Bp Erik Varden o „Amoris Laetitia”. Ewangelia wymaga nawrócenia, a łaska je umożliwia

Erik-Varden-e1772040329994.jpg
fot. prtscr/youtube/ McGrath Institute for Church Life

Bp Erik Varden obszernie skomentował spotkanie Ojca Świętego z przedstawicielami konferencji episkopatów z całego świata w Rzymie z okazji 10. rocznicy publikacji „Amoris Laetitia”. Hierarcha zaznaczył, że Ewangelia wymaga nie tylko „towarzyszenia” i „afirmacji” rodziny, ale realnego wezwania do nawrócenia i życia moralnego. Przypominał również o różnicy, jaka dzieli małżeństwo od wypaczonych „postępowych” związków. Wiara w działanie łaski wyklucza przekonanie, ze wymagania moralne chrześcijaństwa wobec rodzin są nie do spełnienia, zauważył.

Oto polskie tłumaczenie refleksji biskupa i trapisty. 

Jak głosić Ewangelię rodzinom w świecie, w którym trwałe więzi ustępują miejsca relacjom opartym na korzyściach, a młodzi coraz częściej zmagają się z trudnościami w budowaniu trwałych związków? Nad tymi zagadnieniami zastanawiali się uczestnicy spotkania w Rzymie, zwołanego przez papieża Leona XIV z okazji dziesiątej rocznicy adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia”. Wśród najważniejszych tematów znalazły się przygotowanie do małżeństwa, towarzyszenie rodzinom w kryzysach oraz ich misja we współczesnym świecie. Nazajutrz po zakończeniu spotkania swoje refleksje zatytułowane „Laetitiae Amor” przedstawił przewodniczący Konferencji Episkopatu Skandynawii bp Erik Varden OCSO z Trondheim w Norwegii.

Zróbmy to razem!

Publikujemy jego refleksję w tłumaczeniu na język polski:

W tegoroczną uroczystość św. Józefa papież Leon XIV ogłosił, iż pragnie zwołać do Rzymu wszystkich przewodniczących konferencji biskupów z całego świata, aby omówić wpływ adhortacji „Amoris laetitia” dziesięć lat po jej ogłoszeniu. Ojciec Święty poprosił nas, abyśmy zastanowili się, w jaki sposób moglibyśmy skuteczniej głosić Ewangelię rodzinom.

Trwające cały tydzień spotkanie zakończyło się 14 października. Raport zostanie opublikowany, gdy Ojciec Święty wyzdrowieje  — modlimy się, by powrót do zdrowia był szybki i całkowity. Jednak papież Leon XIV poprosił uczestników, aby bezzwłocznie podzielili się swoimi wrażeniami ze spotkania ze swoimi konferencjami i diecezjami.

Spotkanie przebiegało według pięciu głównych tematów. Każdy z nich stanowił materiał do całodziennej wymiany poglądów. Poniżej przedstawiam moje osobiste refleksje na temat tych zagadnień.

Refleksje te nie odzwierciedlają stanowiska zgromadzenia, którego bogactwo prac wszyscy w odpowiednim czasie będą mogli odkryć. Są one jedynie wkładem pojedynczego głosu, drugiej altówki, w tę wielką, dobrze skomponowaną orkiestrę.

* * *

Dzisiejsze rodziny

Dzisiejsze życie rodzinne podlega presji z najróżniejszych powodów – socjologicznych, finansowych i kulturowych. Jesteśmy tego w pełni świadomi. Wszystkie te kwestie zasługują na uwagę.

Najbardziej uporczywy stres sięga jednak głębiej. W niezwykle krótkim czasie straciliśmy wspólne rozumienie sensu człowieczeństwa. Poza grupami interesów trudno jest obecnie znaleźć wspólne słowa, by opisać, czym jest istota ludzka. Nie zgadzamy się już co do tego, co stanowi kobietę, mężczyznę czy dziecko.

Transhumaniści technologiczni przewidują przyszłość, w której człowiek prawdopodobnie zostanie w tyle za „postępem”, o ile jego natura nie zostanie „ulepszona”. Porzucając myśli o odkupieniu, pokładamy obecnie nadzieję w ulepszeniach. Uważamy za oczywiste, że dzisiejsze parametry nie będą miały zastosowania jutro. W rezultacie idea jakiegokolwiek trwałego zobowiązania wydaje się absurdalna.

Sojusze i przymierza ustępują miejsca „umowom” w polityce i handlu. To samo dotyczy relacji międzyludzkich, coraz częściej postrzeganych jako transakcje pragmatyczne: trzymam się czegoś lub kogoś tak długo, jak długo czerpię z tego korzyść lub przyjemność. Potem idę dalej.

W takich warunkach rodzina, jako podstawowa komórka społeczeństwa ludzkiego, nie może nie ulec rozpadowi. Nie wydaje się już oczywiste, że rodziny powinny być stabilnymi związkami zbudowanymi na więzi na całe życie między jedną kobietą a jednym mężczyzną w nadziei na zrodzenie potomstwa.

Kobieta i mężczyzna mogą nadal tworzyć parę – w końcu żyjemy w wolnym świecie; jednak taki związek nie jest postrzegany jako kategorycznie różniący się od związku dwóch kobiet lub dwóch mężczyzn czy też dwóch osób, które uważają się za osoby o płynnej tożsamości płciowej. W gruncie rzeczy po co ograniczać ten związek do dwóch osób? Rozpowszechniają się żądania prawnego uznania poliamorii.

Znajdujemy się w stanie zaćmienia metafizycznego.

W dużej mierze została zatracona wiara w Boga jako dobrego Stwórcę. Nie wierzymy już, że nasze istnienie było chciane. Jak zatem możemy zachować poczucie, że nasze własne życie jest darem, który z kolei możemy ofiarować, a nawet poświęcić, drugiej osobie? Żyjemy w czasach profanacji wynikającej z dosłownej beznadziejności, z wykluczenia samej możliwości „nadziei”.

Widzę te zjawiska w moim otoczeniu społecznym, w korespondencji i rozmowach, w konfesjonale.

Dostrzegam też tendencję przeciwną. Spotykam wielu młodych – i nie tak młodych – ludzi, którzy mają dość tego, co ulotne. Nie chcą porzucić nadziei. Odważają się myśleć, że może istnieć coś takiego jak prawda, na której mogliby zbudować swoje życie.

Troszcząc się o takich ludzi i wspierając ich, pomagając im się rozwijać, możemy doprowadzić do odnowy kultury rodzinnej. W końcu każdy chce być szczęśliwy. Wiele osób jednak nie jest szczęśliwych. W tej kwestii socjologowie są zgodni. Widok pięknej rodziny sprawi, że inni również będą pragnąć się rozwijać.

Rozwijać się to nie to samo, co nieustanne uniesienie szczęściem.

Życie ludzkie jest trudne, niezależnie od tego, jak je ująć. Uważam, że większość ludzi ma w tej kwestii jasność. W rezultacie mogą czuć się nieco znużeni powtarzaniem słów o „towarzyszeniu”, „byciu w drodze” czy „byciu wysłuchanym”. Oczywiście pragną, by traktowano ich z uwagą i szacunkiem, ale to, czego naprawdę chcą, to wskazówki, wytyczenie celu oraz nauczanie, jak dobrze żyć.

Bóg stał się człowiekiem właśnie w tym celu: aby pokazać nam, o co chodzi w życiu i dokąd ono zmierza, aby nauczyć nas poprzez rady i przykazania, jak prowadzić dobre, owocne życie. Kiedy Chrystus spotkał Samarytankę przy studni, nie powiedział: „No cóż, usiądźmy, a ty mi wszystko opowiesz”. On powiedział jej „wszystko, co uczyniła” (por. J 4,29).

To właśnie pozwoliło jej rozpocząć nowe życie.

Musimy pozwolić Chrystusowi powiedzieć nam, kim jesteśmy, wskazać nasze błędne drogi, uświadomić nam nasze wady i skierować nas ku celowi, dla którego zostaliśmy stworzeni.

Chrystus jest naszym Zbawicielem, ale to nie wszystko. Jest On również Obrazem, na którego podobieństwo zostaliśmy stworzeni, Prototypem, który objawia nas samym sobie. Będziemy skuteczni duszpastersko o tyle, o ile będziemy trwali z Nim w miłości i posłuszeństwie. Być może uda nam się nawet przywrócić społeczeństwu nadzieję.

Młodzież i odkrywanie małżeństwa

Badanie opublikowane kilka lat temu przez Amerykańskie Stowarzyszenie Pediatrów wskazało, że 54 proc. nastolatków obejrzało pornografię przed ukończeniem 13 lat, a 15 proc. przed ukończeniem 11 lat. Od tego czasu liczby te z pewnością wzrosły. Korzystanie z pornografii jest wśród młodych dorosłych dość powszechne, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, na całym świecie. Ma to ogromny wpływ na to, jak młodzi ludzie wchodzą w relacje uczuciowe.

Kiedy od dzieciństwa prześladuje nas świat pożądania, w którym seks jest przedmiotem konsumpcji, w którym obiekt pożądania jest nieustannie wymienialny (ale zawsze fizycznie doskonały), w którym brakuje romantyzmu i gdzie nie ma żadnych zasad, wkroczenie w trwały, wierny związek z konkretną, omylną, potrzebującą miłości istotą ludzką, której inności nie da się wyabstrahować, stanowi ogromny, być może nie do pokonania krok.

Świat pornografii przekracza granice. Zwabia konsumentów do ich przekroczenia, sugerując perspektywę wszechstronnej mocy. Klasyczny paradygmat „chłopak spotyka dziewczynę” już dawno został przezwyciężony. Homoerotyzm, który jeszcze nie tak dawno kojarzono z pojęciami „orientacji” seksualnej, jest obecnie opcją dostępną dla wszystkich, zintegrowaną z mainstreamową rozrywką. Trendy płynności płciowej ujawniają fantazje, które często rodzą się z wewnętrznego cierpienia, na rynku nieograniczonego erosu, gdzie chwilowe pragnienie jest wyniesione do rangi boga, a obiektywna rzeczywistość ustępuje formom narzucanym i prowokowanym przez subiektywną wyobraźnię.

Potępiamy pokusy tego, co wirtualne i nierzeczywiste, ale to nie wystarczy. Musimy wyciągnąć przyjazną dłoń do młodych mężczyzn i kobiet uwikłanych w fascynujące formy nierzeczywistości, wyciągnąć ich z tego bagna i pozwolić im na nowo odkryć świat takim, jakim jest. Aby to zrobić, musimy być w stanie pokazać, że ten prawdziwy świat jest lepszy i w rzeczywistości bardziej interesujący, zdolny do sprawiania szczęścia.

Trzy lata temu opublikowałem książkę zatytułowaną „Czystość”. Wyśmiewali mnie wówczas niektórzy, głównie starsi europejscy mężczyźni, zapewniający mnie, że temat ten nikogo nie interesuje.

Zaskoczyło mnie jednak, że w kolejnych krajach rozmawiałem z licznymi grupami, w większości złożonymi z młodych ludzi, którzy bardzo chcieli dowiedzieć się, na czym polega ta niemal zapomniana, pozornie krępująca cnota.

Wielu młodych ludzi nie tylko nie daje się uwieść nadmiernie erotyzowanym substytutom prawdziwych relacji, ale wręcz ma ich dość. Poszukują przyjaźni i stabilnej miłości. Nie twierdzę, że stanowią główny nurt, ale jest ich wystarczająco wielu, by dostrzec pewien trend.

Aby pomóc młodym ludziom dostrzec wartość małżeństwa, musimy odnieść się do tego trendu, przede wszystkim pomagając młodym kobietom i mężczyznom osiągnąć wewnętrzny spokój. W jednym z głównych tekstów św. Pawła dotyczących małżeństwa, w Liście do Efezjan, porównuje on małżeństwo do ciała, a następnie zauważa: „nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała” (Ef 5,29).

Problem polega na tym, że obecnie wiele osób właśnie tak czyni i czuje się wyobcowanych ze swoich ciał. Z laickiego punktu widzenia ciało jest workiem ścięgien, który można wykorzystać do innych celów. Niezwykłe i wyzwalające przesłanie chrześcijańskie głosi, że ja jestem moim ciałem i że moje ciało, nie mniej niż moja dusza, jest stworzone na obraz Boży i zasługuje na szacunek.

Jeśli chcemy przygotować młodzież do małżeństwa, musimy najpierw pomóc jej odnaleźć własną tożsamość jako kobiet i mężczyzn, wyrażającą się w ciele. Zanim spróbujemy pomóc innym, musimy sami zrealizować to zadanie.

Odkrycie, także w wieku dojrzałym, że wciąż mamy przed sobą długą drogę w tej kwestii, może być zbawiennym upokorzeniem.

Jaki język pomaga młodym ludziom rozwijać się emocjonalnie?

Język prawdy, który nazywa rzeczy po imieniu spokojnie, bez przemocy, nigdy nie tracąc nadziei na Boże miłosierdzie. Język ten szanuje rany, nie idealizując jednak roli ofiary. Wynika on z wiary w wolę Jezusa, by zbawić.

Małżeństwo jest przejawem zbawienia. Aby być do niego gotowym, trzeba najpierw uznać, że samemu można zostać zbawionym.

Pierwsze lata życia małżeńskiego

Znajomi małżonkowie opowiedzieli mi o decyzji, którą podjęli, gdy zauważyli, że ich narzeczeństwo staje się coraz poważniejsze. Wybrali się razem na długi weekend do domku w lesie. W tym czasie opowiedzieli sobie nawzajem o swoim życiu. Oboje chcieli, aby druga osoba poznała całą ich historię – z jej jasnymi i ciemnymi stronami, sukcesami i porażkami. Gdyby mieli złożyć sobie przysięgę na przyszłość, upewnili się, że w przyszłości nie pojawią się żadne przeszkody wynikające z nieujawnionej przeszłości.

Takie przedsięwzięcie jest odważne i mądre. Istotą miłości jest świadomość, że mogę być sobą, bez maski, a mimo to być kochanym. Bóg kocha nas w ten sposób. Nauczyć się kochać tak jak On oznacza podobnie postępować. Małżeństwo będzie rozwijało się, jeśli obie strony będą potrafiły powierzyć drugiej osobie swoje najgłębsze „ja”.

Na początku obrzędu ślubnego kapłan pyta: „Czy przyszliście tu z własnej nieprzymuszonej woli?”. Wolność, od której zależy ważność sakramentu, wymaga, by małżonkowie wiedzieli, z kim zawierają związek małżeński. Wielu wyzwaniom, które często pojawiają się w pierwszych latach małżeństwa, można zapobiec, dążąc do szczerej otwartości przed zawarciem przymierza małżeńskiego.

Małżonkowie sami są podmiotami sakramentu. Niemniej jednak zawierają go w Kościele, przed krzyżem. Odpowiedź „tak” na pytanie: „Czy będziecie się wzajemnie miłować i szanować przez wszystkie dni waszego życia oraz z miłością przyjmować dzieci, które Bóg wam powierzy?” oznacza zgodę na udział w krzyżu. Każda miłość małżeńska i rodzicielska wiąże się z cierpieniem. Przebije serce. Będzie wymagała ofiarowania swego życia, aby inni mogli żyć.

Świadome przyjęcie tej rzeczywistości od samego początku, wyrażenie zgody na udział w życiodajnym krzyżu Chrystusa, da małżonkom siłę do znoszenia ich ciężarów, i może sprawić, że nawet rzeczy ciężkie będą wydawały się lekkie. Relacje horyzontalne między mężem a żoną, rodzicami a dziećmi będą podtrzymywane przez pewną, niezawodną oś pionową.

Uwielbiam ten obrzęd, na który pozwala obrządek łaciński, kiedy kapłan, po złożeniu ślubów małżeńskich, owija połączone dłonie pary swoją stułą i mówi: „Co Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”.

Kapłan za każdym razem, gdy zakłada stułę, odmawia piękną modlitwę przywdziewania: „Zwróć mi, o Panie, stułę [szatę] nieśmiertelności, którą straciłem przez grzech pierwszych rodziców moich”.

Przymierze małżeńskie pozwala nam dostrzec chwałę, która spoczywała na Adamie i Ewie przed upadkiem. W niektórych obrządkach wschodnich małżonkowie są koronowani w uznaniu odzyskanej królewskiej godności synostwa.

W naszym nadmiernie zsekularyzowanym klimacie, który sentymentalizuje małżeństwo i ma konsumpcyjne podejście do dzieci – traktowanych jako towary, które można zamówić na dogodny termin, najlepiej wyprodukowane zgodnie z określonymi specyfikacjami – ta nadprzyrodzona perspektywa jest pomocna. Przypomina ona, że małżeństwo to nie tylko kobieta i mężczyzna. Włącza ich w żywą wspólnotę z Bogiem; co więcej, czyni ich razem obrazem, żywą ikoną świętego Kościoła Bożego.

Świadomość, że Chrystus jest istotowo obecny w ich związku, inspiruje ich do żmudnej pracy polegającej na rezygnacji z pierwszej osoby liczby pojedynczej na rzecz pierwszej osoby liczby mnogiej, by nie mówić już „chcę”, ale „chcemy”; nie „mam”, ale „mamy”. Może to pomóc im w radzeniu sobie z potężną i delikatną sferą seksualną i zintegrować zarówno jej aspekty jednoczące, jak i prokreacyjne. Przygotuje ich to do przyjmowania dzieci z czcią jako darów Bożej łaski.

Małżeństwo potrzebuje wsparcia wspólnoty. Błędem jest postrzeganie pary jako samowystarczalnej i oczekiwanie, że sama wygeneruje wszystkie swoje zasoby i zadowolenie: taki pogląd polega jedynie na przeniesieniu świeckiego indywidualizmu na organizm zbiorowy, który ugiąłby się pod tym ciężarem.

W tym miejscu swoją rolę odgrywają wspólnota katolicka i parafia, powołane do zapewniania troski, praktycznej pomocy, humoru i pełnych współczucia rad, które niegdyś mogły oferować większe organizmy rodzinne, obecnie w dużej mierze wymarłe.

Rodziny w sytuacjach złożonych

Mówimy o „radości i pięknie” małżeństwa. Słusznie tak czynimy. Cechy te rzeczywiście stanowią ideał. Powinniśmy jednak zachować ostrożność i unikać frazesów.

Wystarczy przeczytać „Annę Kareninę” lub obejrzeć film Bergmana „Sceny z życia małżeńskiego”, by przekonać się, że małżonkowie mogą zamienić sobie życie w piekło. O tym również należy pamiętać.

Przed przybraniem habitu zakonnego postulant często czyta fragment z „Księgi Syracha”: „Dziecko, jeśli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenia!”. Narzeczeni mogliby postąpić podobnie. Próby z pewnością nadejdą.

Papież Franciszek napisał o „Evangelii gaudium”, ale także o „Amoris laetitia”. To interesujące rozróżnienie semantyczne.

Podstawowym znaczeniem łacińskiego rdzenia laet-, od którego pochodzą słowa laetus i laetare, jest „szczęście”. Jednak już w łacinie klasycznej rdzeń ten odnosił się do rolnictwa, wskazując na „kwitnienie” roślin i „żyzną” glebę. Ma to sens. „Szczęśliwa” roślinność rośnie na glebie, która została uprawiona tak, by stała się żyzna. Tak więc rdzeń laet- mógłby również dać rzeczownik laetamen, czyli „nawóz”. W starożytności nawóz był równoznaczny z obornikiem, który cuchnie. Laetitia miłości zakłada teren oczyszczony z kamieni, dobrze zaorany oraz wystarczającą ilość bogatego obornika.

Podkreślenie tego nie ma na celu odebrania radości z małżeństwa i rodziny. Chodzi raczej o to, by podkreślić, że radość ta będzie wynikać z pracy; a praca ta jest ciężka, często pozornie niewdzięczna.

Życie monastyczne i małżeńskie wzajemnie się zakładają i odzwierciedlają. Wierzę i stwierdzam, że rodzinom może pomóc odziedziczona mądrość i doświadczenie życia monastycznego.

Zakonnicy żyją zgodnie z regułą, która sankcjonuje przymierze wspólnego życia, jasno określając jego cel i sens. Kiedy mąż i żona uzgodnią ostateczny cel swojej rodziny, będą lepiej przygotowani do pokonywania przeszkód niż w przypadku, gdyby nie ujęli swojego związku jako zadania.

Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, gdy ich wspólny cel ma charakter transcendentny. Wówczas pozwolą Bogu działać w sobie. Będą postrzegać trudności jako okazje do nawrócenia, do wyjścia poza zatęchłą celę własnego ja.

Mnisi i mniszki realistycznie podchodzą do zmagań związanych z ich powołaniem. Pierwsza literatura monastyczna, „Apoftegmaty ojców pustyni”, bezpośrednio porusza typowe zmagania. „Apoftegmaty” pozwalają mnichom szukać sposobów rozwiązywania konkretnych problemów, z którymi się borykają, pod rzeczowymi nagłówkami, takimi jak „Wyrzeczenie się”, „Cierpliwość”, „Pożądanie”, „Wytrwałość”.

Zadziwiająca pozostaje praktyczna przydatność tych rad po 1500 latach.

Moim zdaniem wiele można by zyskać, tworząc zwięzłą, opartą na doświadczeniu i inspirowaną wiarą kompilację „Apoftegmata” dla rodzin, pokazującą, jak konstruktywnie radzić sobie z próbami w oświecającym świetle przykazań Chrystusa i Jego skutecznej łaski.

Kiedy sytuacja staje się trudna, zawężamy nasze perspektywy. Widzimy tylko nasz obecny ból, a nie drogę, która może się za nim rozciągać.

Głównym zadaniem duszpasterskim w takich sytuacjach jest przypomnienie szerszego obrazu sytuacji, co pozwala cierpiącym odkryć potencjalnie owocny sens ich trudności, który może służyć zmniejszeniu egoizmu i oczyszczeniu miłości. Małżeństwo, nie mniej niż życie monastyczne, jest szkołą nawrócenia.

Jeśli chodzi o związki „nieregularne”, uważam, że nasze wspólnoty katolickie zazwyczaj podchodzą do nich w sposób dojrzały i właściwy. Dla osób znajdujących się w takich sytuacjach przebywanie w środowisku, w którym ich „nieregularność” jest uznawana, a nie relatywizowana, i gdzie są one mimo wszystko otoczone chrześcijańską przyjaźnią oraz mają możliwość wniesienia wkładu we wspólnotę, może być wyzwalające.

Myślę o przykładzie wielu wiernych, których znam, a którzy w każdą niedzielę podchodzą po błogosławieństwo podczas Komunii świętej, wiedząc, że nie mogą przystąpić do sakramentu, a mimo to powierzają się miłosierdziu Bożemu działającemu w Kościele.

Ich przykład wierności w znacznym stopniu przyczynia się do budowania wspólnoty chrześcijańskiej. Świadczy on o żywym realizmie sakramentu i o cnocie nadziei. Trwający przez dłuższy czas sakramentalny exodus może przygotować radosny powrót do domu.

Chrystus dał nam swoje surowe przykazania, aby nas wychować i wyzwolić od nas samych, „abyśmy już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nas umarł i zmartwychwstał” („Czwarta modlitwa eucharystyczna”). Jego zamiarem jest, abyśmy wzrastali w nowym, przebóstwionym życiu.

To życie musi zawsze być celem, który proponujemy ludziom, a nie jedynie ludzkie uznanie – choć wszyscy potrzebujemy też odrobiny tego ostatniego.

Rodziny jako podmioty misji

Co odróżnia światopogląd chrześcijanina od światopoglądu laickiego?

Przekonanie, że pomimo wszystkich zawirowań historii, wszystkich zmian spowodowanych ewolucją natury i pomysłowością człowieka, wierność Boga wobec ludzkości, stworzonej na Jego podobieństwo, jest absolutna. Cokolwiek się wydarzy, miłość Boga, ostatecznie objawiona w Jezusie Chrystusie, jest pewna. Jest to skała, na której można zbudować życie i społeczeństwo. Mogą nadejść burze, mogą wiać i szaleć wiatry, ale ten fundament pozostaje niezmienny.

Pierwszą misją rodziny jest dawanie świadectwa tej trwałej miłości. Dlatego nierozerwalność małżeństwa należy postrzegać jako dar i wzniosłe powołanie, jako wyraz zaufania ze strony Boga (por. AL 62). Przyrzekając sobie wzajemną wierność aż do śmierci, mąż i żona urzeczywistniają w historii rzeczywistość Bożej miłości.

Natura ludzka, zraniona przez grzech, naznaczona jest egoizmem i rozwiązłością: szukamy własnej korzyści i nie mamy nic przeciwko dążeniu do niej na wiele sposobów jednocześnie. W ten sposób możemy doświadczyć kilku dreszczyków emocji, ale raczej nie znajdziemy spokojnego zadowolenia. Nieustannie tęsknimy za jedną, decydującą miłością: świadczą o tym popularne piosenki każdej epoki, również tej naszej, ogólnie rzecz biorąc bezbożnej.

Rodzina jest zatem misyjna przede wszystkim dzięki swojej wierności. Właśnie teraz, gdy wokół nas rozpada się tak wiele tradycyjnych struktur spójności społecznej, misja ta ma kluczowe znaczenie.

Drugą formą misji rodzinnej jest gościnność. Tak jak klasztor „nigdy nie jest pozbawiony gości” (RB, 53) – nie ma być bowiem klubem zamkniętym, działającym wyłącznie dla korzyści swoich członków – tak i chrześcijańska rodzina zaprasza innych do siebie. „Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie” (Mt 25,35). Dzięki mądremu i odpowiedzialnemu zaangażowaniu w realizację tego ideału spójność samej rodziny może zostać wzmocniona w duchu służby i uprzejmości.

Czasami pojawia się pytanie: w jaki sposób rodziny mogą przyczynić się do formacji kapłanów? Nie przede wszystkim poprzez masowe odwiedzanie seminarium z prezentacjami PowerPoint o życiu rodzinnym, ale poprzez zapraszanie seminarzystów, kapłanów (kto wie, może nawet biskupów?) do swojego życia. Kapłan żyjący w celibacie, wierny swojemu powołaniu, przypomina rodzinie o jej nadprzyrodzonym wymiarze; rodzina przypomina kapłanowi, że jego celibat służy płodności. Powstaje wzajemna, radosna korzyść.

Potrzebne jest świadectwo płodności. Na całym świecie gwałtownie spadają wskaźniki urodzeń. Nasz gatunek się nie rozmnaża. Trzydzieści lat temu socjologowie martwili się nadmiernym przyrostem ludności, ostro krytykując katolicką naukę o kontroli poczęć. Teraz widzimy, że dominuje tendencja odwrotna. Na każdym kontynencie szybko zanika pewna chęć rozmnażania się.

Katolickie planowanie rodziny musi się teraz skupić na umożliwieniu rodzinom powiedzenia „tak” dzieciom. Wymaga to praktycznych środków: zapewnienia przystępnych cenowo mieszkań, opieki nad dziećmi i szkół – misja ta ma wymiar polityczny. Przede wszystkim jednak dotyczy ona nawrócenia serc.

Pragnienie założenia rodziny otwartej na przyjęcie potomstwa jest obecnie sprzeczne z duchem czasu, co można porównać do chęci bycia punkiem w burzliwych latach 70. Kościół jest powołany do wspierania tej zdrowej rewolucji, umożliwiając młodym ludziom wybór i zaangażowanie się w życie.

Oczywiście każda próba mówienia o rodzinie jako podmiocie misyjnym napotyka dylemat egzegetyczny.

Stosunek Chrystusa do rodziny może stanowić wyzwanie. Powołuje Jakuba i Jana, odrywając ich od więzi rodzinnych, pozostawiając biednego, starego Zebedeusza zdezorientowanego w swojej łodzi (Mk 1,19-21). Jego uzdrowienie teściowej Piotra skłania nas do pytania, co stało się z żoną Piotra, gdy powołano Kefasa (Mk 1,30-31)? Drżymy na myśl o słowach: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10,37).

Takie stwierdzenia nie umniejszają wartości rodziny, ale zachęcają nas do rozważania rodziny w świetle radykalnego naśladowania Chrystusa.

„Starajcie się naprzód o królestwo Boga” (Mt 6,33).

Ta zasada odnosi się również do rodzin. Gdy zostanie zrealizowana, rodzina może w sposób mistyczny, ale przekonujący, urzeczywistniać to Królestwo.

* * *

Nazajutrz po zgromadzeniu w Rzymie, gdy my, którzy mieliśmy szczęście w nim uczestniczyć, spoglądamy na nie z wdzięcznością, Kościół, jak to opatrzność chciała, świętuje tę niezrównaną Nauczycielkę Kościoła, św. Teresę z Ávili. Dzisiejsza „Liturgia Godzin” przedstawia nam fragment z jej „Autobiografii”, który zaczyna się tak:

„Dla kogo Chrystus jest przyjacielem i wielkodusznym przewodnikiem, ten wszystko potrafi znieść. Jezus sam przychodzi z pomocą, dodaje sił, nie opuszcza nikogo, jest prawdziwym i szczerym przyjacielem. Widzę wyraźnie, iż jest wolą Boga, abyśmy jeśli chcemy podobać się Bogu i otrzymywać odeń wielkie łaski, otrzymywali je za pośrednictwem Najświętszego Człowieczeństwa Chrystusa, w którym nieskończony Bóg, jak sam powiada, znajduje upodobanie”.

To wspaniała perspektywa, z której warto rozważać łaski i wyzwania życia rodzinnego. W kolekcie na dzisiejsze święto modlimy się:

„Spraw, abyśmy zapalili się pragnieniem prawdziwej świętości”. Amen!

Ale czy takie wezwanie nie jest zbyt wzniosłe dla nas, zwykłych, biednych ludzi?

Nie, jeśli pozwolimy Bogu działać w nas poprzez Jego odkupienie i jeśli będziemy pamiętać o wielkim znaczeniu zwykłych, codziennych aktów wierności, które urzeczywistniają i odnawiają podjętą raz na zawsze decyzję o wiernej miłości.

Ostatnie słowo autor pozostawia Tewiemu i Goldzie, bohaterom „Skrzypka na dachu”.

bp Eric Varden, st, red. jw
KAI
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: