„Wydawało się, że to koniec, ale Maryja i święci pokazali, że modlitwa ma moc”. Do naszej redakcji dotarło niezwykłe świadectwo kobiety, która przeszła długą i wyboistą drogę do upragnionego macierzyństwa. To opowieść o stracie, lęku w czasie pandemii, ale przede wszystkim o niezłomnej nadziei, która narodziła się pod płaszczem Matki Bożej i pod czujnym okiem świętego Józefa.
Publikujemy tę historię dziś, w uroczystość świętego Józefa, który jest nie tylko patronem ojców, ale i cichym orędownikiem w najtrudniejszych sprawach rodzinnych. Autorka tekstu dzieli się z nami intymnym zapisem walki o życie dziecka, zmaganiami w małżeństwie i doświadczeniem „cudownych” sygnałów płynących z wiary dziecka. Niech te słowa będą umocnieniem dla każdego, kto dziś ma poczucie, że pnie się pod górę i po omacku – święci Józef i Maryja naprawdę idą obok.
Wesprzyj nas już teraz!
Droga do macierzyństwa – pod płaszczem Maryi
W 2018 roku zostałam żoną. Już wtedy marzyłam o tym, by zostać mamą. Skupiłam się na pracy, dbaniu o siebie i rozwoju duchowym. Wtedy właśnie trafiłam na projekt formacyjny dla kobiet wierzących. Zdecydowałam się wziąć udział w kursie „Walcz o swoje szczęście jak Maryja”. Jednym z ważniejszych momentów kursu było poznanie trzech obrazów „zamieszkania” w Maryi: okrycie się Jej płaszczem, przytulenie w ramionach oraz zamieszkanie w łonie. Najbliższy mojemu sercu był obraz płaszcza – symbol opieki.
Wiosną 2019 roku zaszłam w ciążę. To był moment wielkiej radości i ogromnej wdzięczności. Latem poleciałam do Lizbony, a przy okazji odwiedziłam Fatimę, mając w sercu nadzieję. Po powrocie do Polski udałam się na kontrolną wizytę. Tam usłyszałam słowa, które złamały mi serce: „Ciąża się nie rozwija – puste jajo płodowe”. Lekarz zasugerował, że jeśli sytuacja się nie zmieni, konieczne będzie przerwanie ciąży. Nie chciałam w to uwierzyć. Prosiłam o czas i modliłam się o cud. Udałam się do innego specjalisty, który potwierdził wcześniejszą diagnozę. Po wszystkim lekarz wspomniał, że mam chorobę tarczycy, co może wpływać na płodność, ale nie oznacza końca drogi do macierzyństwa. To uświadomiło mi, że wciąż jest nadzieja. Już po trzech miesiącach mogłam starać się o kolejne dziecko. Ta wiadomość była dla mnie ogromnie budująca.
Przez kolejne miesiące bardzo dbałam o siebie – fizycznie i duchowo. W grudniu poszłam do spowiedzi przedświątecznej. Czekając, wzięłam do ręki gazetkę i moje oczy zatrzymały się na jednym cytacie: „Otoś teraz niepłodna i nie rodziłaś, ale poczniesz i porodzisz syna”. Ku mojemu zaskoczeniu, dokładnie 24 grudnia zaszłam w ciążę. Radość była ogromna, ale niemal od początku pojawiły się krwawienia. Kilka razy trafiałam na izbę przyjęć – raz usłyszałam, że ciąża jest zagrożona, innym razem powiedziano tylko: „Skoro krwawisz, to poronienie”. Ciąża została zakwalifikowana jako wysokiego ryzyka. Wymagała ode mnie odpoczynku, leżenia, modlitwy, a także brania wielu leków na podtrzymanie ciąży. Pewnego dnia krwawienie było tak silne, że – po ludzku – byłam pewna, że to koniec. W szpitalu okazało się, że to krwiak pod kosmówką… ale dziecko żyje. Krwiak w końcu się wchłonął.
Niestety, w tym czasie wybuchła pandemia. Strach o życie dziecka powrócił, a ja unikałam kontaktu z ludźmi. Pojawiły się silne bóle i kolejne badania USG. Lekarz wspomniał o powiększonych komorach w mózgu, co mogło wskazywać na wodogłowie. Nie mogłam w to uwierzyć. Zadzwoniłam do specjalisty, który po dokładnym badaniu powiedział: „Proszę się nie martwić. Chciałbym mieć takie zdrowe dziecko, komory są delikatnie powiększone, ale to nic groźnego”. Łzy wdzięczności płynęły same. Wiedziałam, komu je zawdzięczam. W tym czasie trwałam w modlitwie Nowenną Pompejańską i zawierzyłam dziecko wstawiennictwu bł. Joanny Beretty Molli – patronki życia poczętego. I znów – Maryja i święci pokazali, że modlitwa ma moc. Choć ciąża wciąż była zagrożona, mogłam wrócić do delikatnej aktywności, by przygotować się do porodu. Kolejnym wyzwaniem okazała się cukrzyca ciążowa, którą udało mi się opanować dietą i ruchem. W czasie ciąży regularnie chodziłam do kościoła, gdzie starszy ksiądz udzielał specjalnego błogosławieństwa dla matki oczekującej dziecka. Każdy taki gest był dla mnie jak znak, że Bóg czuwa – nie tylko nade mną, ale i nad moim dzieckiem.
W końcu nadszedł dzień porodu. Cesarskie cięcie odbyło się pod narkozą. Kiedy się obudziłam, pierwsze, co usłyszałam, to głośny płacz mojego dziecka. To był cud, najpiękniejszy moment w moim życiu.
Cichy, ale bardzo silny orędownik
Nie pamiętam dokładnie, kiedy oddałam dziecko Matce Bożej – jeszcze w czasie ciąży czy po narodzinach. Dziś widzę, że Maryja naprawdę czuwa nad nim. Dorasta w atmosferze wiary i modlitwy, często towarzyszy mi w pielgrzymkach do Matki Bożej na Jasnej Górze czy do św. Józefa w Kaliszu. Postać św. Józefa odkryłam niedawno na nowo – jako cichego, ale bardzo silnego orędownika i opiekuna.
W naszym życiu było wiele momentów, które wyraźnie pokazały mi, że Bóg działa – szczególnie przez serce dziecka. W czasie kryzysu w małżeństwie, kiedy emocje były bardzo trudne, mój syn niespodziewanie wziął do rąk nasze zdjęcie ślubne i zaczął się modlić: „Zdrowaś Maryjo…”. Ten widok mnie poruszył i dotknął do głębi. Zrozumiałam wtedy, że Maryja naprawdę jest z nami. A moje dziecko, mimo młodego wieku – ma w sobie więcej wiary niż potrafię to czasem dostrzec. Kilka tygodni temu, modląc się rano, dziecko podeszło do mnie i powiedziało: „Ty się módl za starszą babcię”. Dopiero kilka godzin później dowiedziałam się, że stan zdrowia babci gwałtownie się pogorszył. Po około trzech miesiącach babcia odeszła do Boga. Byłam przy niej kilka godzin przed śmiercią. Nie była już przytomna, ale siedząc przy jej łóżku, modliłam się do św. Józefa o dobrą i spokojną śmierć dla niej. Zeszłam wtedy do szpitalnej kaplicy, gdzie znajdowała się figura św. Józefa, i powierzyłam mu jeszcze raz moją prośbę. Babcia odeszła tej samej nocy.
Nie idę sama
Dziś wiem jedno – nie idę sama. Choć życie nie jest wolne od lęków i trudnych pytań, czuję, że Maryja nadal otula mnie swoim płaszczem. Każdy dzień przynosi nowe wyzwania. Boję się o przyszłość mojego małżeństwa. Martwię się o to, czy uda się jeszcze począć kolejne dziecko, o którym tak bardzo marzę. Modlę się też o nawrócenie mojego męża – z nadzieją, że Bóg dotknie jego serca w odpowiednim czasie. Ale pomimo tych lęków, nie tracę nadziei. Bo nauczyłam się, że nawet wtedy, gdy nie widać światła – ono jest. I że Maryja, cicha i wierna, naprawdę idzie razem ze mną. Czasem prowadzi, czasem niesie. I wierzę, że to, co dziś jest trudne, stanie się kiedyś świadectwem nowego cudu.
MD