Rocznica 11 września. Czy rząd ma prawo nas inwigilować?

Dziś rocznica zamachu terrorystycznego 11 września, który zmienił Amerykę, a wraz z nią cały świat, zaostrzając zasady kontroli i inwigilacji obywateli. Liberałowie krzyczą od tamtej pory o bezprawiu, ale czy z konserwatywnego punktu widzenia sytuacja jest równie zero-jedynkowa?
Gdy polskie media trąbiły na temat samolotów, które uderzyły w nowojorskie Dwie Wieże, byłem uczniem gimnazjum. Pamiętam atmosferę, jaka nastała wśród nastolatków niemających pojęcia, o co chodzi. Pamiętam nawet moment, gdy stałem pod domem, świeciło słońce, krakowskie osiedle żyło zwyczajnym życiem, a ja zastanawiałem się, co mam myśleć, gdy właśnie wydarza się... koniec świata.
Dla Amerykanów był to koniec świata, przynajmniej tego, który znali – zapatrzonego w swój sukces i ślepego na zagrożenia. Od tamtego momentu mówi się o Ameryce przed-11 września i po-11 września. Zresztą podobnie, jak w Polsce, mówimy o sytuacji przed katastrofą smoleńską i po niej. Jest jednak parę różnic.
Nagłówki w USA krzyczały „Ameryka zaatakowana” – „Naród Zjednoczony” i do dziś mówi się o solidarności, jaka na dłuższy czas zapanowała pomiędzy ludźmi. U nas... no cóż, nawet w momencie katastrofy trudno było wymagać choćby tylko poważnego potraktowania tragedii przez Donalda Tuska i jego popleczników, na których spadło przejęcie państwowych sterów. Po czym polityczni decydenci z obu odnóg PO-PiS-u ramię w ramię jęli wykorzystywać tę tragedię do pogłębienia podziału społeczeństwa na dwa antagonistyczne obozy.
Pomijam już mniej ważne, choć kulturowo bardziej widoczne, różnice, jak ta, że amerykański przemysł filmowy natychmiast zareagował na zamach licznymi odwołaniami. W Polsce nie ma przemysłu filmowego z prawdziwego zdarzenia, trudno więc oczekiwać, by na dużym (lub choćby małym) ekranie w artystycznie satysfakcjonujący sposób odzwierciedlały się ważne dla Polski wydarzenia.
Państwo nie ma prawa kontrolować ludzi?
Jak wiadomo, gdy Ameryka kichnie, cały świat ma katar. Po zamachu 11 września George Bush podpisał Aviation and Transportation Security Act, czyli ustawę zmieniającą zasady bezpieczeństwa lotów, która wpłynęła na analogiczne zmiany na całym świecie. Spotkały się one z krytyką części opinii publicznej.
Z moralnego punktu widzenia (a pamiętajmy, że według klasycznej definicji polityka jest przedłużeniem etyki, tudzież zaadoptowaniem jej do porządku publicznego) nie ma nic złego w tym, że państwo używa swoich prerogatyw z potencjalną szkodą poszczególnych osób. Skoro zadaniem państwa jest dbanie o porządek i bezpieczeństwo, to nie mam nic przeciwko temu, żeby mnie ktoś kontrolował na granicy, jeżeli mam przekonanie, że obcych wlatujących do Polski również się kontroluje. Pomijam tu oczywiste nielogiczności, jak ta, że ta sama osoba może wjechać w strefie Schengen bez kontroli granicznej czy małe niedogodności, jak przejście przez bramki z butelką wody czy szamponu. Pomijam też anegdotę, jak przez przypadek wniosłem na pokład obcinaczkę do cygar, którą – po odkręceniu dwóch śrubek – mógłbym sterroryzować całą załogę.
Następnie amerykańska administracja wyszła z pomysłem tzw. „No-fly list”, a więc wykazu osób, których nie należy wpuszczać na pokład. I znów, przynajmniej w teorii, nie ma z tym problemu, bo państwo ma prawo uznać kogoś za groźnego, nawet jeżeli nie ma na to twardych dowodów. Co do zasady, wolę, by moje państwo niesłusznie zabroniło wjazdu osobie niewinnej (czego miał doświadczyć Rafał Ziemkiewicz lecący do Anglii), niż przez zaszachowanie przepisami wpuściło groźnego przestępcę, burzyciela czy terrorystę.
„Ustawa patriotyczna” na służbie podżegaczy wojennych
Jednocześnie jednak podjęto w Waszyngtonie gorączkowe prace nad tzw. „Patriot Act”, a więc „ustawą patriotyczną” rozszerzającą kompetencje służb w kontrolowaniu (czy wręcz inwigilowaniu) obywateli.
Ponownie należy zapytać, czy jeżeli państwo wie, że ktoś jest przestępcą, ale nie ma to oczywistych dowodów (bo przestępca dobrze się kamufluje), to czy ważniejsze jest poszanowanie jego domniemanych praw czy też skuteczna ochrona reszty społeczeństwa? Tyle w teorii, natomiast w praktyce „Patriot Act” budzi najwięcej uzasadnionych kontrowersji, wyrażających się przede wszystkim w pytaniu: Czy państwo faktycznie chce używać tych przepisów wyłącznie przeciwko przestępcom?
Tu pojawiają się dwie wątpliwości. Po pierwsze zakres ustawowych uroszczeń, po drugie praktyka tych samych władz, które nie tylko za Bidena (kiedy to prowadzono akcję inwigilacyjną przeciwko tradycyjnym katolikom) nadużywały tych przepisów dla osiągania rozmaitych – niekoniecznie słusznych moralnie – celów.
Naczelnym z nich było zwalczanie oporu społecznego wobec flagowej polityki Waszyngtonu polegającej na prowadzeniu na innych kontynentach wojen będących przykrywką dla realizacji ukrytych postulatów politycznych czy wręcz dla prowadzenia działalności przestępczej (przemyt narkotyków przy udziale CIA).
Korzystając z prerogatyw, jakie daje „Ustawa patriotyczna” FBI wzięło się za inwigilowanie środowisk przeciwnych wojnie. Pomijając lewicowe, a nieraz nawet anarchistyczne, lobbingi – takie jak Greenpeace, PETA, Thomas Morton Center czy Pittsburgh Organizing Group – ciekawym przykładem wydaje się akcja prowadzona przeciwko organizacji Veterans for Peace.
Niezależnie od światopoglądu czy przynależności politycznej jej członków, jest to organizacja zrzeszająca weteranów, a więc osoby, które zbrojnie walczyły za kraj, a które sprzeciwiają się agendzie prowadzenia kolejnych wojen przez USA i wyścigowi zbrojeń nakręcanego przez wiecznie nienasycony przemysł zbrojeniowy. Pokazuje to, jak bardzo nadużywane są post-11-wrześniowe przepisy, tym bardziej, że w przypadku Veterans for Peace nie było żadnych przesłanek o rzekomej terrorystycznej działalności.
Ku poszanowaniu etyki w polityce
Dlaczego przywołałem wątek etyczny, skoro konieczność sprzeciwu temu trendowi prawno-politycznego wydaje się oczywisty? Ano dlatego, że poprzestając na poziomie samego zdrowego rozsądku nie obronimy się przed zakusami totalistów. Poza tym narażamy się na zarzut lekkomyślności.
Natomiast przyznając władzy – zgodnie z porządkiem naturalnym – ogólne prawo do korzystania „środków nadzwyczajnych”, wyznaczamy jednocześnie miarę użycia tych środków. Jeżeli idziemy na zwarcie, twierdząc, że rząd „absolutnie nie ma prawa”, to sami spychamy się do narożnika zarezerwowanego dla domniemanych „radykałów”. W tym wypadku widzimy, jak argumenty liberałów (w tym tzw. liberalnych konserwatystów) prowadzą na manowce, ponieważ pomijają filozoficzną refleksję nad istotą rzeczy i mogą być wręcz sprzeczne z porządkiem, jaki Stwórca nadał ludzkiej rzeczywistości, w tym organicznej instytucji, jaką jest państwo.
Od 11 września 2001 roku minęło pokolenie, ale zapędy inwigilatorskie wciąż są z nami. Dość wspomnieć implementację przez rząd Tuska unijnego „Aktu o usługach cyfrowych”. Sprzeciw wobec tych konkretnych dokumentów jest ważny, ale jeszcze ważniejsze jest szersze rozumienie porządków prawnego i etycznego, które za nimi stoją oraz tego, jak rząd żeruje na naszej nieświadomości. Od tego zaczyna się zmiana mentalności, która kiedyś może zaowocować w polityce. Bez tego – wpłynięcie na tę czy inną ustawę pozostanie bez trwałych skutków.
Filip Obara







