O genezie filmu, intencjach, towarzyszących mu znakach, cenzurze, która stała się najlepszą reklamą, i o tym, dlaczego w 2025 roku potrzeba orędzia o miłości – w rozmowie z KAI opowiadają twórcy filmu Sacre Coeur Steven i Sabrina Gunnell. Od 20 lutego w polskich kinach można oglądać film Najświętsze Serce, który we Francji stał się jednym z najbardziej nieoczekiwanych fenomenów filmowych ostatnich lat. Produkcja, określana przez tamtejsze media jako zaskakujące wydarzenie kulturalne, przyciągnęła setki tysięcy widzów i wywołała szeroką debatę na temat obecności religii w zlaicyzowanym społeczeństwie.
– To piękna historia, jedna z tych, które można opowiadać bez końca. Wszystko zaczęło się w sierpniu 2023 roku, kiedy wyjechaliśmy całą rodziną do sanktuarium maryjnego Notre-Dame de Laus na południu Francji. Właśnie skończyliśmy pracę nad naszym poprzednim filmem „Jedno Ciało” o teologii ciała Jana Pawła II, co zajęło nam półtora roku. Steven był już myślami przy kolejnym projekcie i nie mógł się doczekać września, by zacząć nad nim pracować – opowiada Sabrina.
– Kiedy on pracował, ja poszłam posłuchać świadectwa Alicji Beauvisage i księdza Marota. Na koniec podeszłam do nich i powiedziałam, że razem z mężem tworzymy filmy. Alicja wzięła mnie wtedy za rękę, zrobiła wielkie oczy i wyznała: „Właśnie się modliłam, żeby spotkać filmowców katolickich”. Od razu poczułam, że to wola Boża, ale powiedziałam Panu Bogu: „Zwróć się najpierw do mojego męża” – kontynuuje.
Wesprzyj nas już teraz!
– Tego samego wieczoru poszliśmy całą rodziną poświęcić się Najświętszemu Sercu Jezusa. Następnego dnia, wracając do Paryża, kupiłam płytę z nagranym świadectwem, którego wysłuchałam w sanktuarium. Pomyślałam: „Boże, jeśli chcesz do niego przemówić, to jest ten moment”. Steven prowadził, słuchał i nagle pod koniec zapytał mnie: „Czy my nie mamy czegoś do zrobienia w sprawie Najświętszego Serca?” – dodaje.
O twórczych motywacjach mówi również Steven. – Odkąd robimy filmy, naszym mottem jest pełnienie woli Bożej. Kiedy jednak mówiliśmy znajomym, że planujemy film o Najświętszym Sercu, pukali się w głowę. Mówili: „To przestarzałe, staromodne, co wy chcecie z tym robić?” – relacjonuje.
– Ale my, czytając pisma św. Małgorzaty Marii Alacoque i zgłębiając przesłanie Jezusa, byliśmy zdumieni. Powtarzaliśmy sobie: „To jest orędzie idealne dla dzisiejszego świata”. Żyjemy w rzeczywistości, która jest pesymistyczna, pełna doniesień o zabójstwach i zagrożeniach. Świat jest coraz bardziej połączony technologicznie, a ludzie są coraz bardziej samotni przed swoimi ekranami – tłumaczy.
– Dla ostatecznego potwierdzenia zadzwoniliśmy do rektora sanktuarium w Paray-le-Monial. Kiedy opowiedzieliśmy mu o pomyśle, roześmiał się. Powiedział: „Wiecie, że za kilka dni zaczyna się wielki jubileusz 350-lecia objawień? A za 18 miesięcy, w czerwcu 2025, będzie jego zamknięcie. Chcę, żeby ten film był gotowy na zamknięcie”. Ta idealna zbieżność dat była dla nas ostatecznym znakiem – wspomina.
Steven odpowiada na pytanie o polityczne konotacje, jako że symbol Serca Jezusowego kojarzy się z ruchem kontrrewolucyjnym we Francji. – Od 1789 roku Francja jest przesiąknięta duchem rewolucji, co utrudnia łączenie polityki z wiarą. Owszem, istnieją partie prawicowe, które mocno odwołują się do katolicyzmu i patriotyzmu, i używają tego symbolu. Jednak we Francji panuje przekonanie, by nie pozwalać na polityczne zawłaszczanie symboli religijnych – mówi.
– Z drugiej strony, wiemy, że nie da się oddzielić sfery wiary od życia społecznego. Gdyby udało się wnieść choć trochę miłości Serca Jezusowego do polityki, świat wyglądałby inaczej. Jezus jest Królem Królów i Kościół od dawna naucza o Jego społecznym panowaniu. Nasz film jednak skupia się na czymś innym – na komunikacie do każdego człowieka, zwłaszcza niewierzącego: „Jesteś bezgranicznie kochany” – dodaje.
Steven Gunnell odnosi się również do nagonki i prób blokowania produkcji, jakie prowadzi francuska lewica. – Mer Marsylii odwołał seans w ostatniej chwili, godzinę przed projekcją, gdy ludzie mieli już bilety. W mediach społecznościowych i prasie ciągle pojawiało się słowo „zabronione”. To wywołało oburzenie – ludzie pytali: „Jak to? Chrześcijanom zabrania się wypowiedzi w przestrzeni publicznej?”. Poczucie bycia „intelektualnie prześladowanym” sprawiło, że ludzie ruszyli do kin. Zamiast spadku frekwencji w drugim i trzecim tygodniu wyświetlania, liczba widzów się podwajała, a nawet potrajała. To był swoisty humor Pana Boga – media, które nie chciały naszych plakatów, zrobiły nam największy rozgłos – podkreśla.
Źródło: KAI