Wezwanie do prawdziwej wiary. Podróż papieża do Afryki to dobry prognostyk na kolejne lata

Pomiędzy 13 a 23 kwietnia Ojciec Święty odwiedził kilka krajów afrykańskich. Kto śledził uważnie papieskie homilie i wypowiedzi przez te dziesięć dni, usłyszał wiele o potrzebie wiary chrześcijańskiej, a także przestrogę przed mieszaniem jej z wierzeniami prymitywnymi. Trudno oprzeć się wrażeniu, że niedawna podróż Leona XIV daleko odbiegała od standardów, do jakich przy podobnych okazjach przyzwyczaił nas jego poprzednik. Podczas, gdy Franciszek w ostatnich podróżach „apostolskich” zdawał się być wysłannikiem pluralizmu religijnego, Leon w Afryce znacznie bardziej przypominał misjonarza. Czy pod względem tak kluczowym, jak głoszenie wiary papiestwo Roberta Prevosta może być realnie lepsze niż Jorge Maria Bergoglia? Niewykluczone.
Blisko rok temu – bo 9 maja 2025 roku – z przejęciem słuchaliśmy wygłoszonej do kardynałów homilii Leona XIV podczas Mszy świętej „pro Ecclesia” w Kaplicy Sykstyńskiej. Mało co w ostatnich latach tak przykuwało uwagę, jak pierwsza nauka nowego papieża. Gdy poprzedniego wieczora następca świętego Piotra wyszedł na balkon watykańskiej bazyliki, to, kim będzie dla Kościoła, próbowaliśmy odczytać nawet z elementów stroju.
Homilia Ojca Świętego z Kaplicy Sykstyńskiej budziła zaskakująco pozytywne oczekiwania. Wydawało się, że można jej było słuchać wręcz jako niezbędnego komentarza po latach pontyfikatu Franciszka. Od czego bowiem zaczął świeżo obrany Pontifex?
Wyznanie Piotra w ustach jego następcy
– Jezus jest Mesjaszem, Synem Boga żywego, czyli jedynym Zbawicielem i objawiającym oblicze Ojca. W Nim Bóg, aby stać się bliskim i dostępnym dla ludzi, objawił się nam w ufnym spojrzeniu dziecka, w żywym umyśle młodzieńca, w dojrzałych rysach mężczyzny (por. Sobór Watykański II, Konstytucja duszpasterska Gaudium et spes, 22), aż do ukazania się swym [uczniom] po zmartwychwstaniu w swoim chwalebnym ciele. W ten sposób pokazał nam wzór świętego człowieczeństwa, które wszyscy możemy naśladować, wraz z obietnicą wiecznego przeznaczenia, które przekracza jednak wszelkie nasze ograniczenia i możliwości.
Piotr w swojej odpowiedzi uchwycił obie te kwestie: dar Boży i drogę, jaką należy przebyć, aby pozwolić się przemienić – nieodłączne wymiary zbawienia, powierzone Kościołowi, aby głosił je dla dobra rodzaju ludzkiego. Są one powierzone nam, wybranym przez Niego, zanim jeszcze zostaliśmy ukształtowani w łonie matki (por. Jr 1, 5), odrodzeni w wodach chrztu i – ponad naszymi ograniczeniami, bez naszej zasługi – przyprowadzeni tutaj i stąd wysłani, aby Ewangelia była głoszona wszystkim stworzeniom (por. Mk 16, 15).
Bóg, powołując mnie poprzez wasz głos na Następcę Pierwszego z Apostołów, powierza mi ten skarb, abym z Jego pomocą był jego wiernym szafarzem (por. 1 Kor 4, 2) na rzecz całego mistycznego Ciała Kościoła; tak aby Kościół był coraz bardziej miastem położonym na górze (por. Ap 21, 10), arką zbawienia płynącą po falach historii, latarnią morską, która oświetla noce świata – mówił Ojciec Święty.
Te słowa padły zaledwie kilka miesięcy po tym, jak Franciszek w czasie podróży do Azji Wschodniej zszokował tylu katolików, powtarzając błędną pochwałę pluralizmu religijnego. W przemówieniu w Singapurze porównał on różne religie do zaledwie rozbieżnych języków wyrażania się o Bogu i wzywał, by odłożyć spory o prawdziwość religii, unikając konfliktu. Sednem pierwszej homilii Leona XIV było coś radykalnie odmiennego: apel o niezafałszowaną wiarę.
Skłócone dziedzictwo
Jedna dobra homilia nie oznacza jeszcze generalnej poprawy w Kościele. Podobnie pozytywnie odbierana była przecież ta, którą tuż po swoim wyborze wygłosił Franciszek, a owoce jego władzy są nam przecież znane. Jeśli wzniosłe słowa Leona nie są po prostu puste, to powinny stanowić konsekwentny program, znajdujący odbicie w czynach.
Odniesienie do jedyności zbawczej Chrystusa i Kościoła to bowiem kwestia, która rzeczywiście już u zarania papiestwa Roberta Prevosta domagała się wyjaśnienia. W zakresie tak kluczowym jest on spadkobiercą skłóconego dziedzictwa. W końcu tezy Franciszka z niesławnej „Deklaracji z Abu Zabi” czy wypowiedź z Singapuru wyrażały myśl otwarcie potępioną w kluczowej Deklaracji „Dominus Iesus” z 2000 roku – zaakceptowanej przez Jana Pawła II, a podpisanej przez późniejszego papieża Benedykta XVI. Wyraźny rozdźwięk zmusił Leona XIV do wybrania którejś z dróg: albo kierunku zakrawającego o indyferentyzm religijny, albo zdystansowania się od niego. Tertium non datur.
Pytanie, którą z tych dwóch ścieżek Ojciec Święty będzie kroczył, to jedna z najważniejszych kwestii dla próby zrozumienia, na ile jest on kontynuatorem poprzedniego, fatalnego pontyfikatu – a na ile jego urzędowanie niesie nadzieję poprawy. Blisko rok już zbieramy poszlaki w tej sprawie. Niektóre z nich wskazują jasno, że Leon XIV nie jest kontrrewolucyjnie usposobiony wobec swojego poprzednika. Żadne to zaskoczenie. A mimo to nie brak przykładów świadczących, że papież nie ma zamiaru być cieniem po Franciszku. Zdecydował się już na kilka znaczących zmian względem medialnych gestów Jorge Maria Bergoglia. Ostatnia wizyta w Afryce podbudowała nadzieję, że co do głoszenia wiary chrześcijańskiej Leon XIV różnić się będzie od Franciszka nie tylko wizerunkiem – ale i przekonaniami. Przyszłość wciąż może nas zaskoczyć. Ale czy gdyby Robert Prevost był „Franciszkiem II”, potrafiłby ukryć to tak zręcznie, jak w czasie kwietniowej podróży?
Potrzeba wiary dla pragnących zbawienia
Nim poświęcimy uwagę istotnym chwilom z tej 10-dniowej pielgrzymki, warto wspomnieć o pewnej drobnostce jeszcze z 2025 roku. Podczas wizyty apostolskiej w Turcji Leon XIV naprawdę zaskoczył cały świat, odrzucając zachętę imama do modlitwy w meczecie. Wyjaśniając ten gest dla mediów papież zauważalnie kluczył – jak gdyby czując powagę tego gestu. Choć sugerował, że w istocie pozostawał w modlitewnym nastroju, to przyznał otwarcie, że na miejsce modlitwy wybrałby raczej katolicki kościół z Najświętszym Sakramentem… Mało to „dialogiczne” – za to na wskroś katolickie stanowisko.
Wypowiedzi Ojca Świętego z podróży do Afryki można uznać za ważny prognostyk pontyfikatu, ponieważ z tym gestem układają się one w sensowną całość. Nie tylko zresztą z nim – ale również m.in. z ortodoksyjnym wyjaśnieniem nauki dokumentów soborowych o wierze. Ta egzegeza ukazała się w katechezach papieża. Przez czas całej podróży do Afryki Leon XIV nie posunął się do zakrawających o indyferentyzm słów czy gestów. Przeciwnie. Podczas spotkania z imamami zachęcił do unikania obojętności religijnej. Homilie, które głosił, zdają się temu fałszywemu prądowi jak najbardziej obce.
Godne wyróżnienia są pod tym względem m.in. słowa, jakie papież skierował do wiernych, odwiedzając Bazylikę Św. Augustyna w Annabie. Mówił tam o obowiązku wiary, której przyjęcie stanowi Chrystusowy nakaz. To głęboko ortodoksyjna perspektywa, przypominająca, że akceptacja prawdy religijnej jest rzeczywiście moralną powinnością człowieka.
–„(…) Trzeba wam się powtórnie [z góry] narodzić” (w. 7). Oto zaproszenie dla każdego mężczyzny i każdej kobiety, którzy szukają zbawienia! Z tego apelu Jezusa wypływa misja dla całego Kościoła, a zatem także dla wspólnoty chrześcijańskiej w Algierii: narodzić się na nowo z wysoka, to znaczy z Boga. W tej perspektywie wiara przezwycięża ziemskie trudy, a łaska Pana sprawia, że pustynia zakwita. A jednak piękno tej zachęty niesie ze sobą próbę, do której przejścia razem wzywa nas Ewangelia.
– Słowa Chrystusa mają bowiem całą siłę obowiązku: musicie narodzić się na nowo z wysoka! Ten imperatyw brzmi w naszych uszach jak polecenie niemożliwe do spełnienia. Słuchając jednak uważnie Tego, który go wypowiada, rozumiemy, że nie chodzi ani o surowy przymus, ani o nacisk, ani tym bardziej o skazanie na porażkę. Wręcz przeciwnie, zobowiązanie wyrażone przez Jezusa jest dla nas darem wolności, ponieważ objawia nam nieoczekiwaną szansę: możemy narodzić się na nowo z góry, dzięki Bogu. Musimy to zatem uczynić zgodnie z Jego wolą miłości, która pragnie odnowić ludzkość, powołując ją do komunii życia, rozpoczynającej się wraz z wiarą. Chrystus prosząc nas o odnowienie od podstaw naszego życia, daje nam również siłę, aby to uczynić. Świadczy o tym dobrze św. Augustyn, który modli się w następujący sposób: „Udziel tego, co nakazujesz – i co chcesz, nakazuj” (Confessiones, X, 29, 40) – mówił Ojciec Święty.
– Po trzecie, w tekście Dziejów Apostolskich znajdujemy fundament tego nowego życia, które obejmuje ludy każdego języka i kultury: „Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wielka łaska spoczywała na wszystkich” (Dz 4, 33). Ożywiająca ich miłość jest nie tyle wymogiem moralnym, ile przede wszystkim znakiem zbawienia: Apostołowie głoszą, że nasze życie może się przemienić, ponieważ Chrystus zmartwychwstał. Pierwszym zadaniem pasterzy – szafarzy Ewangelii, jest zatem dawanie wobec świata świadectwa o Bogu jednym sercem i jedną duszą, tak aby żadne obawy nie deprawowały nas lękiem, a mody nie osłabiały nas kompromisem. Wraz z wami, bracia w biskupstwie, i z wami, prezbiterami, nieustannie odnawiamy tę misję dla dobra tych, którzy są nam powierzeni, aby cały Kościół był w swojej służbie orędziem nowego życia dla tych, których spotykamy – dodawał.
Doprawdy… po relatywistycznych wypowiedziach Franciszka usłyszeć tę naukę z papieskich ust było miłą niespodzianką. A przecież nie jedyną – bo podczas wizyty w Afryce Ojciec Święty przestrzegł kilkakrotnie przed mieszaniem kultu chrześcijańskiego z wierzeniami pogańskimi… W niecałą dekadę po tym, jak w Watykanie widzieliśmy fetowanie wizerunku bożka „Pachamamy” przy okazji Synodu Amazońskiego.
– Zachęca nas to do promowania inkulturacji Ewangelii i uważnego czuwania, także nad naszą religijnością, byśmy nie ulegli pokusie podążania ścieżkami, które mieszają wiarę katolicką z wierzeniami i tradycjami typu ezoterycznego i gnostyckiego, które – w gruncie rzeczy – często mają cele ekonomiczne i polityczne – mówił papież komentując słowa św. Piotra z Dziejów Apostolskich, w czasie pobytu w Kamerunie.
Odwiedzając ten kraj, Ojciec Święty wskazał też, że miłość ku ubogim i troska o sprawiedliwość społeczną nie wystarczą, by nakarmić ludzką duszę.
– Pokarmowi, który podtrzymuje ciało przy życiu musi towarzyszyć ten, który ożywia duszę. Jest nim sam Chrystus, który stale podtrzymuje swój Kościół (…) dając nam swoje eucharystyczne ciało – stwierdził.
– By uczynić waszego szlachetnego ducha proroczym głosem nowego świata, uczcie się z przykładu, który właśnie usłyszeliśmy w Dziejów Apostolskich. Pierwsi chrześcijanie dawali odważne świadectwo Chrystusowi pośród wrogości i zagrożeń i trwali mimo prześladowań. Uczniowie każdego dnia nie ustawali w nauczaniu i przepowiadaniu Chrystusa jako Mesjasza, Chrystusa, wyzwoliciela świata. Tak, Pan uwalnia nas od grzechu i śmierci. Nieustanne głoszenie tej Ewangelii jest misją każdego chrześcijanina (…), którą szczególnie powierzam wam, młodzi i kościele Kamerunu – zachęcał młodzież do głoszenia wiary papież Prevost.
Więcej trzeźwości – mniej narracji?
Kwestią bardziej polityczną – ale zasługującą na uznanie – są również słowa zachęty papieża do młodzieży, by zamiast migrować, pozostała w kraju i budowała dobrobyt u siebie. Podobnie podczas lotu powrotnego do Rzymu w wywiadzie na pokładzie samolotu Ojciec Święty zaznaczył, że zgadza się z prawem państw do regulowania kwestii migracji…
Choć to zupełnie inny temat – to postawa Leona XIV w tym zakresie może być zasadniczo podobna wobec narracji jego poprzednika, jak w kwestii „pluralizmu religijnego”. Papież zdaje się – bez otwartej konfrontacji – konsekwentnie grać na wyraźnie innych akcentach niż Franciszek. Przecież nie stanie się on orędownikiem programu remigracji – a jednak potrafi spojrzeć na problem jako skomplikowane zagadnienie polityczne. Wystąpił być może w klipie zawierającym odniesienie do deklaracji z Abu Zabi – a jednak ci, którzy wieszczyli „chrystocentryczność” obecnego pontyfikatu – mają powody do zadowolenia. W najlepszym razie Ojciec Święty świadomie dąży do rewidowania fatalnych pomyłek bez otwartego odcinania się od Franciszka.
Co to oznacza dla Kościoła? Odnowę? Na takie wnioski zapewne jeszcze za wcześnie. Nie zmienia to jednak faktu, że przynajmniej tempo destrukcji zdaje się słabnąć. Tam, gdzie Franciszek umacniał relatywizm, Leon XIV już w pierwszym roku swojego pontyfikatu sprawiał wrażenie raczej misjonarza. I za to – dzięki Bogu.
Filip Adamus







