czekało brutalne zderzenie z rzeczywistością. I to spowodowało radykalne odbicie nastrojów.

Od ściany do ściany

W badaniach dotyczących stosunku Polaków wobec Ukraińców jako częsty powód naszego negatywnego odbioru mniejszości ukraińskiej w Polsce podajemy brak wdzięczności za okazane wsparcie. Czym miałaby być ta wdzięczność? Czy chodzi o to, że Ukrainiec przed wejściem do sklepu czy tramwaju miałby wygłaszać dziękczynną formułkę? Mam wrażenie, że to deklarowane oczekiwanie wdzięczności wiąże się raczej z fiaskiem politycznych relacji, zawodem, że miała być sielanka, a tymczasem mamy do czynienia z twardym konfliktem interesów.

Obiecywano nam przecież polsko-ukraiński festiwal miłości, a nawet wielką unię obydwu państw. Tymczasem spory, którymi nasi liderzy wydawali się zaskoczeni i kompletnie na nie nieprzygotowani, rozbiły w drobny pył ambitne i cokolwiek surrealistyczne plany jedności. Brutalnie przekonaliśmy się, że akt miłosierdzia okazany przez Polaków uchodźcom to jedno, a polityczne relacje to drugie. To pierwsze z natury rzeczy jest bezinteresowne. Na tym opiera się miłość bliźniego – pomagam, bez żadnej gwarancji, że otrzymam jakikolwiek dowód wdzięczności. Politycy jednak muszą zabiegać w pierwszej kolejności o dobro narodu, na którego czele stoją, zatem interes państwa powinien być nadrzędny. Taka jest ich powinność etyczna i zobowiązanie.

Przypomnijmy, że na fali rozczarowania Ukrainą Andrzej Duda – były już prezydent jest wdzięcznym przykładem naszego specyficzne podejścia do polityki cechującego się mieszaniem porządków relacji międzyludzkich oraz międzypaństwowych – wyraźnie zawiedziony postawą Zełenskiego rozemocjonowanym tonem wspomniał w jednym z wywiadów o zamknięciu kluczowego z punktu widzenia dostaw uzbrojenia na Ukrainę lotniska w Jasionce. Był to popis miotania się od ściany do ściany, podyktowany raczej poczuciem bezsilności niż jakąś przemyślaną strategią. Ewentualne zamknięcie Jasionki – jeśli w ogóle byłoby możliwe – to w zasadzie sankcyjna broń atomowa. Jej użycie celowałoby też w nasz kluczowy dzisiaj interes, jakim jest wykrwawianie rosyjskich żołnierzy na ukraińskim froncie.

Nieco inaczej z kolei rzecz ma się z reakcją prezydenta Karola Nawrockiego na skandaliczną decyzję prezydenta Zełenskiego o nadaniu imienia „bohaterów UPA” jednej z jednostek ukraińskiej armii. Przyznam, że trudno jednoznacznie ocenić propozycję odebrania Orderu Orła Białego głowie ukraińskiego państwa. To decyzja godnościowa, nie mająca zbyt wiele wspólnego z realną polityką. Stoi za nią głównie społeczna potrzeba „ukarania” Zełenskiego za hołd składany upowcom. Problem w tym, że to raczej Zełenskiemu nie zaszkodzi a nawet przeciwnie – wzmocni jego pozycję w oczach Ukraińców. Moi rozmówcy dobrze zorientowani w nastrojach panujących na Ukrainie wskazują właściwie jednoznacznie: w realiach toczącej się tam wojny Ukraińcy są jak zwierzę w klatce – wszystko, co tylko nie służy ich interesowi traktują jako atak. A to oznacza, że następuje tam znany także w pokojowych realiach efekt rally around the flag (zjednoczenie wokół flagi, czyli wyraźnego poparcia udzielonego rządzącym przez rządzonych). Realnie zatem na tej decyzji nie zyskamy niczego.  

Druga sprawa to rzecz jasna kwestia prestiżu najważniejszego odznaczenia państwowego. Owszem, to mocny argument za odebraniem go Zełenskiemu, bo jeśli ktoś hołduje formacji antypolskiej, nie powinien mieć przypiętego do piersi Orderu Orła Białego. W istocie zresztą należałoby napisać więcej: najlepiej byłoby, gdybyśmy z nieco większą ostrożnością podchodzili do honorowania obcych przywódców państwowymi odznaczeniami.

Czy zatem jednak mamy jeszcze jakieś narzędzia, którymi możemy oddziaływać na Ukraińców? Obecna sytuacja nie jest dla nas tak dobra, jak cztery lata temu. Dzisiaj wsparcie dla Ukrainy stał się już kwestią międzynarodową, Kijów jest w stanie sobie poradzić bez pomocy Warszawy, choć oczywiście można próbować stawiać warunki i obserwować reakcję ukraińskich władz.

Znacznie bardziej skuteczna – choć kiepsko rezonująca społecznie – wydaje się natomiast odbudowa polskiego soft power, czyli narzędzi wpływu na Ukraińców i pośrednio także ukraińskie władze.

Polski strajk kobiet w Kijowie

Twierdzenie, że Ukrainie nie zależy dzisiaj na relacjach z Polską byłoby mocno przesadzone. Świadczy o tym chociażby niedawna wizyta w Polsce Kiryła Budanowa. To bardzo ważna postać w polityce ukraińskiej. Były szef wywiadu wojskowego, dzisiaj zawiaduje kancelarią Wołodymyra Zełenskiego. Na Ukrainie postrzegany jest jako „wiceprezydent”. Jego przyjazd i spotkania z polskimi politykami świadczą o tym, że Kijów chciałby załagodzić sprawę, choć o cofnięciu się o krok wstecz raczej nie ma mowy.

Nie jest zatem tak, że obecnie nic nie możemy. Relacje z Ukrainą jednak od początku źle ustawiliśmy i właśnie obserwujemy tego bolesne konsekwencje. Nie pierwsze zresztą i niestety najpewniej nie ostatnie.

Zostawmy to jednak za sobą. Obecnie przyszłością wydaje się skuteczne budowanie polskiego soft power, czyli miękkiego oddziaływania na opinię publiczną na Ukrainie. Dzisiaj Polska nie ma tam najlepszej prasy. Mieliśmy ją w pierwszej i drugiej dekadzie XXI wieku, kiedy dla części Ukraińców aspirujących do państw Zachodu, jawiliśmy się jako kraj, któremu się udało. Zaś po wybuchu wojny w 2022 roku i wielkiej spontanicznej pomocy jaką Polacy udzielili Ukraińcom, nasz wizerunek nie tyle zmienił się jeszcze na lepsze, ile wręcz został idealizowany. Na pewien czas, wszak z czasem – o czym była częściowo mowa wyżej – zmienił się on na naszą niekorzyść. Jednak nic straconego, jeśli faktycznie pomyślimy o długofalowych działaniach, wymagających konsekwencji oraz sprawnie wyćwiczonych "mięśni” instytucjonalnych państwa.

Pierwszym bardzo ważnym krokiem powinno być finansowanie swoich mediów na Ukrainie. Jeśli chcemy wpływać na opinię publiczną, powinniśmy mieć tam coś na kształt portalu onet, ale oczywiście z polskim a nie niemiecko-szwajcarskim kapitałem. W mediach tych zaś powinni pracować spolonizowani Ukraińcy lub Polacy zainteresowani tematyką wschodnią i znający świetnie kulturowe konteksty.

Po drugie, powinniśmy na poważnie zbudować strategię asymilowania Ukraińców w Polsce. To projekt długofalowy i wymagający, ale korzystny. Mamy w końcu kawałek wspólnej historii. W czasach I Rzeczpospolitej, choć Ukraina często była miejscem buntów, Kozacy nierzadko walczyli ramię w ramię z wojskiem Koronnym, by wymienić tylko Dymitriady czy słynną bitwę pod Chocimiem. Ukraińcy walczyli też w szeregach polskiego wojska z sowieckim najeźdźcą w 1920 roku czy w kampanii wrześniowej 1939 roku. Jeśli nie będziemy edukować Ukraińców w szkołach czy na uczelniach i z wykorzystaniem rozmaitych fundacji organizujących szkolenia, oddamy ich w ręce Kijowa. A tak się w istocie dzieje, wszak w Polsce działają prężnie instytucje związane z władzami ukraińskimi, które wpływają na postawy swoich rodaków.

A przecież to po naszej stronie są najmocniejsze argumenty. Jednym z nich jest edukacja przedszkolna i szkolna. To miejsca, gdzie bardzo szybko można uczyć dzieci języka polskiego, ale też pokazywać im polską kulturę. Nawet jeśli dzieci te z czasem jednak powrócą do swoich korzeni narodowych, to z pewnością ich wiedza o Polsce nie będzie formowana przez szkodliwy nacjonalizm i banderyzm, ale przez doświadczenie kraju, który nie tylko daje lepsze warunki życia, ale ma bogatą ofertę kulturową.

Obecnie ta refleksja w państwowych instytucjach nie wydaje się specjalnie dojrzewać. Dość powiedzieć, ze z finansujemy z budżetu ukraińską propagandę przekazywaną w Polskim Radiu dla Ukrainy. To zresztą ciekawy przypadek głębokiego niezrozumienia przez polskie władze tego, czym jest soft power i polityka asymilacyjna. Według informacji, które uzyskaliśmy, to ważne propagandowe narzędzie, w dodatku opłacane z polskich pieniędzy, oddaliśmy nawet nie spolonizowanym Ukraińcom, ale Ukraińcom wprost związanym z władzami w Kijowie. Słowem: finansujemy w Polsce rządową propagandę obcego kraju.

Zapytaliśmy zresztą resort kultury m.in. o to, jakie są kryteria doboru dziennikarzy do Polskiego Radia dla Ukrainy, ale odpowiedzi do momentu publikacji tego tekstu, nie otrzymaliśmy.

To nie jedyny skandal związany ze słabością polskich instytucji i kompletnym niezrozumieniem naszej sytuacji. Innym jest ideologiczne zaczadzenie obecnej władzy. Oto na niedawnym festiwalu filmowym „Molodist” w Kijowie – to spore wydarzenie kulturalne w tej części Europy – Polska zaprezentowała obraz „Nie jesteś sama”, opowiadający o niesławnym strajku kobiet i aktywistkach Aborcyjnego Dream Teamu. Pisał o tym szerzej na łamach „Gazety Polskiej” Jakub Maciejewski. Oto właśnie przykład polskiej próby oddziaływania kulturowego na Ukrainie.

Nietrudno chyba o bardziej klarowny obraz głupoty polskich władz i – co tu dużo kryć – słabości.

Krzysztof Gędłek

Gedlek_1024x1024.jpg
Autor:
Krzysztof Gędłek
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: