Sztuka krzyżowa. (Nie)zapomniana szkoła polskiej szabli

Relich_1024x1024.jpg
Autor:
Piotr Relich
szabla-polska-PR.jpg
fot. "Zrodzeni do szabli", reż. Paweł Deląg, 2019 / print screen

„Nie ma w świecie nad młyńca i krzyżową sztukę, co przeciwnika oślepia i odwagę mu odejmuje” – Józef Dunin Karwicki, Szkice obyczajowe i historyczne.

W popularnym serialu „1670”, Jan Paweł Adamczewski wpada w szał na widok mieszczanina noszącego szablę jako „gustowny dodatek”. – Szabla to atrybut szlachcica. Wojownika! Służy do obrony Rzeczpospolitej! – tłumaczy wzburzony, mimo że – jak zwracają uwagę domownicy – nigdy tej szabli przecież nie używał. Choć scena ma charakter komediowy, oddaje autentyczne nastawienie polskiej szlachty, darzącej sarmacki oręż ogromnym szacunkiem. I trzeba uczciwie przyznać, nie bez powodu.

Anglicy do dzisiaj są dumni ze swoich smukłych długich łuków, powalających niegdyś kwiat francuskiego rycerstwa. Japończycy, wzorem swoich przodków, czczą samurajskie miecze. Włosi, Francuzi i Hiszpanie kreują legendę „płaszcza i szpady”, a Niemcy i Szwajcarzy zachwalają rzeźniczą skuteczność ogromnych zweihanderów. Swoje miejsce w dziejach europejskiej militarystyki mają nawet czescy husyci, ze swoimi cepami i hakownicami. W tym doborowym towarzystwie nie może zabraknąć Polaków, którzy do mistrzostwa opanowali sztukę posługiwania się szablą.

Zróbmy to razem!

Zwane po łacinie framea bądź acinacis, zakrzywione długie ostrze przybyło do nas ze wschodu. Wbrew utartej opinii, Polacy szybko wypracowali swój własny styl posługiwania się azjatycką bronią. Na europejskich dworach znana jako lacka (od słowa Lach), częściej określana mianem sztuki krzyżowej, polska szkoła szermiercza łączyła wschodnią konstrukcję broni z europejską myślą taktyczną.

W odróżnieniu od włoskiej czy niemieckiej, przybierających z czasem postać sportowej rozrywki, rodzima szkoła walki oddawała brutalne realia wojny. Bardziej niż elegancja i styl liczyła się szybkość, skuteczność i siła; wszystko, co pozwalało na rychłe rozbrojenie przeciwnika. Polacy woleli płynne, mocne i zamaszyste cięcia od precyzyjnych, wyczekanych cierpliwie, niemal matematycznych pchnięć. W walce na śmierć i życie nie było czasu na dżentelmeńskie uprzejmości. Sztuka krzyżowa nie wykuwała się na zamkowych dziedzińcach i dworskich turniejach, ale w ogniu bitwy, pośród rżenia koni i krzyków konających.

Technika walki polegała na zadaniu dwóch błyskawicznych cięć na planie krzyża. Pierwsze, by zwieść lub odbić broń przeciwnika, drugie, by zranić, lub zabić. Uderzenia miały charakter uniwersalny, służący zarówno do obrony, jak i ataku. Pozornie prosta technika, uznawana powszechnie za fach pospolitych rębajłów i awanturników, wymagała jednak mistrzowskiego opanowania.

Szkoła życia

Szlachecki syn rozpoczynał naukę wojennego rzemiosła już w wieku siedmiu lat. Pierwsze lekcje odbywał pod okiem ojca lub wynajętego preceptora. Walka na zakrzywione kije, tzw. palcaty, towarzyszyła mu przez całą młodość. Sprzyjał temu popularny, zwłaszcza podczas sejmików, obyczaj zwany jako „koło bijących się w kije”, czyli seria brutalnych i nie raz krwawych pojedynków.

W praktyce przegrać można było tylko w jeden sposób – stchórzyć, czyli odmówić pojedynku lub uciec. Każde podjęcie rękawicy, bez względu na wynik, wiązało się z uznaniem pozostałych. W „kole” nieopierzony małolat zderzał się z doświadczeniem, siłą i opanowaniem. Uczył się pokonywać strach i ból. Poznawał na czym polega braterstwo broni i hierarchia. Była to ówczesna szkoła życia.

Szlachecka młodzież praktykowała „palcaty” jeszcze długo po zejściu husarii z pól bitewnych Europy. „Nie dziwota, że naród nasz taki był sławny do szabli i zawsze gotów do bójki, kiedy a juventute, do egzercycji rycerskich zaprawiał się” – czytamy we wspomnieniach pewnego konfederaty barskiego.

Karol Bernolak, żyjący w XIX wieku, instruktor szermierki przekonuje, że „sztuką tą składali rębacze polscy dowody takiej biegłości i wytrzymałości, że szermierze zachodni dosyć nadziwić się nie mogli”. Jeszcze w 1801 r. niejaki Kamiński zwany „burczymuchą”,  były żołnierz, miał pokonać w pojedynku 17 (sic!) oficerów pruskich, wykorzystując tradycyjną technikę walki szablą.

„Gdy (…) na uszykowanych oficerów wpadł stary Kamiński z pałaszem w każdej ręce, z takim strasznym impetem (…) gdy skoczył pomiędzy nich, wywijając młyńcem i ulubioną mu sztuką krzyżową na dwie ręce, nie dając się żadnemu opamiętać, gdy kilku z nich od razu obciął porządnie, taki wywarł na nich paniczny popłoch, że zaczęli się rejterować” – relacjonował wydarzenie Dunin-Karwicki.

Coś więcej niż broń

Również sama konstrukcja broni oddawała oryginalny, właściwy realiom wojennym I Rzeczpospolitej charakter. Mniej zaokrąglona niż u Turków czy Persów, polska szabla została przystosowana zarówno do walki konnej, jak i na ubitej ziemi. Kluczowym elementem był paluch – metalowy pierścień na kciuk u nasady jelca, który stabilizował chwyt i umożliwiał błyskawiczne kontrolowanie kąta uderzenia. Dłoń chronił kabłąk, a przed ześlizgnięciem się ostrza wroga zabezpieczały wąsy jelca. Głownia, oprócz umiarkowanej krzywizny, charakteryzowała się obosiecznym, poszerzonym zakończeniem (piórem).

Dobrze wykuta szabla była niczym dzieło sztuki. Sam proces przypominał doświadczenie mistyczne; do stworzenia znakomitej broni należało przestrzegać bowiem niewytłumaczalnego rytuału. Znaczenie miał np. odpowiedni czas zanurzenia gorącego metalu, orientacja geograficzna ostrza czy konieczność „leżakowania” już wykutych głowni. Szabelnicy choć nie potrafią tego do końca wytłumaczyć, wiedzą że bez odpowiedniego ceremoniału ciężko o dobry oręż.

Taka szabla przekazywana była z pokolenia na pokolenie, stanowiąc żywą pamiątkę stoczonych bitew i dowód męstwa przodków. Podobnie jak średniowieczne miecze, szable konsekrowano, nadawano im imiona i „przydomki”. Z czasem stawały się rodowym klejnotem, darzonym wielką estymą.

Jako, że kultura polska jest w dużym stopniu ukształtowana przez sarmatyzm, szabla weszła z czasem do języka potocznego. „Na szable” liczono żołnierzy na polu bitwy i stronnictwa w sejmowych ławach. „Do szabli” wzywano, mobilizując się wzajemnie. „Ni do szabli, ni do kądzieli” - mówiono o kimś, bez konkretnego celu w życiu. A na podkreślenie związku z bronią mawiano, że „szlachcic bez karabeli chyba tylko w pościeli”.

Szabla przetrwała rozbiory, odzyskując dawną chwałę w okresie II Rzeczpospolitej. Choć polska kawaleria nigdy nie rzucała się z nią na czołgi, jak chciała przekonać nas niemiecka propaganda, broń ta była wciąż skutecznym wsparciem w walce bezpośredniej. Szabla do dzisiaj wykorzystywane są w wojsku w celach reprezentacyjnych, a także odznaczania zasłużonych żołnierzy.   

Bez zbędnego patosu można zatem powiedzieć, że w tej niezwykłej broni zaklęta jest nasza historia, tradycja, język, temperament i pamięć o wielkości. Innymi słowy – polska dusza.

Ku pokrzepieniu serc

Co ciekawe, szabla wraca dzisiaj do mainstreamu głównie za sprawą pop-kultury. Na rynku pełno jest filmów i gier, gdzie możemy pooglądać szermiercze wyczyny, albo sami toczyć boje z wirtualnymi przeciwnikami. Do łask wracają stołowe gry bitewne, których nieodłącznym elementem jest wierne odwzorowanie miniaturowych modeli z epoki. Jak grzyby po deszczu powstają organizacje rekonstrukcyjne, odtwarzające sztukę europejskich historycznych sztuk walki (HEMA).

Doskonałą pracę w tym zakresie wykonuje zwłaszcza rodzina Sieniawskich, przywracając polskiej kulturze zapomnianą sztukę krzyżową zarówno poprzez same kursy szermierki, jak i publikując najwyższej jakości materiały audio-wizualne. Nie sposób przy tej okazji nie wymienić wspaniałego filmu pt. Zrodzeni do szabli z 2019 r., powstałego we współpracy Pawła Deląga z rodziną Sieniawskich, zawierającego jedne z najlepszych i najwierniejszych historycznie scen walki w historii polskiego kina.

Polska szabla, podobnie zresztą jak i cała sarmacka kultura, już wielokrotnie była skazywana na zapomnienie. Dla „młodych, wykształconych, z wielkich miast” stanowi dzisiaj powód beki i obciachu. Dla wojowników sprawiedliwości społecznej - symbol ucisku chłopskich mas. Ale kiedy widzę popularnego zagranicznego Youtubera, komentującego z uznaniem pojedynek Kmicica z Wołodyjowskim, kiedy czeskie studio w swojej legendarnej grze komputerowej umieszcza barwnego sarmatę, a polscy mistrzowie HEMA robią oszałamiającą karierę w Hollywood, człowiek jest dziwnie spokojny, że akurat ten element naszego dziedzictwa na pewno przetrwa.

A wraz z nim coś więcej niż tylko widowiskowa sztuka walki.

Piotr Relich

 

 

Relich_1024x1024.jpg
Autor:
Piotr Relich
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: