Chmielewski: Radykalny chrystocentryzm pilnie potrzebny

Chmielewski-1024x1024 (1).jpg
Autor:
Paweł Chmielewski
Chrystus-Krol.jpg
Hans Memling, Public domain, via Wikimedia Commons

To ciekawy fenomen – im większy jest kryzys Kościoła, tym mniej mówi się o Chrystusie. Zajmujemy się dosłownie wszystkim, tylko nie Zbawicielem. Dlaczego?

Bezsens a-teistycznego żywota

Patrząc uczciwie, życie nie ma żadnego sensu. Ludzie rodzą się, cierpią i umierają – zupełnie nie wiadomo, dlaczego. Z tym bezsensem istnienia europejska kultura zmaga się od zarania swoich dziejów. Na bezcelowość ludzkiej egzystencji narzekali starożytni Egipcjanie – tłum szukał pocieszenia w pogańskich kultach politeistycznych, ale wykształceni ludzie przecież w to nie wierzyli i widzieli tylko ciemność, nawet pod słonecznym egipskim niebem. Grecka tragedia skonfrontowana z nędzą żywota mogła szukać pocieszenia tylko w estetyzmie. Kiedy na skutek interwencji bożków Ajas traci honor, może tylko umrzeć – byleby z patosem. Starożytni Żydzi też nie wiedzieli, co zrobić ze śmiercią. Idea zmartwychwstania rodziła się w tym ludzie powoli i nie osiągnęła nigdy wyraźnego kształtu. Nietzsche ogłosił śmierć Boga, a to dla człowieka oznaczało w gruncie rzeczy tylko wieczystą noc („Ist est nicht kälter geworden? Kommt nicht immerfort die Nacht und mehr Nacht?”). Nihilizm pocieszający się świadomie urokiem złudzeń – oto jedyna możliwa odpowiedź na życie człowieka, który pewnego dnia nagle dorasta i odkrywa, że jest nieodwołalnie i bez wyjścia rzucony w świat („Geworfenheit”).

 

Naprawdę dobra nowina

Zróbmy to razem!

Wobec tej lodowatej pustyni śmierci i cierpienia, którą jawi się uczciwie postrzegane życie, Kościół katolicki głosi zaskakującą nowinę: otóż istnieje konkretna celowość ludzkiej egzystencji, a tę celowość wywalczył dla człowieka Jezus Chrystus – Syn Boży, współistotny Stworzycielowi świata. Wszyscy znamy tę wielkanocną opowieść: w tę samą noc, w którą Pan Bóg wywiódł synów Izraela z Egiptu i przeprowadził ich przez Morze Czerwone; w tę samą noc Chrystus Jezus zmartwychwstał, dowodząc, że śmierć nie jest ostateczną pieczęcią człowieczego bytowania.

Bez własnego udziału człowiek z nikczemnej efemerydy doznał aktualizacji nieznanego sobie wiecznego potencjału. Bytowe zakotwiczenie w Bogu, dane mu jako mglista obietnica i tylko przeczuwane w niektórych mitach, obrzędach i filozofii, stało się nagle nieusuwalnym faktem, podanym całej ludzkości do wiedzy przez apostołów, świadków zmartwychwstania. Tej jednej nocy cały bezsens żywota i totalna nędza egzystencji zostały przekreślone. Człowiek zyskał sens; albo inaczej, otrzymał od Boga życie wieczne. To prawdziwie wspaniała nowina. Chciałoby się rzecz, jedyna poważna nowina w całej ludzkiej historii; bo też cała historia, gdyby nie ta właśnie jedna nowina, jako skazana na ostateczne i nieodwołalne zakończenie bez jakiejkolwiek kontynuacji, byłaby po prostu nic nie warta. Nagle zyskała wartość i to wartość nieskończoną, bo z Bożej woli wieczną. O tym warto mówić; można rzec – warto mówić tylko o tym.

Gdzie On jest?

A jednak mówi się o tym niewiele. Kościelne przepowiadanie nieśmiertelności dzięki ofierze Chrystusa jest na ogół ubrane w tak mdło brzmiące schematyczne frazy, że nikogo nie porywa. Jeżeli porywa, to tylko siłą samego faktu albo z Bożej łaski, ale rzadko chyba za sprawą tych, którzy zostali zobowiązani, by tę nieśmiertelną nowinę głosić. Dlaczego tak mało uwagi poświęca się temu absolutnie centralnemu wydarzeniu: wcieleniu Boga w Jezusie i tego Jezusa zmartwychwstaniu?

Kościół ma wiele odpowiedzialności, to jasne. Musi zatroszczyć się o własne istnienie w świecie, co nigdy nie było zadaniem prostym. Chce troszczyć się również o świat. W ostatnich latach tym dwóm troskom poświęca się jednak tyle uwagi, że – można rzec – na samego Chrystusa już czasu nie starcza.

Na przykład II Sobór Watykański. Wśród licznych dokumentów tego zgromadzenia można znaleźć takie, które mówią o Jezusie dobrze i pięknie. Zasadniczy wysiłek Ojcowie Soborowi poświęcili jednak sposobowi bycia Kościoła w świecie. Nie temu, co ma do przekazania, ale temu jak ma przekazywać; jak ma funkcjonować; jak układać relacje ze światem nowoczesnego społeczeństwa i polityki. Ostatnio papieże zajmują się z kolei troską o świat. Od pierwszej encykliki Franciszka do pierwszej encykliki Leona XIV, ustami następców św. Piotra Kościół katolicki ciągle mówi o świecie. To są bardzo ważne rzeczy, nie przeczę: przyroda, stosunki pracy, pokój między narodami, dialog, imigranci, solidarność. Bardzo ważne, ale nie są najważniejsze. Jeżeli zajmujemy się tylko nimi, traci się z pola widzenia to, czego to wszystko powinno dotyczyć, albo inaczej – do czego to wszystko powinno być przypisami.

Biskupi, księża, teologowie, świeccy aktywiści – ci z kolei myślą o reformie. Dyskutujemy wielkie tematy, jak relacja wolności sumienia i obowiązków obywatelskich; moralność w świetle nowych ustaleń naukowych; rola kobiet wobec faktycznej społecznej rewolucji feministycznej; celibat i sposób przeżywania kapłaństwa w świetle dramatu wykorzystywania seksualnego nieletnich; sposób podejmowania kościelnych decyzji w kontekście metod funkcjonowania liberalnych demokracji… Wszystko ważne, wszystko potrzebne; ale znowu – wszystko wtórne.

Prawdziwa adoracja

Wielkich inicjatyw, które byłyby nakierowane na Chrystusa, nie ma. Tu i ówdzie zdarzy się może coś eucharystycznego – wielki kongres albo próba odnowy praktyki adoracji. Powiedziałbym, że to już blisko, ale to jeszcze nie to. Praktyki pobożnościowe są fundamentalnie ważne, bo trzymają naszą wiarę przy życiu; ale żeby zaistniała autentyczna praktyka, najpierw zaistnieć musi wiara, a wiara karmi się poznaniem. Naszym czasom – tak jak wszystkim – potrzeba poznania Chrystusa. Odpowiedzi na pytanie, kim jest Chrystus; jak przemienił ludzkie życie; kim my jesteśmy w Chrystusie. Adoracja Najświętszego Sakramentu wydaje się być piękną perłą duchowego życia chrześcijanina; ale jest tak tylko pod warunkiem, że ta adoracja nie staje się para-chrześcijańskim przeżywaniem pogańskiej emocji religijnej. Rzeczywiście chrześcijańska adoracja potrzebuje rzeczywiście chrześcijańskiej świadomości. Kult eucharystyczny, można rzec, musi zasadzać się na radykalnym chrystocentryzmie. Dopiero wtedy adoracja Najświętszego Sakramentu może być szczerze chrześcijańska, kiedy jej korzeniem będzie przyobleczenie się w Chrystusa.

Od-nowa

Tego tymczasem nie ma. Nie ma wielkich dyskusji. Nie ma wielkich wydarzeń. Nie ma wielkich książek. Mówi się o wszystkim, ale nie o Jezusie; robi się wszystko, ale nie wokół Jezusa; pisze się na każdy temat, ale nie na o Jezusie. Chrystus Jezus, Mesjasz, Zbawiciel, który dał nam życie wieczne – On wraz z Jego wyłącznym darem wydaje się być wielkim nieobecnym życia Kościoła XXI wieku. Cud nieśmiertelności w Chrystusie Panu zaginął, zawalony rozmaitymi Ersatzami tego, co stanowi chrześcijańskie proprium, z niczym innym nieporównywalną i nigdzie indziej nieodnajdywalną wspaniałość i wyjątkowość obietnicy życia wiecznego w Bogu.

Ktoś powie, że to czcze narzekanie; że w każdej epoce Kościoła rozlegały się wołania o zwrot chrystocentryczny, kiedy katolicyzm wikłał się nadmiernie w takie czy inne bagno – dziś bagnem jest egalitarystyczny liberalizm. To w jakiejś mierze prawda. Powiedziałbym jednak, że dziś, kiedy ludzka cywilizacja sama się unicestwia poprzez lewicową rewolucję oraz odmowę przekazywania życia (demografia), że właśnie dziś radykalny chrystocentryzm ma szczególny sens. Jako jedyny może przywrócić światu nadzieję i celowość życia. Bez tego będziemy staczać się w otchłań bezsensu i rozpaczy – zwłaszcza tu, w Polsce, gdzie rodzi się tak mało dzieci, bo wszyscy zajęci są wyłącznie poprawą dobrobytu materialnego.

Zamiast angażować się w jakikolwiek kościelny aktywizm, niechby i pozornie pobożny, warto sięgnąć do samej istoty wezwania św. Piusa X i odnawianie wszystkiego w Chrystusie rozpoczynając od własnej świadomości, skupiając ją wokół tego, co naprawdę istotne, czyli faktu zmartwychwstania Zbawiciela.

Paweł Chmielewski

Chmielewski-1024x1024 (1).jpg
Autor:
Paweł Chmielewski
Zróbmy to razem!
Będziemy mogli trwać w naszej walce o Prawdę wyłącznie wtedy, jeśli Państwo – nasi widzowie i Darczyńcy – będą tego chcieli. Dlatego oddając w Państwa ręce nasze publikacje, prosimy o wsparcie misji naszych mediów.
Wybierz kwotę: