5 stycznia 2026

Wenezuela: chwila prawdy dla nowej doktryny Trumpa

(Fot. AA/ABACA / Abaca Press / Forum /Oprac. PCh24.pl)

Uderzenie Stanów Zjednoczonych na Wenezuelę, porwanie prezydenta tegoż kraju, jest wydarzeniem najwyższej wagi, którego wpływ na kolejne dekady historii może potencjalnie być równie wielki jak swego czasu 11 września. Oto rząd Donalda Trumpa, który dopiero co niedawno określił przywrócenie swoich wpływów w Ameryce Łacińskiej jako kluczowy element własnej strategii na najbliższe lata, teraz zaczął tę strategię wdrażać w praktyce. Pierwszy krok jest imponującym sukcesem… ale czy tak będzie dalej?

Znany dobrze w internecie analityk spraw chińskich, Radosław Pyffel, lubi przypominać chińskie przysłowie, głoszące, iż czasem trzeba zarżnąć kurczaka, aby wystraszyć małpy. No więc: rząd Wenezueli, w osobie Nicolása Maduro został (wprawdzie niedosłownie) zarżnięty jako ten kurczak. Małpami do wystraszenia zaś jest w pierwszej kolejności reszta tegoż rządu, w drugiej Ameryka Łacińska, a wreszcie – reszta świata. Jest tylko jeden problem: kurczak może i stracił głowę, ale nadal jeszcze biega po podwórku. Co gorsza, akurat takim kurczakom czasami głowa odrasta – a wtedy małpy, zamiast się bać, mogą się wręcz poczuć ośmielone.

Słuszna duma, czy jednak hybris?

Wesprzyj nas już teraz!

Bardzo ciekawie słuchało się konferencji prasowej udzielonej przez Donalda Trumpa niemal natychmiast po całej akcji. Nie padły wprawdzie te sławetne słowa, „mission accomplished,” które swego czasu wypowiedział George W. Bush, a które do dziś go prześladują swą pochopnością i głupotą – ale przecież duma z definitywnie wykonanego zadania, była odmieniana w wypowiedziach Trumpa i jego podwładnych przez tak wiele przypadków, że właściwie na to samo wychodzi..

Amerykanie mają z czego się chełpić. Z punktu widzenia wojskowości, przeprowadzona operacja naprawdę była imponująca, tym bardziej że obyło się bez strat własnych. Nie ma tu znaczenia, że armia Wenezueli jest niezmiernie zacofana względem Stanów, że jej obrona przeciwlotnicza była w fatalnym stanie. Przy takiej akcji, zwłaszcza gdy do akcji wchodzą śmigłowce, czasem wystarczy jeden człowiek z karabinem, albo nawet zwykły przypadek, aby zniweczyć całą akcję. Jakkolwiek ta akcja by nie dawała powodów do dumy jej wykonawcom, to przecież mówimy o skali państwowej, gdzie udany początek nie gwarantuje wyniku końcowego. Przecież zarówno w Afganistanie jak i w Iraku wstępne akcje wojskowe były imponującym i błyskotliwym sukcesem, a potem przyszły kosztowne lata okupacji. Przy czym, o ile w przypadku Iraku, można mówić ostatecznie o połowicznym sukcesie, o tyle Afganistan po dwóch dekadach skończył się pełną porażką.

Tymczasem, w przypadku Wenezueli, sytuacja wygląda wręcz kuriozalnie. Amerykańskie uderzenie nie pokonało całej armii, ani nie obaliło rządu. Przeciwnie – poza samym prezydentem, cała reszta wenezuelskich struktur władzy pozostaje nietknięta. A jednak prezydent Trump ogłasza z jednej strony, iż nie przewiduje na ten moment dalszego zaangażowania sił amerykańskich, a z drugiej – że Stany Zjednoczone będą zarządzać procesem transformacji ustrojowej w Wenezueli, zaś amerykańskie firmy zajmą się odbudową tamtejszego przemysłu naftowego i eksportem wenezuelskiej ropy. Zapytany jak konkretnie to sobie wyobraża, wyjawił iż Amerykanie kontaktowali się już wcześniej z wenezuelską wice-prezydent Delcy Rodríguez, i że ta jest gotowa współpracować z Stanami. Jednak ta sama Rodríguez kategorycznie zaprzecza jakiejkolwiek współpracy i zagrzewa, wraz z resztą rządu, siły Wenezueli do gotowości bojowej. Czyżbyśmy więc mieli do czynienia z pierwszym na świecie bezobjawowym podbojem kraju?

Na taki bezobjawowy przebieg wydarzeń Donald Trump nie może sobie pozwolić. Byłoby to niebezpieczne dla Stanów, i dla niego samego. Zwycięzców nikt nie osądza – ale co innego przegranych. Dopóki więc wenezuelska operacja jest sukcesem, inne państwa będą zaledwie symbolicznie protestować, a amerykański kongres będzie najwyżej utyskiwał. Jeśli jednak coś zacznie iść nie tak, wówczas sprzeciw wobec tej akcji będzie narastał i będą narastały koszty polityczne i dyplomatyczne. Przecież akcja była nielegalna zarówno z perspektywy prawa Stanów Zjednoczonych jak i traktatów międzynarodowych, chociażby karty ONZ. No i cóż – dziś, zgłoszenie Trumpa do Międzynarodowego Trybunału Karnego byłoby próżnym i bezsilnym gestem, ale gdyby za kilka lat rządziła znowu Partia Demokratyczna… kto wie? W przypadku znienawidzonego przez nich Trumpa, można sobie wyobrazić ekstradycję do Hagi albo do Caracas. A przecież niepowodzenie w Wenezueli właśnie zwiększy szanse Demokratów na odbicie władzy, tym bardziej że Trump doszedł do władzy obiecując że nie będzie pchał się w zagraniczne awantury. Sukces wyborcy mogą wybaczyć, ale porażkę?

Trump gra więc o bardzo wysoką stawkę. Albo uda mu się skutecznie zastraszyć te wszystkie małpy i znacząco rozszerzyć wpływy Ameryki w całej zachodniej półkuli, albo rozwścieczone staną się dla niego jeszcze bardziej niesforne, a w przyszłości może nawet go rozszarpią. A jakie zagrożenia stoją na jego drodze – co może zapewnić sukces temu specyficznemu podbojowi Wenezueli, lub co przypieczętuje porażkę? Co pozwoli ocenić, czy Amerykanie mogą faktycznie być dumni – czy też, nie po raz pierwszy, padną ofiarą klasycznego greckiego hybris, czyli zuchwałości tak wielkiej, iż zostaje pokarana przez same bóstwa?

Cierniste owoce sukcesu

Pierwszym zagrożeniem będzie przedłużający się stan bezobjawowości podboju. Aby sukces stał się realny, rząd Wenezueli musi wyraźnie i namacalnie podjąć współpracę z Ameryką. Musi zgodzić się na nowe wybory, i musi zgodzić się na poniżające i godzące we własne interesy zmiany gospodarcze – oddanie Ameryce w zarząd przemysłu naftowego. Tymczasem, rząd ten, jeśli tylko okaże słabość, może popaść w wewnętrzne trudności – albo obali go opozycyjna połowa „ulicy”, albo ugodowych polityków obalą twardogłowi, mający znacznie więcej do stracenia w przypadku upadku reżimu. Nawet jeśli za kulisami część rządu faktycznie jest dogadana z Amerykanami, mogą po prostu nie móc dopełnić warunków ugody. Co wówczas pozostanie? Kolejne naloty, kolejne akcje, porwania czy zabójstwa, aż do skutku? Ryzykowny to kurs.

No dobrze, ale przecież zawsze można po prostu rozpocząć prawdziwą inwazję. Obalić rząd w Caracas. Owszem, można: ale co potem? Wenezuela nie jest ani małym, ani łatwym krajem do pacyfikacji. Społeczeństwo zaś jest podzielone. Owszem, fatalne, dyktatorskie rządy Maduro zniszczyły kraj, doprowadziły kilka milionów Wenezuelczyków do emigracji, a wielu z tych co zostało wręcz głodowało w ostatnich latach. Wielu dziś cieszy się z porwania Maduro, i liczą na upadek reżimu – ale jest przecież też znacząca grupa zwolenników rządu. Wśród nich wielu zaś jest takich, dla których jakiekolwiek rozliczenia z przeszłością oznaczają śmierć. Ci musieliby wręcz przejść do partyzantki w przypadku okupacji, podobnie jak zadziało się przed dwoma dekadami w Iraku. Zauważmy zaś, iż w sąsiedniej Kolumbii, do dzisiaj istnieją gangi przestępcze a nawet niedobitki sił partyzanckich wyłonione z dawnej rewolucyjnej organizacji FARC. Jest to problem, z którym kolejne rządy Kolumbii, mimo wsparcia Stanów Zjednoczonych, nie zdołały sobie poradzić od grubo ponad pół wieku. Społeczeństwo i sam teren Wenezueli mają równie dobre predyspozycje dla partyzantki. Teren jest trudny, górzysty i częściowo pokryty dżunglą. Nawet samo Caracas jest w górach, a dojazd od wybrzeża wiedzie dwoma tunelami.

Siły, które Amerykanie zgromadzili w okolicach Wenezueli mogłyby wystarczyć na obalenie rządu. Ale już nie na skuteczną pacyfikację kraju. To wymagałoby przynajmniej sto tysięcy ludzi, a może jeszcze większe siły. Czy zaś Amerykę stać na to, by angażować znowu setki tysięcy żołnierzy na długie lata? Czyż nie na to czekają Chiny? Nota bene: niektórzy zauważają, iż swoją koronkową akcją, Amerykanie „upokorzyli” Chiny i Rosję, które to państwa kolejny raz nie zdołały obronić swojego sojusznika przed Amerykanami. Niewątpliwie prawdą jest, iż skuteczna akcja Amerykanów jest szokiem, zwłaszcza dla Rosjan, którym analogiczne działania nie udały się przed czterema latami w Kijowie. Ale sądzę, że nie bez powodu Rosja i Chiny wstrzymały się przed realnym wsparciem rządu Maduro. Znacznie bowiem korzystniejsze dla nich będzie głębokie zaangażowanie Ameryki, które nastąpi, jeśli tylko ziści się naszkicowany powyżej scenariusz.

Jeszcze gorsze dla Amerykanów zaś jest to, iż scenariusz chaosu może się ziścić niezależnie od nich. Wystarczy, jeśli pozostałości po rządzie Maduro zostaną obalone przez ulicę i opozycję – co, jak już zauważyliśmy, może nastąpić, jeśli tylko okażą słabość. Ale obalić rząd to jedno, a zaprowadzenie porządku to zgoła inna rzecz. Społeczeństwo jest podzielone, a zwolennicy rządu dysponują dosłownie setkami tysięcy karabinów rozdawanych przez rząd Maduro właśnie na tę okazję. No i cóż – w takim przypadku oczywiście Amerykanie mogą wzruszyć ramionami i powiedzieć, że Wenezuela musi sama się ogarnąć, grunt, że obalono dyktatora – ale przecież chaos, wojna i nieunikniony wówczas głód wywołałby kolejną falę uchodźców, która jak zwykle kierowałaby się do granic Stanów Zjednoczonych, destabilizując po drodze Kolumbię i całą Amerykę Środkową.

Co dalej?

Przyjmijmy jednak, że Stanom uda się przeprowadzić skuteczną transformację, i Wenezuelczycy dziś autentycznie cieszący się z upadku dyktatora, zobaczą jak ich zrujnowany kraj wraca do życia. Choćby i mieli się na tym dorobić Amerykanie, to trzeba uczciwie przyznać, iż dla Wenezueli bynajmniej nie będzie gorzej. Im większy zaś będzie sukces – tym większy będzie miał wpływ na resztę amerykańskiego sąsiedztwa.

Trump i jego ludzie już dziś ostrzegają, że następna w kolejce może być Kuba, ale że inne formy interwencji też wchodzą w rachubę wobec przyjaznych, ale niezbyt skutecznych, rządów Meksyku i Kolumbii. Jeśli w nadchodzących miesiącach Wenezuela w żaden sposób nie wybuchnie w dłoniach Trumpa, chęć i pokusa do kolejnych interwencji wzrośnie. A przecież wystraszone małpy nie ograniczają się do Ameryki Łacińskiej. W Europie Dania z nowym niepokojem patrzy na trumpowskie słowa o pozyskaniu Grenlandii, a na Bliskim Wschodzie, Iran tym uważniej analizuje co Trump miał na myśli, gdy przestrzegał rząd tego kraju przed brutalnym tłumieniem trwających tam protestów.

Ale choćby nawet każda kolejna interwencja była sukcesem – a nie będzie, bo nigdy tak nie jest – to przecież będzie znaczyło stopniowy odwrót Ameryki od reszty świata i porzucenie obecnego systemu sojuszy. Mówimy bowiem dosłownie o projekcie imperialnym, który nie tylko pochłonie siły państwa, sprawiając, iż z biegiem czasu, Amerykanie będą musieli raczej zajmować się zarządzaniem swoją bezpośrednią strefą wpływów, nie zaś pacyfikowaniem Bliskiego Wschodu, albo zwalczaniem ekspansji Chin w Azji czy Rosji w Europie. To wszystko zresztą zostało zakomunikowane we wspomnianej na wstępie nowej strategii bezpieczeństwa narodowego Ameryki – a konsekwencje tych zmian, również dla nas, choć jeszcze niejasne, z pewnością będą poważne.

Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Nie sięgajmy wyobraźnią trzydzieści lat do przodu, gdy niepewne jest nawet najbliższe trzydzieści dni. Przyjdzie na to czas. Tymczasem jednak, dawno nie było tak imponującego sukcesu, w którym zawarty byłby tak wielki potencjał na katastrofę.

Jakub Majewski

Wesprzyj nas!

Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.

Udostępnij
Komentarze(25)

Dodaj komentarz

Anuluj pisanie