Dzisiaj

Sztuka cierpienia, sztuka umierania

(Fot: NG Collection / Interfoto / Forum)

Chyba najbardziej wstrząsającym paradoksem chrześcijaństwa jest przekonanie, że aby zacząć żyć, trzeba tak naprawdę umrzeć. Bo jak powiedział filmowy William Wallace „każdy z nas kiedyś umrze, ale nie każdy tak naprawdę żyje”.

Życie jest ciężkie. Nie trzeba o tym nikomu przypominać. Na przestrzeni wieków ludzie odkrywali przeróżne sposoby radzenia sobie z tą elementarną rzeczywistością. Jednak w drugiej połowie XX w., na skutek rozwoju nauk przyrodniczych, niesłychanego postępu technologicznego i zwiększania dobrobytu, nastąpiło drastyczne przeniesienie akcentów. Zachodnie społeczeństwa przyzwyczaiły się do traktowania cierpienia nie jak składowej codzienności, lecz nieakceptowalnego odchylenia od domyślnego stanu szczęścia i zdrowia.

W post-chrześcijańskim świecie zachodu, konfrontacja się z bólem jak nigdy wcześniej przybrała formę problemu technicznego, rozwiązywanego gdzieś pomiędzy apteką a gabinetem psychoterapeuty. Jego brak uznaje się już nie za błogosławieństwo, a nawet wartość samą w sobie, lecz przyrodzone prawo każdego człowieka. Z czasem jednak wolność od bólu przerodziła się w prawo do wolności od sytuacji nieprzyjemnych, trudnych i uciążliwych. Przekonanie to wzmacnia współczesna kultura, epatując wręcz groteskowo lukrowaną wizją codzienności, gdzie nawet najmniejsza niedogodność urasta do miana życiowej tragedii. Do skrajności zjawisko doprowadziły media społecznościowe, prezentując fortunę dostępną garstce pięknych, bogatych i młodych jako standard należny każdemu bez wyjątku.

Wesprzyj nas już teraz!

Jednak w prawdziwym życiu nie działają filtry upiększające. Dysonans pomiędzy wyolbrzymionymi oczekiwaniami a brutalną rzeczywistością często przybiera formę złudnego eskapizmu. Zaledwie znosimy czynności niezbędne do kontynuowania egzystencji (zarabianie pieniędzy, edukacja, opieka nad dziećmi, podtrzymanie związku etc.) w oczekiwaniu na wolną chwilę, którą w końcu przeznaczymy na to co – według nas – zapewni nam szczęście. W konsekwencji przejadając „czas jaki został nam dany” głównie na gorycz i zgorzknienie.

Nic dziwnego, że odzwyczajeni od trudów codzienności wolimy substytuty szczęścia, niewymagające większego wysiłku: pornografię, wirtualne pobudzacze satysfakcji czy narkotyczne wyzwalacze uniesień. Współczesny człowiek kurczowo trzymając się swojej ziemskiej egzystencji, paradoksalnie umiera już za życia, w skrajnych lecz coraz częstszych przypadkach, dobrowolnie przyspieszając jego kres.

Kochaj i rób co chcesz

Humanistyczna opowieść pragnie osłodzić nam trudy romantyczną wizją miłości. Najpotężniejsze uczucie ma moc „uczynić wszystko nowym”, napełniając nasze życie światłem i nadając cel wszystkim staraniom. A jak to z uczuciami bywa „ledwie muśnie je wiatr, a już ich nie ma” – śpiewa Psalmista. Kiedy czar opada, znika sens podejmowania dalszego wysiłku, a do głosu dochodzi żarłoczne ego, które rozpieszczane ponad miarę, z czasem urasta do rozmiaru kamienia młyńskiego uwiązanego do szyi tuż przed skokiem do wody.

Tymczasem Chrystus wielokrotnie nauczał, że kurczowe trzymanie się własnego, egoistycznego życia prowadzi do jego utraty, natomiast „rezygnowanie z siebie”– paradoksalnie prowadzi do odzyskania życia prawdziwego i wiecznego. Umieranie dla Chrystusa nie ma w sobie jednak nic z dalekowschodniej nirwany. Jego miłość nie domaga się starcia w pył resztek podmiotowości, ale jak w „krzaku gorejącym” rozpala nas, nie niszcząc nawet najmniejszego listka.

„Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J, 15,13) – mówi Chrystus. Skoro poprzez Krzyż, śmierć stała się najpełniejszym wyrazem miłości, dopełnia ją i transcenduje, również napotykane na drodze problemy nie stoją na drodze do prawdziwego szczęścia; przeciwnie, są okazją do tego, aby uczyć się żyć naprawdę i prawdziwie kochać.

To właśnie śmierć „Starego Człowieka” wydanego na pastwę pożądliwości, daje szansę zmierzenia się z własnymi słabościami i wychodzenia z trudności lepszymi ludźmi. Jak żelazo, które hartuje się w ogniu, jak ziarno, które obumierając wydaje „plon obfity”. „Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne” (J 12, 25), mówi Pan.

Jeff Cavins, popularny pastor nawrócony na katolicyzm pisał, że ból jest nierozłącznie związany z prawdziwą miłością. „Gdy to zrozumiemy, przestaniemy traktować nasze problemy jak coś, z czym musimy się uporać, zanim zabierzemy się do tego, czym najbardziej chcemy się zajmować. Gorsze dni i słabości innych nie będą już dla nas przeszkodami na drodze do pełni szczęścia” – podkreślał w jednym ze swoich bestsellerów.

Każdy kto choć raz doświadczył cierpienia, zdaje sobie sprawę jaka to trudna droga. Na szczęście towarzyszący nam Chrystus potrafi zastąpić gorycz i ciężar bólu, słodyczą jarzma i lekkością brzemienia. Poddanie się woli bożej wymaga jednak pokory i uświadomienia sobie, że nie jesteśmy tacy wspaniali jak nam się wydawało. Współczesny człowiek odrzuca Krzyż będąc przeświadczonym, że stanowi przeszkodę na drodze do szczęścia. W rzeczywistości jednak, jak uczą obecne dni Triduum Paschalnego, zamyka jedyną do niego bramę.

Śmierć, która rodzi życie

Skoro codzienny krzyż stanowi dla współczesnego świata „zgorszenie i głupstwo”, cóż dopiero powiedzieć o nieuchronnej rzeczywistości śmierci. Człowiek XXI wieku chełpi się, że znalazł klucze do szczęścia, ale – jak zauważa wspomniany już Cavins, w obliczu śmierci nie potrafi nimi otworzyć żadnych drzwi. „Wiedzą jak osiągnąć sukces i stać się najlepszą wersją siebie, ale w konfrontacji z cierpieniem życie nadal jest dla nich tajemnicą” – podkreśla Amerykanin.

„Każda wielka opowieść, która wzbudza zainteresowanie i przykuwa uwagę, jak wszystkie wielkie opowieści w historii ludzkości, jest w zasadzie o tym samym. O nieuchronności śmierci” – mówił przed laty J.R.R. Tolkien. Doskonale wiedzieli o tym nasi przodkowie, dla których ból i śmierć stanowiły naturalną kolej rzeczy. Nadejście Chrystusa nadało jednak odchodzeniu z tego świata nowy sens, zamieniając w taniec żałobny płacz wierzących w Zmartwychwstanie.

Christianitas już na początku swoich dziejów przygarnęła wyrzucone poza mury miast cmentarne upiory i przeprawiła przez Styks uwięzionych w czeluściach Tartatu. Męczennicy zaczęli strzec żyjących chrześcijan, a bliscy zmarli spoczęli w pobliżu świątyń. Jak tłumaczy ks. prof. Andrzej Zwoliński, cmentarz stał się ludziom tak bliski, że „handlarze pracowali przy otwartych grobach, kuglarze zabawiali ludzi, a adwokaci oferowali usługi prawne”. Kościół walczący przenikał się na co dzień z Kościołem Tryumfującym, otwierając szeroko przybytek dostępny dotychczas wielkim władcom czy legendarnym wojownikom.

Śmierć paradoksalnie stała się zasiewem życia. Dzięki nieustannemu przypominaniu o jego kruchości, Stary Świat z wdzięcznością traktował każdy dzień jako dar. Dar, którego – jak w przypowieści o talentach – nie można zmarnować. Echa minionej epoki pięknie wybrzmiewają w pieśni Franciszka Karpińskiego, ukochanej przez nasze prababki:

A człowiek który bez miary,

Obsypany twémi dary,

Coś go stworzył i ocalił,

A czemużby Cię nie chwalił!

(…)

Wielu snem śmierci upadli

Co się wczora spać pokładli

My się jeszcze obudzili

Byśmy Cię, Boże, chwalili

Zsekularyzowany świat jawi się pod tym względem na powrót pogański, brzydząc się śmiercią i widząc w niej największego wroga ludzkości. Dlatego jest gotów oddać wszystko zaledwie za obietnicę podtrzymania chwilowej egzystencji na tym łez padole. Rację miał autor „Władcy Pierścieni”, mówiąc o zasadzie rządzącej wielkimi opowieściami. Jednym z ostatnich pięknych obrazów poświęcenia we współczesnej pop-kulturze jest zacytowany na początku film Braveheart: Waleczne Serce z 1995 r. Arcydzieło Mela Gibsona, jak żadne inne w ostatnich 30 latach przypomina nam tą głęboką chrześcijańską prawdę. Kiedy przed bitwą z Anglikami, szkockie klany na widok przeciwnika opuszczają pole bitwy, William Wallace zwraca się do swoich braci tymi słowami:

Jeżeli podejmiecie walkę, możecie zginąć. Jeśli uciekniecie, będziecie żyć. Przynajmniej jeszcze trochę. Ale umierając w łóżkach za wiele lat, na pewno będziecie gotowi oddać te wszystkie dni za jedną, jedyną szansę powrotu na to pole bitwy, by powiedzieć wrogom, że mogą zabrać nam życie, ale nigdy nie zabiorą naszej wolności

Nic dziwnego, że w obecnych czasach takie dzieło nie ma prawa powstać.

 

Piotr Relich

 

 

 

 

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(0)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie