Z uwagi na niezwykle ciężki bagaż przeszłości, wszelkie próby ocieplania wizerunku Rosji w oczach Polaków obarczone są poważnym ryzykiem ingerencji w pamięć historyczną. A nasz świat nie znosi próżni; jeżeli wybielamy katów, równocześnie obarczamy odpowiedzialnością ofiary. Jeżeli zaś usprawiedliwiamy agresora, automatycznie dezawuujemy bohaterstwo obrońców.
Nie da się zmienić podejścia Polaków do Rosji nie sięgając do wspólnej historii. A jako, że ta od ponad 250 lat naznaczona jest walką o wyzwolenie spod jarzma moskiewskiej dominacji, zwolennicy normalizacji stosunków z Rosją – zwłaszcza po inwazji na Ukrainę w 2022 roku – muszą dokonywać nieprawdopodobnej ekwilibrystyki publicystycznej próbując wykazać, że Rosja w przeszłości nie tylko nie stanowiła zagrożenia dla tożsamości narodowej Polaków, ale pod pewnymi warunkami była wręcz jej gwarantem.
To niezwykle karkołomne zadanie wymaga – dosłownie – „przepisania historii na nowo”. W konsekwencji narusza zaś najgłębsze fundamenty naszej tożsamości. Dlatego przyglądając się narracjom mającym w zamyśle „odczarować” Rosję w oczach Polaków, możemy zauważyć pewien schemat. Tam, gdzie zaprzeczamy historycznej odpowiedzialności Kremla, ktoś inny musi zająć miejsce na ławie oskarżonych. Mniejsza, jeżeli winnych dostrzegamy głównie na zewnątrz. Najgorzej, kiedy próby te odbijają się na pamięci o bohaterach narodowych, a także samych Polakach.
Wesprzyj nas już teraz!
Wódka, prostytutki i Noc Listopadowa
Jednym z kluczowych momentów polsko-rosyjskiej „historii alternatywnej” jest kwestia Powstania Listopadowego. Insurekcję roku 1830 uważa się w tej opowieści za tragedię, na zawsze grzebiącą szanse na rozwój monarchii konstytucyjnej pod berłem miłościwie panującego cara. Noc Listopadowa miała zostać szczegółowo zaplanowana i rozpisana w zagranicznych stolicach, a powstanie zbrojne posłużyło za akt „dywersji na tyłach” Imperium Rosyjskiego, w przeddzień Wielkiej Gry mocarstw.
W tym celu przez lata starano się wytworzyć w Warszawie atmosferę zapalną wspierając monopole polskiej arystokracji i wpływając na politykę fiskalną Kongresówki. W konsekwencji, w nocy z 29 na 30 listopada 1830 r., pod Arsenał mieli ruszyć nie mieszkańcy Starego Miasta, ale – cytując autora tej koncepcji – „przemytnicy, bandyci, kurwy i złodzieje”. Motłoch mający w głowie jedynie tanią gorzałę i oczekujący, że książę Konstanty rozprawi się z „monopolem wódczanym” ministra skarbu Druckiego-Lubeckiego.
W tej niezwykle barwnej, ale kompletnie pozbawionej uzasadnienia źródłowego opowieści nie ma z kolei rzeczy doskonale udokumentowanych – despotyzmu Mikołaja I, publicznego znieważania polskich żołnierzy przez księcia Konstantego, samobójstw oficerów, a także groźby wysłania Polaków do tłumienia powstania w Belgii. Nie ma inwigilacji ze strony Ochrany, aresztowań studentów sprzeciwiających się rusyfikacji, procesów prowadzonych przez Nowosilcowa oraz wywózek na Syberię. W końcu o brak „realizmu politycznego” trzeba by chyba oskarżyć samych Mickiewicza i Słowackiego, którzy ze względu na wrodzoną „rusofobię” zapewne przejaskrawili opresyjny charakter imperialnego aparatu władzy.
W alternatywnej opowieści brakuje jednak przede wszystkim kluczowego powodu, dla którego Królestwo Kongresowe, mimo teoretycznej odrębności wojska, skarbu i ustawodawstwa, było tworem skazanym na porażkę.
Nie dało się bowiem pogodzić napięcia pomiędzy carskim absolutyzmem a polską kulturą polityczną. Jej podstawę stanowiła chęć urządzenia się we własnym kraju po swojemu. Symbolem tego niezrozumienia była wizyta Mikołaja I w Sejmie. Rosyjski władca był zszokowany, widząc, na ile mogą sobie pozwolić posłowie podczas obrad. Nic dziwnego, że w konsekwencji prawa konstytucyjne były nagminnie łamane, a sztuczny twór powstały na Kongresie Wiedeńskim nie miał szans na przetrwanie. I to nie na skutek „monopolu wódczanego”, etatyzmu i ucisku polskiej magnaterii, ale niezrozumienia, dlaczego – otrzymawszy namiastkę wolności – Polacy z wdzięczności nie padli w objęcia matuszki Rosji.
Kłamca Pilecki
Detronizacja Moskwy z pozycji jednego z głównych przeciwników Polski niesie konieczność przerzucenia środka ciężkości na Londyn, Berlin, Kijów, Waszyngton, ale przede wszystkim – na Żydów, z holokaustionizmem jako fundamentem politycznym współczesnego Izraela. Czasami narracja ta przybiera jednak formę absurdalną, a konsekwencją prób – skądinąd uzasadnionej – demitologizacji historii Holokaustu nazbyt często okazuje się, niestety, zaprzeczenie lub dewaluacja bohaterstwa Polaków podczas II wojny światowej.
Posunięcie się do stwierdzenia, że w Auschwitz-Birkenau nie było komór gazowych, w prostej linii prowadzi do oskarżeń rotmistrza Pileckiego – ochotnika do Oświęcimia i autora raportów z obozu – o „ściemnianie”, konfabulacje i działanie na rzecz obcego wywiadu. Przekonanie, że Żydów nie opłacało się ratować, uderza z kolei w poświęcenie i heroizm tysięcy Polaków, ukrywających z narażeniem własnego życia swoich sąsiadów. Działających nota bene, z głęboko katolickiego przekonania o niezgodzie na obojętność i grzech zaniechania w czasach potwornego zła.
Katyń na własne życzenie
Poczytne miejsce wśród zwolenników „historii alternatywnej” zajmuje kwestia wojny polsko-bolszewickiej. Według tej narracji, II Rzeczpospolita mogła uniknąć rozpaczliwej obrony Warszawy tudzież setek tysięcy ofiar, gdyby tylko wspomogła wojska Białych przeciwko zastępom Lenina i Trockiego.
Opowieść ta opiera się jednak w znacznej mierze na myśleniu życzeniowym i ahistorycznym. Idealizuje dowódców Białych i wyolbrzymia możliwości wojsk wiernych caratowi. Nie dostrzega się błędów politycznych, jak choćby chorobliwej niechęci do jakichkolwiek ustępstw (carscy oficerowie nie wyobrażali sobie idei współpracy na równych warunkach z byłymi narodami Imperium) czy gróźb kierowanych do sojuszników, i to nawet w sytuacji, gdy równocześnie apelowało się o pomoc w starciu z czerwonoarmistami.
Jednocześnie nagminnie bagatelizowane są rewolucyjne sympatie ówczesnego rosyjskiego społeczeństwa i możliwości mobilizacyjne bolszewików, potrafiących jednym dekretem uzupełnić armię o 100 tysięcy ludzi (podczas gdy w szczytowym momencie Denikin dysponował liczbą nieco ponad 150 tys. szabel). Co gorsza, przekonuje się o rzekomym pakcie Lenina i Piłsudskiego, który ze względu na swą socjalistyczną przeszłość miałby sympatyzować z rewolucjonistami.
W narracji tej roztaczana jest wizja spektakularnego zwycięstwa nad Armią Czerwoną, zdobycia Moskwy ramię w ramię z Białymi i zażegnania w zarodku widma rewolucji komunistycznej. Zwycięstwo nad Leninem brane jest za pewnik, pomimo historycznych klęsk, jakich doświadczyła niejedna potężna armia wewnątrz Rosji. Ale najważniejszym wnioskiem, jaki płynie z przyjęcia takiej wersji wydarzeń, jest przekonanie, że Polacy swoimi „uprzedzeniami” na własne życzenie sprowadzili na siebie przyszłe klęski.
Za nieskorzystanie z szansy rzekomo historycznego porozumienia z Rosją mają odpowiadać – jak przekonuje Jan Engelgard – „emocje, poczucie wyższości i nieprzeparta chęć rewanżu za 120 lat historii, a i za wcześniejsze klęski i upokorzenia”. Elity polityczne, włączając zarówno Narodową Demokrację jak i otoczenie Piłsudskiego, zamiast przezornie patrzeć w przyszłość, miało wybrać „lekceważenie, pogardę i makiawelizm na krótką (…) metę”.
Stąd już krótka droga do stwierdzenia, że za katastrofę, jakiej doświadczyła II Rzeczpospolita ze strony późniejszego Związku Sowieckiego, odpowiada nie tylko „krótkowzroczność” i rzekomy romantyzm polityczny, ale samo polskie społeczeństwo, które wyrwane spod jarzma Moskwy, nie zechciało rzucić się jej na ratunek zaledwie dwa lata później.
My kochamy ZSRR
Podczas gdy przekonanie o sojuszu z Rosją będącą spadkobierczynią idei caratu trafia głównie do niektórych środowisk konserwatywnych i monarchistycznych, dzisiejsza putinowska Rosja naznaczona jest w dużo większym stopniu dziedzictwem Związku Sowieckiego. W odpowiedzi na tę rzeczywistość, w polskiej przestrzeni nie brakuje głosów przekonujących, że nie gorszą alternatywą dla naszego kraju był również rosyjski komunizm.
Poza zwyczajowym już w takich przypadkach idealizowaniem okresu PRL-u, jednocześnie bagatelizuje się komunistyczne zbrodnie, w konsekwencji depcząc pamięć pomordowanych żołnierzy podziemia niepodległościowego, strajkujących robotników czy prześladowanych kapłanów.
Za skrajny, aczkolwiek symptomatyczny przykład idealizacji sojuszu ze Związkiem Sowieckim może posłużyć nagranie autorstwa pewnego wulgarnego streamera w furażerce. Spotykając się z ambasadorem Rosji w Polsce, wygłosił on laudację na cześć…Iwana Sierowa. Zwany „katem Polakow” wiceszef NKWD kierował akcjami terroru wobec mieszkańców wschodnich ziem Polski zagarniętych przez Armię Czerwoną. Brał czynny udział w organizacji zbrodni katyńskiej i zwalczaniu Armii Krajowej na Wileńszczyźnie. Osobiście zaplanował i przeprowadził też akcję aresztowania przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, straconych w Moskwie po pokazowym tzw. procesie szesnastu.
Tymczasem człowiek podający się za spadkobiercę żołnierzy NSZ, twierdził we wspomnianym filmie, że „jest w stanie zrozumieć Sierowa”, a nasza wdzięczność wobec czerwonego zbrodniarza powinna być „wielka, nie patrząc na to co zrobił wcześniej”. Sami Polacy zaś, „zaczadzeni amerykanizmem”, uważają jego zdaniem, że „są wolni i przekonani, że Matka Boska wyratuje ich z każdej opresji”, podczas gdy racjonalne podejście wymaga udania się pod moskiewską kuratelę. Następnie guru niemałej grupy internautów zacytował swojego idola Bolesława Piaseckiego, założyciela powojennego, „postępowego” ruchu katolików świeckich PAX, który powiedział: „jeżeli my mówimy, że kochamy Związek Radziecki, to my nie tylko tak mówimy, ale kochamy go naprawdę”.
W rzeczywistości wypowiedź ta ujawnia oczywistą prawdę; wynoszenie na piedestał zdrajcy i ubeckiego agenta oznacza ponowne pogrzebanie „Łupaszki”, „Zapory”, Okulickiego czy Pileckiego. Za zsyłki na Sybir, odebranie majątków, egzekucje i więzienia nie będzie odpowiadał carat, lecz niefrasobliwi insurekcjoniści. Przekonanie, że komunizm w Rosji to wyłączne dzieło „internacjonalistów” – Żydów, Niemców czy Łotyszy, oznacza ponowne zamilczenie prawdy o Katyniu. W tej optyce nie ma równowagi – jedna opowieść musi zdominować i wyprzeć drugą.
Bo Rosja – jak pokazują zarówno historia jak i współczesne wydarzenia – nie zna lub nie uznaje kultury równorzędnego dialogu. Słabszy musi podlegać silniejszemu. Ewangelizację zastępuje dominacja. I jak się okazuje, to podejście dotyczy również, albo przede wszystkim, wspólnej opowieści o przeszłości.
Piotr Relich
Wszystkie maski Kremla. Czy Rosja się nawróciła?