Interwencja wojskowa Amerykanów w Wenezueli spotkała się z rozbieżnymi reakcjami amerykańskiej prawicy – zaznacza dr Andrew Day, politolog i redaktor naczelny „The American Conservative”. Reakcja ekipy Trumpa miała „uwypuklić podział na amerykańskiej prawicy między dwiema grupami, które zazwyczaj wydają się być zjednoczone: realistami i tymi, którzy są powściągliwi” – czytamy na portalu American Conservative w artykule pt. After Venezuela, Realism and Restraint Part Ways.
W tekście, który ukazał się 7 stycznia Day zaznacza, że realiści „unikają globalnych krucjat ideologicznych i uważają, że Stany Zjednoczone powinny sprawować władzę za granicą wyłącznie w celu realizacji interesu narodowego. Ci drudzy opowiadają się za powściągliwością w polityce zagranicznej USA i sprzeciwiają się interwencji militarnej, chyba że w ostateczności”.
Spektakularna akcja amerykańskich sił w Wenezueli, która doprowadziła do pojmania socjalistycznego przywódcy Nicolasa Maduro i spowodowała śmierć co najmniej 75 osób, w tym kubańskich doradców wojskowych – żaden Amerykanin nie zginął – spotkała się z aplauzem „konserwatywnych realistów generalnie popierających interwencję” i z krytyką ze strony powściągliwych konserwatystów. Ci ostatni mają obawiać się przyszłych trzech lat prezydentury Trumpa.
Wesprzyj nas już teraz!
„Oczywiście – pisze Day – większość powściągliwych konserwatystów to zadeklarowani realiści. Jednak w tej chwili różnią się oni od konserwatywnych realistów, którzy nie przepadają za powściągliwością”. Interwencja w Wenezueli miała ujawnić „ideologiczne, a być może i temperamentalne różnice między oboma obozami i wymusiła rozliczenie się z tym, jak powinna wyglądać konserwatywna polityka zagraniczna w nadchodzącej erze wielobiegunowości”.
I tak waszyngtoński think tank Quincy Institute for Responsible Statecraft, który powstał w 2019 r. w swoim oświadczeniu wydanym w minioną sobotę zaznaczył, że „atak administracji Trumpa na Wenezuelę jest sprzeczny ze wszystkim, do czego dążymy”. Wyjaśniono, że „siła militarna jest uzasadniona jedynie w odpowiedzi na wyraźne, wiarygodne i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych lub ich sojuszników traktatowych. Wenezuela, niezależnie od jej wewnętrznych dysfunkcji czy powiązań z międzynarodowym handlem narkotykami, nie stanowi takiego zagrożenia. Użycie siły bez zachowania tego standardu nie jest obroną, lecz agresją. Zastępuje ono dyplomację przymusem, a zasady siłą”.
Konserwatywni realiści, jak na przykład Daniel McCarthy, redaktor „Modern Age” i członek zarządu „The American Conservative” uważa, że operacja Trumpa w Wenezueli „to Ameryka przede wszystkim, ponieważ jest podejmowana w interesie regionalnym Ameryki, a nie w imię abstrakcyjnej ideologii czy interesów zagranicznych”. Zwrócił on uwagę, że to była krótka interwencja, trwała zaledwie dwie i pół godziny i była ograniczona w porównaniu z poprzednimi interwencjami wojskowymi Ameryki, chociażby w Afganistanie, Iraku, Panamie, a nawet Grenadzie. McCarthy utrzymuje, że tego typu „ograniczona” interwencja nie stanowi problemu dla „realisty”, ale może być kłopotliwa, a nawet nie do przyjęcia dla powściągliwych konserwatystów przeciwnych jakiejkolwiek interwencji wojskowej. McCarthy dodaje, że jak najbardziej są do przyjęcia interwencje „niewielkie, krótkoterminowe o ograniczonych celach, możliwych do osiągnięcia za pomocą realistycznych środków”.
Podobnego zdania jest inny „realista” – John Hulsman, konsultant ds. ryzyka geopolitycznego. Dodał on, że „realiści” nie mają problemów filozoficznych z tego typu interwencjami. Chociaż uchodzi za „zagorzałego krytyka neokonserwatystów”, a więc „konserwatystów” o jastrzębiej postawie, często sięgających do siły militarnej, aby osiągnąć cele polityczne, Hulsman przyznał, że popiera działania militarne, które służą realizacji „głównych interesów” Ameryki i temu miała służyć operacja w Wenezueli. Pozbyto się z amerykańskiej strefy wpływów „szkodliwego aktora”, który miał przyczynić się do zaostrzenia kryzysu imigracyjnego, uczestniczył w narkoterroryzmie i „stał się klientem równorzędnego supermocarstwa Chin i wielkiej potęgi Rosji”.
Nie zgadzają się z tym powściągliwi konserwatyści, którzy przypominają, że „operacja antynarkotykowa”, która miała zapobiec śmiertelnym przypadkom przedawkowania w Ameryce, w gruncie rzeczy nie dotyczyła syntetycznego opioidu – fentanylu, pochodzącemu przede wszystkim z Meksyku – a nie z Wenezueli – który ma powodować śmierć setek tysięcy Amerykanów co roku. Zwracają oni także uwagę na to, że nie wiadomo, czy jest to wojna o ropę, czy „raczej symulowana wojna o ropę”.
Curt Mills, dyrektor wykonawczy „The American Conservative” podczas dyskusji zorganizowanej przez Quincy Institute podkreślił, że „nie ma realnego planu, aby uruchomić” kosztowne procesy wydobycia i przetwarzanie ogromnych zasobów wenezuelskiej ropy naftowej. Obawia się negatywnego skutku szerzenia amerykańskiego militaryzmu w Ameryce Łacińskiej w postaci odwrócenia się od współpracy innych państw np. Meksyku czy Brazylii.
Z pewnością interwencja wojskowa w latynoamerykańskim kraju spowodowała „pęknięcia” na prawicy i „niektórzy konserwatyści antywojenni próbowali racjonalizować interwencję, mimo że naruszała ona «podstawowe zasady powściągliwości»” – wskazuje Day.
W rozmowie podcastowej Kelley Vlahos, starsza doradczyni Quincy Institute stwierdziła, że Stany Zjednoczone naruszyły suwerenność Wenezueli i nie można mówić, że inwazja na terytorium innego państwa oraz pojmanie jego przywódcy to tylko „jednorazowa” akcja. Każda bowiem interwencja militarna przynosi nieprzewidywalne konsekwencje i nie rozwiązuje zasadniczych problemów.
Nalot na Wenezuelę – w opinii Vlahos i Millsa – zwiastuje „nową, bardziej militarystyczną fazę ery Trumpa”, który już się rozochocił i wspomniał o możliwości podjęcia działań militarnych przeciwko Kolumbii, Grenlandii, Meksykowi i Iranowi. Na początku swojej drugiej kadencji groził nawet aneksją Kanady i „odzyskaniem” Kanału Panamskiego. W ubiegłym roku Trump zbombardował Iran, Irak, Nigerię, Somalię, Syrię, Wenezuelę i Jemen.
– Ludzie głosowali za Ameryką na pierwszym miejscu, ale niekoniecznie za amerykańskim imperium – przypomniała Vlahos, która obawia się, że administracja Trumpa jest obecnie „bardziej zainteresowana stworzeniem amerykańskiego imperium” na czele z Trumpem „jako naszym pierwszym amerykańskim cesarzem”.
Interwencję chwalił Matt Walsh z „Daily Wire”, który w niedzielę tweetował, iż jest „bezkompromisowym amerykańskim szowinistą”, który „chce, aby Ameryka rządziła tą półkulą i sprawowała władzę dla dobra naszych obywateli”.
Day konkluduje, że „to, czy administracja Trumpa podąży tą drogą, może zależeć od poparcia amerykańskiej opinii publicznej, która wydaje się sceptycznie nastawiona do działań militarnych na półkuli zachodniej. Pomimo taktycznego sukcesu dramatycznej operacji z tego weekendu, efekt zjednoczenia wokół flagi nie zmaterializował się. Według sondażu Reuters/Ipsos, tylko jedna trzecia Amerykanów popiera operację. I choć wsparło ją 65 procent republikanów, to jest to o około dwadzieścia punktów procentowych mniej niż liczba osób aprobujących Trumpa. Co więcej, większość republikanów – 54 procent – wyraziła obawy, że «Stany Zjednoczone zbytnio zaangażują się w Wenezuelę»”.
Autor dodaje, że o ile Trump „wyróżnił się w kampanii prezydenckiej w 2016 roku, ostro krytykując neokonserwatystów i obiecując unikanie wojen, które nie służą interesowi narodowemu”, o tyle „dekadę później program polityki zagranicznej Trumpa może zależeć od jego zdolności przekonania Amerykanów do tego, że interesowi narodowemu służą kolejne wojny”.
Źródło: americanconservative.com
AS