9 maja 2021

Kucharczyk: Od antykoncepcji do błogosławienia homozwiązków

Zaczęło się w 1968 roku od oddania pod „osąd sumienia” małżonków sprawy stosowania lub nie środków antykoncepcyjnych. W 2021 roku na porządku dziennym jest już błogosławienie „par homoseksualnych”. Taką drogę w ciągu półwiecza przeszedł Kościół w Niemczech, zmagając się w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku z „rygoryzmem papieża Wojtyły” i „brakiem duszpasterskiego podejścia” papieża Benedykta XVI. Scena lodowatego powitania tego ostatniego przez niemieckich biskupów w 2011 roku, gdy były metropolita Monachium i Fryzyngi jako Biskup Rzymu przybył z apostolską wizytą do swojej niemieckiej ojczyzny – mówi więcej niż tysiące słów.

A przecież na tym nie koniec. „Droga synodalna” dopiero co się rozpoczęła, a na niej kolejne przystanki: kapłaństwo kobiet, sprawa celibatu oraz „zdynamizowanie ekumenicznego dialogu” z protestantami.

Jak to się stało, że niemiecki Kościół przeszedł tą drogę od „rzemyczka” (wypowiedzenie posłuszeństwa Magisterium Kościoła w sprawie niedopuszczalności antykoncepcji) do „koniczka” (błogosławienie grzechu wołającego o pomstę do Nieba)? Aby poszukać odpowiedzi na to pytanie warto cofnąć się jeszcze dalej w przeszłość.

Wesprzyj nas już teraz!

Sto pięćdziesiąt lat temu Otto von Bismarck wespół z liberalną większością w pruskim i niemieckim parlamencie, zaraz po ogłoszeniu powstaniu Rzeszy Niemieckiej rozpoczął antykatolicki Kulturkampf. Kościół w Niemczech nie tylko przetrwał te trwające niemal dekadę prześladowania, ale wyszedł z nich wzmocniony. Jednoznaczne świadectwo wiary i łączności z Następcą św. Piotra w Rzymie przyniosło owoc w postaci rozwoju pod koniec dziewiętnastego wieku w Niemczech sieci katolickich towarzystw i organizacji społecznych. „Związek na rzecz katolickich Niemiec” był najliczniejszą po Flottenverein masową organizacją w cesarskiej Rzeszy. Rozwijała się prasa katolicka. W najgorszych latach Kulturkampfu katolicka partia Centrum – określana przez Bismarcka i liberałów mianem „wroga Rzeszy” – systematycznie powiększała poparcie wśród wyborców, stając się pod koniec dziewiętnastego wieku ugrupowaniem, z którym musieli liczyć się kolejni kanclerze.

Odpowiedź na postawione pytanie już padła. Jednoznaczny przekaz wiary i odporność na „antyrzymski syndrom” tak charakterystyczny dla protestancko-liberalnego mainstreamu kulturowego w Niemczech – oto była recepta na przetrwanie „wojny kulturowej”. Jak przypomina św. Jan Pawel II w „Fides et ratio” właściwy przekaz wiary nie jest możliwy bez zdrowej (metafizycznej) filozofii, która jako jedyna może być właściwą podstawą dla prawidłowego uprawiania teologii. Odradzający się w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych dziewiętnastego stulecia niemiecki katolicyzm uczył się filozofii i teologii katolickiej na św. Tomaszu z Akwinu.

Tych wszystkich walorów pozbawiony był Kościół w Niemczech, czy szerzej: niemiecki katolicyzm, który wchodził w szóstą dekadę dwudziestego wieku. Sprzeciw wobec „Humanae vitae” z jednej strony był początkiem drogi, która zaprowadziła ten Kościół do błogosławienia grzechu, z drugiej – nie wziął się z niczego. Błędna filozofia rodząca błędną teologię, która zamiast formować, deformowała przyszłych kapłanów, nie zrodziła się w 1968 roku.

Bardzo wymowne pod tym względem są wspomnienia Benedykta XVI, który wracając pamięcią do początku swoich rzymskich studiów na krótko przed soborem watykańskim drugim, przyznawał, iż przyjeżdżał do Wiecznego Miasta z mocno ugruntowanym, wewnętrznym sprzeciwem wobec „rzymskiej teologii” (czytaj: teologii wspierającej się na metafizycznej filozofii bytu). Tutaj zaczyna się „rzemyczek”.

Grasowanie po niemieckich, katolickich fakultetach teologicznych takich uczonych jak o. prof. Karl Rahner posiało ziarno w postaci uzasadnienia dla rozdziału „praktyki duszpasterskiej” od „doktryny” czy „ewolucyjnej teorii dogmatów”. Pisałem na tych łamach o tym, jak Karl Rahner „naukowo” uzasadniał bunt niemieckiego Kościoła wobec encykliki „Humanae vitae”. Po ponad pięćdziesięciu latach, jego następca na katedrze teologii dogmatycznej uniwersytetu w Monastyrze (jednocześnie biskupia stolica pędzącego niestrudzenie szlakiem road to hell Franza Josepha Bode), Wunderkind niemieckiej teologii uniwersyteckiej Michael Seewald (także już wspominany na tych łamach) stwierdził, że czymś „naiwnym” jest postrzeganie promulgowanego w 1992 roku przez św. Jana Pawła II Katechizmu jako obiektywnego zestawienia prawd wiary wyznawanej przez Kościół.

Według Seewalda, który pod koniec kwietnia udzielił wywiadu tygodnikowi „Christ in der Gegenwart”, treść Katechizmu jest dowodem na „świadomie przyjętą reakcję obronną” wobec Soboru Watykańskiego II. Niemiecki teolog przekonuje, że obowiązujący Katechizm przypisuje Urzędowi Nauczycielskiemu kompetencje, których nie przyznawał mu ani Pierwszy, ani Drugi Sobór Watykański.

Czytelnicy wywiadu z prof. Seewaldem wiedzą już, że Katechizm się myli, a nawet jest jakąś uzurpacją. Jednocześnie w tym samym tekście mogą przeczytać orzeczenie tegoż teologa wypowiedziane tonem nieznoszącym żadnego sprzeciwu: „Jeśli ktoś sądzi, że w sprzeciwie Jana Pawła II z 1994 roku wobec kapłaństwa kobiet chodzi o dogmat, to nie ma po swojej stronie tradycji Kościoła, ale jedynie Katechizm z 1992 roku – a więc tradycję, która nawet nie ma trzydziestu lat”.

Sposób rozumowania równy temu, który kilka lat temu przy okazji obrad „synodu rozwodniczego” (dla niepoznaki zwanego synodem o rodzinie) w Rzymie kazał innemu uczniowi Karla Rahnera, kardynałowi Walterowi Kasperowi powoływać się na św. Tomasza z Akwinu dla uzasadnienia dopuszczania do komunii świętej osób żyjących w „związkach cywilnych”.

Dochodzimy w ten sposób do kolejnego czynnika odpowiedzialnego za erozję wiary w Niemczech (mówił o niej papież Franciszek do niemieckich biskupów przybyłych z wizytą ad limina), jaką jest zła wola. Bo przecież trudno przypuszczać, by prof. Seewald czy kardynał Kasper na serio chcieli przekonać opinię publiczną, że ich poziom wiedzy teologicznej jest równy poziomowi przeciętnego uczestnika teleturniejów. Chodzi o dobrą wolę, czyli o problem moralny.

Istotę rzeczy ujął kardynał Gerhard Müller (były prefekt Kongregacji Nauki Wiary) w niedawnym wywiadzie dla portalu kath.net. Odnosząc się do kwestii kolejnych etapów buntu niemieckiego Kościoła wobec Magisterium Kościoła powszechnego stwierdził: „Absolutnie antykatolickim jest twierdzenie, iż istnieje jakiś specjalny Kościół niemiecki, którego spoiwem jedności miałby być akurat naród, którego ambicje przewodzenia kosztowały świat jak najgorsze doświadczenia. Jednak czymś typowo niemieckim jest to poczucie wyższości i poczucie mocy niektórych biskupów i teologów, którzy uważają, że są awangardą wobec całej zacofanej reszty Kościoła powszechnego”.

Były prefekt Kongregacji Nauki Wiary jest przy tym niezwykle miłosierny. Wątpiącym dobrze radzi: „Bezczelna uzurpacja, aby pod pozorem rzekomego rozwoju dogmatów, które w ten sposób staną się bardziej strawne dla współczesnego człowieka, przekręcać poszczególne prawdy wiary w ich przeciwieństwo – jest czymś, co należy odrzucić: zafałszowaniem Ewangelii Chrystusowej. „Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią – będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom” (2 Tm 4,3) „.

Kardynał Müller w niczym nie przesadza. Nie tylko chodzi o „antyrzymski syndrom”, który przeniknął do Kościoła niemieckiego, ale o to coraz słabiej skrywane poczucie wyższości. Przecież za tymi utyskiwaniami na „rygoryzm papieża Wojtyły” w niejednym przypadku stało przekonanie: „No, tak. Nie może być inaczej. Przecież to Polak, a oni wciąż czekają na kulturtregerów”. Na myśl przychodzą też słowa kardynała Kaspera podczas „synodu rozwodniczego” komentujące sprzeciw hierarchów z Afryki wobec perspektywy dopuszczania do komunii świętej rozwodników: „U nich panują inne wzorce kulturowe”. W domyśle: „Już my was nauczymy tych właściwych”.

Podczas „synodu rozwodniczego” kardynał Reinhard Marx, metropolita Monachium i Fryzyngi oraz przewodniczący Konferencji Episkopatu Niemiec tonem znanym z obrad sejmu wormackiego z 1521 roku („Tu stoję, inaczej nie mogę” M. Lutra), stwierdził: „Nie jesteśmy filią Watykanu”. W ubiegłym miesiącu w wywiadzie dla lewicowego czasopisma „Publik Forum” utyskiwał na „sposób komunikacji” Watykanu z niemieckimi biskupami: „Na krótko przed publikacją otrzymujemy wiadomość, że zostanie ogłoszone pismo Kongregacji Nauki Wiary przeciw błogosławieniu par homoseksualnych. Tak nie można. My biskupi [niemieccy] nie jesteśmy przedłużonym ramieniem Kongregacji Nauki Wiary. Nas też trzeba wysłuchać”.

Pomijając to, że wynika z tych słów, iż niemiecki purpurat dopiero z pisma rzymskiej Kongregacji dowiedział się („nagle”), że nie należy błogosławić grzechu, przebija z tych słów  inkryminowane przez kardynała Müllera „poczucie wyższości” dobrze wymieszane z „antyrzymskim syndromem”. Wszystko to doprawione jest filozofią a la szkoła frankfurcka – i mapa drogowa ku przepaści jest gotowa.

Zakończę akcentem ekumenicznym. Peter Hahne – luteranin, przed laty moderator niemieckiej telewizji publicznej, autor poczytnych książek diagnozujących kryzys kulturowy współczesnych Niemiec – na łamach cytowanego portalu kath.net zamieścił ważny tekst; ważny, bo tchnący niespotykanym zazwyczaj po stronie protestanckiej wielkim umiłowaniem, a nawet miłosierdziem wobec Kościoła katolickiego. Tak odczytuję spostrzeżenie P. Hahne, że „ze swoją chybotliwą teologią, która wszystkiemu mówi „tak” i „amen”, z wiernego Biblii i Rzymowi Kościoła oporu pod przywództwem Dyby, Meisnera i im podobnych, powstał posłuszny państwu i podatny na ideologię kato-prot(estantyzm), z którego w ścisłym tego słowa rozumieniu należy zmykać”.

Kościół w Niemczech i wspólnotę protestancką w Niemczech porównuje Hahne do „dwóch tonących statków na kursie kolizyjnym z górą lodową”, które „nie zatykają przecieków ducha czasu odwiecznymi wartościami: powrotem do Biblii, świadectwem wiary, ewangelizacją i misją, ostrą jako ostrze noża krytyką a la Meisner i Dyba niekonstytucyjnych uroszczeń państwa, wnikliwym sporem z islamem”. A przecież „tylko prawda działa nęcąco, moda nuży i pozbawia odwagi. Nauczanie [Lehre] zamiast pustki [Leere]! […] Inaczej niemiecki katolicyzm wkrótce nie tylko rozpuści się w czerwono-zielonym ewangelicyzmie, ale szybko zostanie połknięty przez zieloną sektę”.

Mam dziwną pewność, że urzędowi specjaliści od „ekumenicznego dialogu” w niemieckim Kościele tego protestanckiego głosu przestrogi nie posłuchają. Pędzą tam, gdzie pędzą. Inaczej nie mogą.

Grzegorz Kucharczyk

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(14)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie