Między zezwierzęceniem a świętością. Rozmowa z ks. dr hab. Robertem Skrzypczakiem [KWARTALNIK PCH24.PL]

Problem w tym, że tam, gdzie usunięty zostaje Bóg, a w centrum zainteresowania postawiono człowieka – to człowiek ten wcale nie zyskuje, ale traci. Bez Boga nie ma on już unikalnej wartości; tej, o której mówiliśmy wcześniej. Nic dziwnego, że w świecie pozbawionym Boga coraz większym powodzeniem cieszą się różne nurty związane z apoteozą pokrewieństwa między człowiekiem a zwierzętami - zauważa ks. dr hab. Robert Skrzypczak.
PCh24.pl: Arystoteles mówił, że człowiek jest zwierzęciem. Wprawdzie zwierzęciem rozumnym, ale wciąż przecież zwierzęciem. Czy Kościół ma podobną optykę?
Ks. prof. Robert Skrzypczak: Nie, w ten sposób patrzyli na człowieka poganie, ale nie Kościół. Próbowali oni konstruować sobie jakąś teorię antropologiczną w oparciu o naturalizm, czyli o analizę danych natury. Wyobrażali sobie, że wszystkie byty ożywione mają jakiś rodzaj duszy – od wegetatywnej, przez zwierzęcą, aż po rozumną. Człowiek znajdował się w ten sposób na kontinuum bytów ożywionych. Nie był zatem fundamentalnie odrębny od zwierząt; był raczej zwierzęciem w wyższej formie czy postaci.
Prawda objawiona mówi nam coś zupełnie innego. Słowo Boga pokazuje, że człowiek ma swoje własne miejsce wśród dzieła stworzenia, a przy tym szczególny status bytowy. Został on umieszczony przez Boga wśród flory i fauny, nie jako „normalny element” całego tego środowiska. Bynajmniej, człowiek jest koroną stworzenia – jedynym bytem, który Pan Bóg stworzył na swój własny obraz i podobieństwo.
Ta boska decyzja ustanawia ogromną różnicę jakościową między człowiekiem a pozostałymi bytami ożywionymi. Tylko człowiek spośród wszystkich stworzeń ziemskich jest wyposażony w szereg cech typowo ludzkich: samoświadomość, posługiwanie się językiem, zdolność do sądów moralnych czy inteligencja.
Człowiek posiada też zdolność do tworzenia relacji osobowych, czyli do zaawansowanego życia społecznego.
Nie chodzi tu o powielanie tego, co robią zwierzęta łączące się w pary albo stada. Człowiek buduje z innymi ludźmi relację opartą na uznaniu indywidualnej osobowości innych. Co więcej, dzięki niej jest zdolny do poświęcenia się, podarowania drugiej osobie samego siebie, z miłości. Jest to możliwe właśnie dzięki szczególnemu statusowi ontologicznemu człowieka jako stworzonego na obraz i podobieństwo Boga. Bóg jest Bytem osobowym, toteż ustanowił również w człowieku analogiczny sposób bytowania jako osoba.
Poganie widzieli, że człowiek różni się od zwierząt mową, rozumem, osądem moralnym, nieśmiertelną duszą. Jednak dopiero chrześcijańskie objawienie przyniosło światu absolutną rewolucję, która wiąże się z osobowym sposobem funkcjonowania człowieka w relacji do Boga i do innych ludzi.
Wydaje się, że dziś coraz rzadziej kierujemy się takim obrazem rzeczywistości. Popularny stał się raczej swego rodzaju egalitaryzm gatunkowy, czyli zrównywanie ludzi i zwierząt. To chyba cofnięcie się do czasów jeszcze przedpogańskich, a przynajmniej przedgreckich – do jakiegoś prymitywnego animalizmu.
Zjawisko, o którym Pan mówi, jest jednym z symptomów laicyzacji przestrzeni publicznej, coraz silniej wyzutej z chrześcijaństwa. Boże objawienie zostało wzięte w nawias. Cofamy się więc do pewnego rodzaju wtórnego pogaństwa.
Problem w tym, że tam, gdzie usunięty zostaje Bóg, a w centrum zainteresowania postawiono człowieka – to człowiek ten wcale nie zyskuje, ale traci. Bez Boga nie ma on już unikalnej wartości; tej, o której mówiliśmy wcześniej. Nic dziwnego, że w świecie pozbawionym Boga coraz większym powodzeniem cieszą się różne nurty związane z apoteozą pokrewieństwa między człowiekiem a zwierzętami. Ludzie przestają widzieć fundamentalne różnice, które dzielą nas od innych bytów ożywionych. Widać to w wielu coraz popularniejszych zachowaniach, na przykład przy pochówkach. Niektórzy organizują „pogrzeby” swojego psa czy kota na wzór pogrzebów ludzi. Tak jak po pochówku naszych bliskich przygotowuje się stypę czy konsolację, tak samo robi się dziś po śmierci zwierzęcia domowego. To próba nadania mu tożsamości osobowej, której ono z natury rzeczy nie może posiadać.
Pojawiają się też propozycje, by niektórym zwierzętom nadawać obywatelstwo albo rodzaj paszportu… Niektórzy myśliciele uważają też, że można tworzyć nową antropologię zakorzenioną w rzekomej bliskości między bydlęciem a człowiekiem. Wystarczy wspomnieć Yuvala Noaha Harariego, który uważa, że człowiek jest bytem pomiędzy bestią a boskością. Zależnie od swojego własnego rozwoju, człowiek może sięgać do statusu boskiego, jednocześnie nie tracąc swojej przynależności do świata zwierząt.
Także w Polsce coraz popularniejsze są „rodziny ludzko-zwierzęce”. Zamiast dzieci, młodzi ludzie kupują psa czy kota i nazywają go odpowiednio „psieckiem” albo „kocieckiem”. Takie zachowania wydają się jak w soczewce obnażać absurd ideologii egalitaryzmu gatunkowego.
Takich niepokojących zjawisk jest dziś coraz więcej. To rzecz zupełnie normalna, że człowiek lubi zwierzęta i chce mieć je blisko siebie. Tak było w całej historii świata. Wystarczy spojrzeć kilka pokoleń wstecz, by stwierdzić, że również przodkowie wielu z nas żyli ze zwierzętami w ścisłej symbiozie. Mieszkali w tej samej chacie, gdzie po jednej stronie kuchni była sypialnia, a po drugiej stajnia. Dzieci często spały na jakiejś półce nad zwierzętami, co miało zresztą tę zaletę, że było im cieplej. Moi krewni rolnicy opowiadali, że na święta Bożego Narodzenia przygotowywano specjalne barwione opłatki, którymi dzielono się z inwentarzem domowym. W całej tej symbiozie człowiek nie przestawał być jednak człowiekiem. Nie twierdził, że między nim a zwierzętami nie ma żadnej różnicy. Ludzie zachowywali swoją ontologiczną, wyjątkową oryginalność. Nawet w tej najbardziej potocznej i naturalnej mentalności, bliskiej zwykłej religijności, zawarty był pierwiastek chrześcijański przypominający o nadprzyrodzonym powołaniu człowieka, o ostatecznym sensie życia: zwierzęta zdychają, ale człowiek umiera; ich byt jest wpisany w teraźniejszość, człowiek żyje po to, by odkrywać Boga i aspirować do nieba. Człowiek ze swego życia może uczynić coś w rodzaju liturgii świętości. Może uwielbiać Boga Stwórcę i Odkupiciela wszechświata, czyniąc to niejako w imieniu całego stworzenia, wszystkich roślin i zwierząt.
Można chyba powiedzieć, że dziś zapomina się, dlaczego Pan Bóg w ogóle stworzył zwierzęta?
Zwierzęta są pomocą dla człowieka. Nie wolno ich męczyć, posługiwać się nimi jak przedmiotami, zabijać dla samego zabijania. Niemniej jednak zwierzęta dostarczają człowiekowi wsparcia w trudzie pracy, a także pokarmu i ciepła. Ludzkość rozumiała to przez długie wieki czy całe tysiąclecia, zaś objawienie biblijne niejako wytłumaczyło właściwą naturę tej relacji.
Dziś coraz częściej funkcjonujemy w paradygmacie naturalistycznym. Nie ma tu miejsca dla chrześcijańskich założeń, w których ostateczną perspektywę wyznacza Bóg, a ludzie traktują Go jako swojego Ojca. Zgodnie z objawieniem to właśnie Bóg jako Ojciec daje początek wszystkiemu, co istnieje. To On powołuje człowieka do życia, a zarazem wzywa go do swoistej przemiany ontologicznej, w której człowiek, poprzez otwarcie się na Jezusa Chrystusa, może osiągnąć status dziecka Bożego. W naturalizmie, zwłaszcza pojętym religijnie, punktem odniesienia nie jest już Bóg Ojciec, ale Matka Ziemia czy też Gaja. Ideolodzy ekologizmu mówią nam, że skoro Ziemia nas nosi i karmi, skoro to ona kiedyś przyjmie nasze kości – to właśnie ona jest naszą prawdziwą matką. Toteż domaga się wobec siebie absolutnego szacunku i posłuszeństwa. Człowiek nie rozwija już swojego nadprzyrodzonego powołania poprzez wybieranie dobra i odrzucanie zła; nie musi wierzyć w Jezusa Chrystusa, nabywać cnót, starać się zyskać obiecany status syna czy córki Boga. W naturalistycznym paradygmacie najważniejsza okazuje się uległość wobec natury. To zaś prowadzi do głębokiej degradacji ludzkiego bytu (...)







