Przemysław Czarnek nie jest kandydatem dającym obietnicę wielkiego sukcesu PiS w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. To jasna deklaracja Jarosława Kaczyńskiego, że pogodził się już z koniecznością stworzenia rządu koalicyjnego. Bo z Czarnkiem raczej nie uda się zdobyć większości w parlamencie.
To oczywiście żaden kardynalny zarzut. Zdobycie większości nie jest w naszej ordynacji łatwe i zazwyczaj wiąże się z naprawdę głębokim kryzysem formacji rządzącej, która oddaje władzę. A jednak sam Jarosław Kaczyński przepowiadał taki scenariusz, porwany chyba przez falę optymizmu po wygranej Karola Nawrockiego. Czy słusznie – można o tym dyskutować.
Ówczesna sytuacja stwarzała pewną dynamikę, na którą zapewne warto było przynajmniej spróbować się załapać. I Kaczyński podjął wówczas taką próbę, artykułując iż to PiS jest jedyną poważną formacją zdolną powstrzymać Donalda Tuska. Towarzyszyły temu działania dyskredytujące lidera Konfederacji Sławomira Mentzena. Lider PiS niedwuznacznie dawał wówczas do zrozumienia, że marzy mu się podział wśród Konfederatów, dzięki któremu mógłby wyłuskać Krzysztofa Bosaka i narodowców, choćby jeszcze przed wyborami.
Wesprzyj nas już teraz!
Wreszcie Kaczyński zaatakował też Grzegorza Brauna, czego unikał, z oczywistych merkantylnych powodów, przed wyborami prezydenckimi.
Wszystkie te działania okazały się niewiele warte i pachniały na odległość siarką, wszak u ich zarania leżał grzech pychy. W istocie, fala entuzjazmu opadła szybko, bo też nie chodziło w niej o zachwyt Karolem Nawrockim – obecny prezydent był pierwszym wyborem jedynie dla twardych wyborców PiS – ale o satysfakcję, że uda się uniemożliwić wygraną Rafałowi Trzaskowskiemu.
W gruncie rzeczy bowiem wyborcy tzw. partii zdrowego rozsądku (częściowo głosujący na PiS, ale głównie na Konfederację i Konfederację Korony Polskiej) pamiętają świetnie wszystkie błędy i potknięcia rządu Mateusza Morawieckiego. Jego polityka nie różniła się wcale zasadniczo od tego, co robi obecna władza. Wyłączywszy kwestie obyczajowe, wiele decyzji tamtej ekipy mieściło się w mainstreamie politycznym liberalnej polityki europejskiej. Nie wdając się w szczegóły, tamte rządy rozczarowały wielu wyborców, zainteresowanych z powodu rosnących aspiracji realną zmianą a nie przyklepywaniem wszystkich decyzji płynących do nas z Zachodu, by wymienić tylko Zielony Ład czy KPO. Do tego dochodzi cały bagaż chybionej polityki „antypandemicznej” oraz wywołania wysokiej inflacji.
Z tego wszystkiego ani Morawiecki, ani Kaczyński nie myśleli się rozliczać, a jeśli taką decyzję podjęli, to trudno marzyć o jakimś nowym otwarciu. Realistyczna perspektywa nakazała zatem prezesowi Kaczyńskiemu postawić na kogoś, kto z jednej strony łączy podzieloną partię (słynne koterie „maślarzy” i „harcerzy”), a z drugiej ma świetne relacje w obydwu Konfederacjach i jest przez nie politykiem przynajmniej tolerowanym.
Skok na falę?
Przemysław Czarnek spełnia te wymagania, ale jego wybór siłą rzeczy mocno ogranicza pole manewru. Z wyżej wymienionych powodów – jeśli nie dojdzie do jakiejś katastrofy w polskiej polityce – raczej nie poprowadzi on PiS-u do efektowanego zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Czarnek bowiem w oczach wyborców tandemu Mentzen-Bosak oraz Brauna, jest obciążony winą poprzednich rządów PiS. Jako minister edukacji w rządzie Mateusza Morawieckiego domyślnie żyrował wszystkie jego decyzje, nawet jeśli prywatnie mógł się z nim nie zgadzać.
Trudno zatem oczekiwać, że namaszczenie Czarnka na kandydata na premiera z PiS to jakaś sprytna wycieczka na terytorium obydwu Konfederacji. Owszem, Czarnek to konsekwentny konserwatysta, ma cięty język, jest bezczelny i świetnie wypada w mediach i na wiecach. W dodatku prestiżu przydaje mu tytuł profesora. Taki lider przydałby się Metnzenowi i Bosakowi, czyli tandemowi, który ma chyba wszystko poza charyzmą i naturalnymi zdolnościami przywódczymi. Mimo to znaczenie więcej na Czarnku ciąży i dlatego trudno będzie mu wskoczyć na wysoka falę, jaka mogłaby go zanieść do wyborczego sukcesu, gdyby nie rządowa karta w PiS.
Wojna o duszę
No dobrze, ale obok słabości Przemysława Czarnka są też ogromne plusy tej kandydatury. Zaliczyć do nich należy przede wszystkim to, że presja wyborców PiS skłoniła prezesa Kaczyńskiego do porzucenia nadziei, iż przyszłością tej partii są tzw. nowocześni konserwatyści w rodzaju Michała Moskala czy technokraci jak Mateusz Morawiecki. Wygrał polityk bardzo wyrazisty światopoglądowo, zdeklarowany katolik, raczej nie skłonny do kompromisów w kwestii rewolucji obyczajowej, czego nie można powiedzieć o wspomnianym Morawieckim, zwolenniku tzw. kompromisu aborcyjnego i przeciwniku zakazu aborcji eugenicznej.
Można Czarnka lubić lub nie, ale wiele wskazuje na to, że jeśli faktycznie zostanie on premierem, to raczej nie podpisze się pod związkami partnerskimi czy powrotem do bardziej liberalnego „prawa” do zabijania nienarodzonych dzieci. To rzecz jasna wielki plus, wszak żyjemy dzisiaj w epoce radykalnego sporu, w którym liberalizm, choć zdycha, jeszcze potrafi mocno ukąsić, ma licznych zwolenników i nadal toczy wojnę o duszę Zachodu. Jeśli Polska, dzięki Czarnkowi, miałaby się przed tym obronić, to za to choćby wypadałoby tę kandydaturę pochwalić.
Tomasz Figura