Bp Rob Mutsaerts: Dlaczego Kościół boi się prawdy na temat małżeństwa?

download-e1705396360675.jpg
bp Robert Mutsaerts

Dziesięć lat po „Amoris laetitia” słuchamy wszystkich, tylko nie Chrystusa. Gdzie podziała się doktrynalna jasność Kościoła katolickiego w sprawach małżeństwa? Takie pytanie stawia biskup pomocniczy diecezji 's-Hertogenbosch w Niderlandach, Robert Mutsaerts.

Był czas, kiedy Kościół był oskarżany o to, że ma odpowiedź na wszystko. Obecnie wydaje się, że coraz bardziej zależy mu na tym, by zapewnić świat, że ma przede wszystkim pytania. Znaleźliśmy się w takiej kościelnej epoce, w której słuchanie jest uznawane za osiągnięcie, dialog traktowany jest niemal jak sakrament, a jasność jest czasami postrzegana jako żenująca forma agresji.

Można się zastanawiać, co powiedzieliby na to apostołowie. Kiedy Piotr stanął przed tłumem w dniu Pięćdziesiątnicy, nie ogłosił procesu wspólnego rozeznania nakierowanego na to, by zbadać czy zmartwychwstanie jest być może zgodne z panującymi oczekiwaniami kulturowymi. Ogłosił, że Jezus Chrystus, którego ukrzyżowano, zmartwychwstał. Jego słuchacze zostali głęboko poruszeni i zapytali, co mają czynić. Piotr udzielił im odpowiedzi: nawróćcie się i dajcie się ochrzcić. Co ciekawe, Kościół się rozrastał… 

Zróbmy to razem!

Ksiądz John Rice, proboszcz z diecezji Plymouth, zadał niedawno niewygodne, ale bardzo adekwatne pytanie dotyczące kierunku, w jakim zmierza współczesna myśl kościelna. W artykule opublikowanym 21 października na stronie LifeSiteNews, napisanym w nawiązaniu do wypowiedzi wygłoszonych podczas spotkania w Watykanie z okazji dziesiątej rocznicy „Amoris laetitia”, wyraził obawę, że niektóre interpretacje synodalności wywracają do góry nogami fundamentalną misję Kościoła. Czy zamiast nawracać świat na Chrystusa nie próbujemy nawracać chrześcijaństwa na świat? To pytanie zasługuje na odpowiedź. Co więcej, dziesięć lat po opublikowaniu „Amoris laetitia” trudno wyobrazić sobie pytanie bardziej istotne.

Bezpośrednim powodem napisania artykułu księdza Johna Rice’a jest przemówienie kardynała Filipe Neri Ferrão. To arcybiskup Goa i Damanu, który mówił o zmieniających się strukturach rodzinnych w Azji, w tym o wspólnym mieszkaniu bez małżeństwa, o małżeństwach międzywyznaniowych oraz zmieniających się poglądach na temat płci. Nie, kardynał nie opowiadał się za odejściem od katolickiej nauki moralnej. Jego głównym przedmiotem troski była opieka duszpasterska, a samo uważne wsłuchiwanie się w głosy rodzin borykających się ze skomplikowanymi sytuacjami nie jest przecież niczym złym.

Kardynał zadał jednak również pytanie, czego Duch Święty mógłby oczekiwać od Kościoła w zakresie zmian – nie tylko w jego działalności duszpasterskiej, ale także w sposobie, w jaki może on wychodzić naprzeciw rodzinom. I tu pojawia się pytanie o dużej wadze teologicznej: Co dokładnie powinno się zmienić? Nasze metody ewangelizacji? Z pewnością, tam gdzie jest to konieczne. Nasza zdolność do zrozumienia trudności współczesnych rodzin? Oczywiście. Nasza gotowość do towarzyszenia ludziom borykającym się z trudnościami? Zdecydowanie. Ale prawda o małżeństwie, seksualności, grzechu, łasce i nawróceniu? To zupełnie inna sprawa. Kościół nie wyprowadza swojego poglądu na małżeństwo z trendów socjologicznych. Otrzymuje go od Chrystusa.

Kiedy zapytano Jezusa o Jego zdanie na temat rozwodu, nie zlecił przeprowadzenia badania dotyczącego oczekiwań małżeńskich w Palestynie I wieku. Odniósł się do początków: Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę, a oboje stają się jednym ciałem. Następnie dorzucił dość niewygodny wniosek: tego, co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Trudno wyobrazić sobie stwierdzenie, które w mniejszym stopniu odpowiadałoby zmieniającym się warunkom społecznym. A jednak Jezus powiedział to wprost. Kościół musi odróżniać zrozumienie świata od podporządkowania się światu. To pierwsze jest niezbędne dla ewangelizacji. To drugie oznacza koniec ewangelizacji.

Najważniejsza obserwacja księdza Rice’a dotyczy stopniowego wypierania nawrócenia przez towarzyszenie. Te dwie rzeczy nigdy nie powinny stać w opozycji do siebie. Dobry pasterz prowadzi swoje owce właśnie dlatego, że wie, dokąd powinny zmierzać. Jeśli pasterz jedynie podąża za swoimi owcami, dokądkolwiek one pójdą, to może być nawet niezwykle popularny, ale przestał już być pasterzem. Pasterz bez celu jest po prostu owcą pośród innych owiec, choć z pasterską laską.

Jezus przyjmował grzeszników. Jadł z nimi, rozmawiał z nimi, bronił ich przed obłudą i okazywał im miłosierdzie. Nigdy jednak nie sugerował, że ich grzechy nie są poważne. Pomyślcie o kobiecie przyłapanej na cudzołóstwie. Jezus odmówił skazania jej na śmierć, ale nie zakończył spotkania zaproszeniem do rozważania pozytywnych aspektów jej nieprawidłowej sytuacji. Powiedział jej, by odeszła i więcej nie grzeszyła. W tym jednym krótkim spotkaniu odnajdujemy całą katolicką koncepcję duszpasterstwa: miłosierdzie i prawdę, współczucie i nawrócenie, przebaczenie i nowy początek. Usuń jeden z tych elementów, a chrześcijaństwo zrobi się nie do poznania. Miłosierdzie bez prawdy staje się sentymentalizmem. Prawda bez miłosierdzia staje się okrucieństwem. Kościół katolicki zawsze kładł nacisk na oba te elementy.

Modna koncepcja, zgodnie z którą głoszenie prawdy moralnej miałoby w jakiś sposób stać w sprzeczności z wrażliwością duszpasterską, opiera się na niezwykle pesymistycznym obrazie człowieka. Sugeruje on, że ludzie nie są w stanie sprostać wymaganiom Ewangelii i dlatego należy im powiedzieć, że ich obecne warunki życia nie wymagają zasadniczej zmiany. Jednak chrześcijaństwo nie opiera się na założeniu, że człowiek nie może się zmienić. Opiera się na zadziwiającym przekonaniu, że – dzięki łasce Bożej – właśnie może.

Dziesiąta rocznica wydania „Amoris laetitia” stanowi nie tylko okazję do uroczystego upamiętnienia, ale także do poważnego rachunku sumienia. Ta adhortacja apostolska zawiera wiele wspaniałych rozważań na temat miłości małżeńskiej, życia rodzinnego, cierpliwości, przebaczenia i wychowania dzieci. To zasługują na uznanie. Niemniej jednak intelektualną nieuczciwością byłoby udawać, że jej przyjęcie nie wywołało poważnych kontrowersji. W 2016 roku czterech kardynałów zgłosiło swoje słynne „dubia”, w których prosili o wyjaśnienia dotyczące małżeństwa, sumienia, czynów z natury złych oraz dostępu do sakramentów. Ich pytania nie były ćwiczeniami z teologicznego czepiania się szczegółów. Dotyczyły relacji między praktyką duszpasterską a ustaloną nauką katolicką. Czy jest tak, że czyn z natury zły może stać się moralnie dopuszczalny ze względu na okoliczności? Czy sumienie może słusznie zezwolić na to, czego zabraniają przykazania Boże? Czy dyscyplina sakramentalna może stać w sprzeczności z nauczaniem Kościoła o nierozerwalności małżeństwa? Na odpowiedź wciąż czekamy.

Nie są to kwestie drugorzędne. Dotyczą one fundamentów katolickiej teologii moralnej. Dziesięć lat później tych fundamentalnych obaw nie da się po prostu odsunąć na bok, odwołując się do rozeznania, towarzyszenia czy synodalności. Co więcej, gdy rozeznanie staje się środkiem do wyciągania wniosków sprzecznych z objawieniem Bożym, nie jest już rozeznaniem w sensie katolickim. Wówczas jest to rewizja. Bluźnierstwem jest twierdzenie, że chodzi o natchnienie Ducha Świętego. Gdy praktyka duszpasterska systematycznie zaprzecza nauczaniu, choć formalnie nadal deklaruje wobec niego wierność, sprawia to, że doktryna stanie się po prostu ozdobnym napisem na fasadzie instytucji, która nie ma już zamiaru nią kierować się w życiu.

Kościół nie może zachować prawdy, po prostu zostawiając ją w Katechizmie, podczas gdy w międzyczasie po cichu usuwa ją z konfesjonału. Papież Jan Paweł II rozumiał to niebezpieczeństwo. W encyklice „Veritatis splendor” potwierdził, że niektóre czyny są z natury złe i nie mogą być usprawiedliwione intencjami ani okolicznościami. Nauka ta nie została wymyślona przez Jana Pawła II. Należy ona do tradycji moralnej Kościoła. Autentyczny rozwój pogłębia nasze zrozumienie prawdy objawionej. Tego, co wczoraj było moralnie złe, nie przekształca w dzisiejszą cnotę duszpasterską.

Ksiądz Rice jest szczególnie krytyczny wobec tego, co nazywa współczesną mentalnością synodalną. Synodalność, o ile jest właściwie rozumiana, nie musi sama w sobie stanowić problemu. Kościół zawsze prowadził narady, słuchał, debatował oraz zwoływał sobory i synody. Sobór Jerozolimski – opisany w Dziejach Apostolskich – stanowi tego wyraźny przykład. Jednak apostołowie nie zebrali się po to, by ustalić, czy boskie objawienie należy dostosować do preferencji współczesnych im ludzi. Zebrali się, aby wiernie rozróżnić to, co Bóg objawił, od tego, czego Kościół ma obowiązek nauczać. To rozróżnienie ma decydujące znaczenie. Duch Święty nie został dany Kościołowi po to, aby każde pokolenie mogło wymyślić łatwiejszą formę chrześcijaństwa. Został dany po to, żeby prowadzić Kościół do pełnej prawdy.

Proces synodalny może być pożyteczny, gdy pomaga Kościołowi skuteczniej głosić tę prawdę. Staje się niebezpieczny, gdy sam proces zyskuje większy autorytet niż skarb wiary, któremu ma służyć. Czasami można odnieść wrażenie, że współczesna instytucja kościelna rozwija niezwykłą zdolność do organizowania spotkań poświęconych ewangelizacji, podczas gdy coraz bardziej waha się przed głoszeniem prawd, które sprawiają, że ewangelizacja jest konieczna. Prowadzimy konsultacje na temat konsultacji, dyskusje na temat dialogu i piszemy raporty na temat słuchania. Tymczasem zwykły katolik mógłby całkiem słusznie zadać proste pytanie: w co właściwie wierzy Kościół? Zasługuje to na odpowiedź, nie na dokument roboczy.

Rice ostrzega również przed tendencją do religijnego uniwersalizmu: poglądem, że zbawienie jest ostatecznie zapewnione dla wszystkich, niezależnie od religii, skruchy czy nawrócenia. Jeśli wszyscy zostaną automatycznie zbawieni, ewangelizacja stanie się działaniem fakultatywnym. Krzyż stanie się wówczas dramatyczną ilustracją zamiast decydującego aktu zbawienia. Skrucha stanie się zbędna. Misja traci swój charakter pilny. Chrześcijaństwo, które nie wierzy już, że ludzkość wymaga zbawienia, w końcu przestanie próbować kogokolwiek zbawić. A Kościół, który nie wzywa już ludzi do nawrócenia, może wkrótce odkryć, że nie ma do zaoferowania nic więcej poza religijnym poparciem dla panującej kultury. To tragedia przebrana za postęp duszpasterski.

Można być uprzejmym bez popadania w dwuznaczność, współczuć bez pobłażliwości oraz mieć mnóstwo troski duszpasterskiej bez pomijania kwestii doktrynalnych. Co więcej, właśnie dlatego, że kochamy ludzi, jesteśmy im winni prawdę. Największym aktem miłości bliźniego, jaki Kościół może wykonać, nie jest zapewnienie świata, że jest już doskonały taki, jaki jest. Nie ma nic szczególnie odważnego w Kościele, który zgadza się z panującą kulturą. Wręcz przeciwnie, jest to niezwykle tchórzliwe. Świat ma już wystarczająco dużo instytucji, które są do tego gotowe. Potrzebuje natomiast Kościoła, który jest gotów być sobą: Kościoła, który naucza o małżeństwie tak, jak nauczał o nim Chrystus; Kościoła, który nazywa grzech po imieniu, nie przestając jednak kochać grzesznika; Kościoła, który wierzy w skruchę i nawrócenie, ponieważ wierzy w przebaczenie; Kościoła, który głosi życie wieczne, ponieważ poważnie traktuje możliwość wiecznej zguby. A przede wszystkim Kościoła, który pamięta, że jego zadaniem nie jest przerobienie Ewangelii na akceptowalną dla świata za wszelką cenę, ale głoszenie Chrystusa światu, bez względu na to, ile to będzie kosztowało!

Dziesięć lat po opublikowaniu „Amoris laetitia” powinniśmy mieć prawo zadać pytanie, czy dominujący język duszpasterski rzeczywiście zawsze prowadził do większej jasności, wzmocnienia małżeństw, większej liczby nawróceń i głębszej wierności nauczaniu katolickiemu. Są to pytania, które wymagają dowodów, a nie haseł. Ksiądz Rice wyświadczył Kościołowi przysługę, domagając się, by tych pytań nie zbywać. Można krytykować jego ton, można kwestionować niektóre z jego interpretacji, ale zasadnicze pytanie pozostaje bez odpowiedzi tak długo, jak długo wezwania do dialogu są wykorzystywane do unikania wymagań Ewangelii. Jest pewna ironia w Kościele, który nieustannie podkreśla, że należy słuchać wszystkich, ale który wydaje się czuć wyjątkowo nieswojo, gdy ktoś zadaje proste pytanie teologiczne. Być może kolejny etap drogi synodalnej powinien zawierać coś naprawdę rewolucyjnego: zamiast bez końca pytać, czego świat oczekuje od Kościoła, moglibyśmy ponownie zacząć słuchać tego, co Chrystus już powiedział. A następnie, z całą miłością bliźniego, odwagą i jasnością, na jakie nas stać, faktycznie to głosić.

Bp Robert Mutsaerts

Paarse Peppers

Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: